Reklama
Reklama
Reklama
  • W CENTRUM UWAGI

Berlin ściga tych, którzy wysadzili Nord Stream. W tej sprawie działa na rzecz rosyjskiego interesu

WhatsApp Image 2026-08-19 at 16.44.03
Wołodymyr Ż. był wcześniej zatrzymany w Polsce, ale polski sąd odmówił jego wydania Niemcom
Autor. Karol Byzdra / Energetyka24

Sprawa Nord Stream ponownie nabiera tempa. 19 sierpnia 2026 roku w chorwackiej Puli zatrzymano obywatela Ukrainy Wołodymyra Ż., podejrzewanego przez niemieckie śledztwo o udział w wysadzeniu gazociągów Nord Stream 1 i Nord Stream 2. Mężczyzna był wcześniej zatrzymany w Polsce, jednak uniknął ekstradycji do Niemiec. Teraz, na podstawie europejskiego nakazu aresztowania, został zatrzymany po raz kolejny – tym razem w Chorwacji.

Wołodymyr Ż. był wcześniej zatrzymany w Polsce, ale polski sąd odmówił jego wydania Niemcom i nakazał jego zwolnienie. Berlin nie zrezygnował jednak ze ścigania. Europejski nakaz aresztowania pozostał w mocy, a po wyjeździe podejrzanego z Polski doprowadził do jego ponownego zatrzymania – tym razem w Chorwacji.

To pokazuje, że Niemcy rzeczywiście chcą doprowadzić podejrzanych o zniszczenie Nord Stream przed własny sąd. I właśnie tutaj zaczyna się zasadniczy problem polityczny. Berlin deklaruje, że jednym z jego strategicznych celów jest osłabianie zdolności Rosji do prowadzenia wojny. Dostarcza Ukrainie broń, popiera sankcje, ograniczanie rosyjskich dochodów energetycznych i uniezależnianie Europy od Moskwy. Jednocześnie z dużą determinacją ściga ludzi podejrzanych o zniszczenie infrastruktury, która przez lata była jednym z najważniejszych instrumentów rosyjskiej obecności gospodarczej i politycznej w Europie. Można to uzasadnić prawnie, ale politycznie jest to wyraźna sprzeczność, a praktyczny skutek niemieckich działań w tej konkretnej sprawie jest korzystny dla Rosji.

To nie jest już historia kilku anonimowych nurków

Znaczenie sprawy jest tym większe, że niemieckie śledztwo przestało dotyczyć wyłącznie grupy prywatnych wykonawców. W lipcu 2026 roku niemiecka Prokuratura Federalna skierowała akt oskarżenia przeciwko Serhiiowi K., byłemu ukraińskiemu wojskowemu. Według niemieckich śledczych miał uczestniczyć w operacji prowadzonej na rzecz ukraińskich struktur państwowych. Zarzucono mu m.in. współudział w zbrodni wojennej związanej z atakiem na obiekt cywilny. Ukraina zaprzecza, aby państwo ukraińskie zleciło wysadzenie Nord Stream, a odpowiedzialność Kijowa nie została prawomocnie ustalona. Jeżeli jednak niemiecka wersja zostanie potwierdzona, powstanie sytuacja wyjątkowa. Berlin będzie jednocześnie uzbrajał państwo walczące z Rosją i prowadził postępowanie przeciwko jego ludziom za zniszczenie infrastruktury służącej rosyjskim interesom energetycznym. Wtedy sprawa przestanie dotyczyć kilku nurków, a zacznie dotyczyć zleceniodawców, dowódców i potencjalnej odpowiedzialności państwa.

Nie można przy tym rozwiązać tej sprzeczności argumentem, że Ukraina formalnie nie ogłosiła Rosji stanu wojny. Kijów wprowadził stan wojenny, lecz nie przeprowadził odrębnej konstytucyjnej procedury ogłoszenia stanu wojny. Nie ma to jednak rozstrzygającego znaczenia w prawie międzynarodowym. Od 24 lutego 2022 roku Ukraina i Federacja Rosyjska pozostają stronami międzynarodowego konfliktu zbrojnego, a ich działania podlegają międzynarodowemu prawu humanitarnemu niezależnie od tego, czy wojna została formalnie wypowiedziana. Jeżeli więc w operacji uczestniczyli ukraińscy wojskowi działający na rzecz państwa, nie można traktować całego zdarzenia wyłącznie jak kryminalnego aktu prywatnej grupy sabotażowej. Trzeba postawić pytanie wynikające z prawa konfliktów zbrojnych: czy Nord Stream był chronionym obiektem cywilnym, czy też jego znaczenie dla rosyjskiej gospodarki, dochodów państwa i strategicznych możliwości Moskwy mogło spowodować, że stał się celem wojskowym?

Niemcy chronią zasadę, ale w praktyce również rosyjski interes

Stanowisko niemieckiego wymiaru sprawiedliwości jest czytelne. Ukraina ma prawo do obrony przed rosyjską agresją, ale nie oznacza to prawa do atakowania każdego obiektu mającego znaczenie gospodarcze dla Rosji. Niemiecki Federalny Trybunał Sprawiedliwości – Bundesgerichtshof potraktował Nord Stream jako infrastrukturę cywilną. Sam fakt, że eksport gazu zapewniał rosyjskiemu państwu dochody, nie wystarcza według tej argumentacji do uznania gazociągu za legalny cel wojskowy. Prawnie jest to stanowisko możliwe do obrony: nie każdy zakład przemysłowy, bank, port czy gazociąg staje się celem wojskowym tylko dlatego, że pośrednio wzmacnia gospodarkę przeciwnika.

Na tym jednak nie kończy się ocena polityczna. W praktyce Niemcy wykorzystują własny aparat ścigania, europejski nakaz aresztowania i współpracę innych państw UE po to, aby pociągnąć do odpowiedzialności ludzi podejrzanych o zniszczenie infrastruktury służącej rosyjskim interesom. Można powiedzieć, że Berlin chroni prawo i zasadę nienaruszalności infrastruktury cywilnej. Nie zmienia to jednak faktu, że w tej konkretnej sprawie obiektywnym beneficjentem takiego stanowiska jest Rosja, ponieważ to jej strategiczny projekt energetyczny jest przedmiotem ochrony prawnej, a ludzie podejrzani o jego zniszczenie są ścigani. Nie trzeba twierdzić, że niemieckie władze chcą pomagać Moskwie. Nie ma dowodu na taką intencję. Faktyczny skutek działań jest jednak korzystny dla rosyjskiego interesu.

Nord Stream nie był neutralną rurą

W tym miejscu niemiecka argumentacja zderza się z historią samego projektu. Nord Stream nie był zwykłym gazociągiem pozbawionym znaczenia politycznego. Był jednym z najważniejszych instrumentów rosyjskiej polityki energetycznej wobec Europy. Pozwalał Rosji przesyłać gaz bezpośrednio do Niemiec, omijać Ukrainę i państwa Europy Środkowej, zmniejszać ich znaczenie tranzytowe oraz budować szczególną współzależność między Moskwą i Berlinem. Polska oraz Ukraina ostrzegały przed tym przez lata, podczas gdy Niemcy odpowiadały, że Nord Stream jest przede wszystkim projektem gospodarczym.

Po rosyjskiej inwazji z 24 lutego 2022 roku ta narracja się załamała. Berlin zaczął ograniczać import rosyjskich nośników energii, poparł sankcje i przeznaczył miliardy euro na wsparcie Ukrainy. Niemcy przyznały tym samym, że nadmierna zależność od rosyjskiego gazu była strategicznym błędem. Równocześnie jednak ścigają ludzi podejrzanych o zniszczenie najbardziej rozpoznawalnego symbolu tej zależności. To nie jest już wyłącznie abstrakcyjny problem prawa karnego. Jest to konkretna polityczna sprzeczność.

W tej sprawie trzeba wyraźnie oddzielić intencję od skutku. Nie ma podstaw, aby twierdzić, że niemiecka prokuratura prowadzi postępowanie dlatego, że chce pomagać Kremlowi. Niemieckie organy mogą działać wyłącznie dlatego, że uważają zniszczenie infrastruktury cywilnej za przestępstwo i czują się zobowiązane do jego ścigania. Nie zmienia to jednak rezultatu. Niemcy ścigają osoby, które miały zniszczyć strategiczny rosyjski projekt energetyczny, domagają się ich zatrzymywania przez inne państwa europejskie, odrzucają argument, że znaczenie Nord Stream dla rosyjskiej gospodarki wojennej mogło uzasadniać atak, i bronią prawnego statusu infrastruktury, która przez lata zapewniała Rosji bezpośredni dostęp do największego rynku gazowego Europy. Są to działania, których obiektywny skutek służy rosyjskiemu interesowi.

Polska postawiła sprawę odwrotnie

Najlepiej widać różnicę na tle stanowiska Polski. Polski sąd odmówił wcześniej wydania Wołodymyra Ż. Niemcom, przywiązując większe znaczenie do kontekstu wojny rosyjsko-ukraińskiej. Według strony polskiej problemem Nord Stream nie było jego wysadzenie, lecz jego zbudowanie. Nord Stream był projektem służącym rosyjskim interesom, którego powstanie państwa Europy Środkowej przez lata uważały za zagrożenie.

Niemcy przyjęły podejście przeciwne. Niezależnie od oceny samego projektu traktują jego zniszczenie jako czyn wymagający ścigania. Dlatego europejski nakaz aresztowania wobec Ż. pozostał aktywny także po decyzji polskiego sądu. Polska go nie wydała, ale po wyjeździe z kraju został zatrzymany w Chorwacji i Berlin ponownie może zabiegać o jego przekazanie. Polski sąd odmówił wydania człowieka podejrzanego o zniszczenie rosyjskiego projektu, natomiast Berlin konsekwentnie prowadzi działania zmierzające do postawienia go przed sądem. Różnica między oboma państwami jest więc zasadnicza.

Berlin nie może zasłaniać się niezależnością prokuratury

Oficjalna niemiecka odpowiedź brzmi: pomoc Ukrainie jest kwestią polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, natomiast Nord Stream jest sprawą niezależnego wymiaru sprawiedliwości. Instytucjonalnie to prawda, ale politycznie takie wyjaśnienie nie usuwa sprzeczności. Niemcy uzbrajają Ukrainę, aby mogła skuteczniej osłabiać rosyjski potencjał militarny, wspierają sankcje ograniczające rosyjskie dochody i dążą do ograniczania rosyjskich wpływów gospodarczych w Europie. Jednocześnie ich organy prowadzą działania, których efektem jest ochrona prawna rosyjskiego projektu energetycznego oraz ściganie jego domniemanych niszczycieli.

Berlin przyjmuje więc dwa równoległe założenia: z jednej strony deklaruje konieczność militarnego, gospodarczego i energetycznego osłabiania Rosji w związku z jej agresją na Ukrainę; z drugiej uznaje, że zniszczenie Nord Stream nie mieściło się w granicach legalnych działań wojennych, ponieważ gazociąg pozostawał obiektem cywilnym. Prawnie można te stanowiska pogodzić, bo nie każdy obiekt służący gospodarce przeciwnika staje się legalnym celem. Politycznie pozostaje jednak fakt, że Niemcy ścigają ludzi podejrzanych o zniszczenie infrastruktury, która przez lata wzmacniała rosyjskie wpływy energetyczne w Europie. W tej konkretnej sprawie jest to działanie na rzecz rosyjskiego interesu, niezależnie od tego, czy taki był zamiar Berlina.

Najtrudniejsze pytanie dopiero nadejdzie

Dopóki Niemcy ścigają wyłącznie wykonawców, Berlin może utrzymywać wygodną konstrukcję: pomagamy Ukrainie jako państwu, ale ścigamy konkretne osoby za konkretne czyny. Sytuacja zmieni się, jeśli niemiecki sąd potwierdzi ustalenia prokuratury, że operacja była prowadzona na rzecz ukraińskich struktur państwowych. Wtedy trzeba będzie zadać pytanie nie o nurków, lecz o państwo. Jeżeli ukraińskie struktury rzeczywiście zleciły wysadzenie Nord Stream, czy Berlin uzna to za bezprawną operację Ukrainy przeciwko cywilnej infrastrukturze? Czy zażąda odpowiedzialności osób, które wydały rozkaz? Czy będzie domagał się ich zatrzymania i wydania? Czy pojawią się konsekwencje polityczne wobec Kijowa?

Jeżeli odpowiedź będzie negatywna, powstanie kolejne pytanie: dlaczego Niemcy z taką determinacją ścigają wykonawców operacji, jeżeli nie zamierzają rozliczać jej ewentualnych państwowych zleceniodawców? Wtedy argument o niezależnej prokuraturze przestanie wystarczać.

Berlin ma oczywiście mocny argument prawny. Nie może zaakceptować zasady, że podczas wojny można bez ograniczeń niszczyć infrastrukturę cywilną tylko dlatego, że przynosi ona przeciwnikowi dochody. Gdyby przyjąć taki standard, europejskie rurociągi, kable telekomunikacyjne, terminale czy obiekty energetyczne również mogłyby być przedstawiane jako dopuszczalne cele dlatego, że wspierają gospodarkę państw NATO. Niemcy mają więc powód, aby bronić tej zasady. Nie trzeba jednak przez to ignorować politycznego rezultatu.

W sprawie Nord Stream Niemcy stanęły po stronie ochrony obiektu, który był jednym z najważniejszych instrumentów rosyjskich interesów gospodarczych w Europie, i przeciwko ludziom podejrzanym o jego zniszczenie. Można nazywać to obroną prawa albo ochroną infrastruktury cywilnej, ale z punktu widzenia skutków jest to również działanie na rzecz rosyjskiego interesu.

Nord Stream testem niemieckiej konsekwencji

Berlin chce dziś utrzymać jednocześnie trzy twierdzenia: Nord Stream był strategicznym błędem; Rosję należy gospodarczo i militarnie osłabiać, a Ukrainę wspierać; ludzi, którzy zniszczyli Nord Stream, należy zatrzymać i osądzić. Prawnie można próbować je pogodzić. Politycznie tworzą jednak sprzeczność, której nie należy zasłaniać neutralnym językiem.

Nie zmienia tego fakt, że Ukraina formalnie nie ogłosiła Rosji stanu wojny. Od 24 lutego 2022 roku oba państwa pozostają stronami międzynarodowego konfliktu zbrojnego i podlegają prawu konfliktów zbrojnych niezależnie od formalnego wypowiedzenia wojny. Jeżeli operację Nord Stream przeprowadzili ukraińscy wojskowi działający na rzecz państwa, zasadnicze pytanie brzmi więc nie „czy trwała wojna”, lecz czy gazociąg był legalnym celem tej wojny. Niemcy odpowiadają: nie. I na podstawie tej interpretacji ścigają wykonawców.

Skutek jest prosty: Berlin, który deklaruje strategiczne osłabianie Rosji, w sprawie Nord Stream wykorzystuje aparat państwa do ścigania ludzi podejrzanych o zniszczenie infrastruktury służącej rosyjskim interesom. Można spierać się, czy jest to prawnie konieczne. Znacznie trudniej zaprzeczyć, że w praktyce są to działania na rzecz rosyjskiego interesu – nawet jeżeli niemiecką motywacją nie jest pomoc Rosji, lecz obrona własnej interpretacji prawa.

Zatrzymanie Wołodymyra Ż. w Chorwacji pokazuje, że nie jest to akademicki spór. Berlin jest gotów wykorzystywać europejski system współpracy karnej, aby doprowadzić podejrzanych przed niemiecki sąd. Im bliżej śledztwo będzie prowadziło do ukraińskich struktur państwowych, tym trudniej będzie Niemcom twierdzić, że nie ma tu zasadniczej sprzeczności. Państwo nie może bez końca deklarować, że chce osłabiać Rosję, a jednocześnie ignorować fakt, że w jednej z najbardziej symbolicznych spraw tej wojny jego własne działania obiektywnie służą ochronie rosyjskiego interesu.

Reklama
Zobacz również

Wybrane okazje dla Ciebie

Reklama
Reklama