Reklama
  • W CENTRUM UWAGI
  • OPINIA

Niemiecki biznes jedzie do Rosji. Bałtowie ostrzegają, a UE myśli o negocjacjach z Putinem

Niemieccy przedsiębiorcy po raz pierwszy od 2022 roku wezmą udział w Forum Ekonomicznym w Petersburgu. Uczestnicy argumentują wizytę chęcią utrzymania kontaktów gospodarczych z Rosją po ewentualnym rozejmie. W ubiegłym miesiącu pojawiły się również głosy o konieczności negocjacji z Moskwą ze strony UE.

Autor. Presidential Executive Office of Russia/Wikimedia Commons/CC4.0

Przywódcy państw bałtyckich oraz szefowa dyplomacji UE Kaja Kallas (Estonka) ostrzegają, że Kreml chce wciągnąć Brukselę w pułapkę. „Wielokrotne apele o współpracę z Moskwą nie odzwierciedlają potrzeb bezpieczeństwa Europy” – mówi prezydent Litwy Gitanas Nausėda.

W skrócie:

  • Niemieccy biznesmeni będą uczestniczyć w Forum Ekonomicznym w Petersburgu.
  • W UE pojawiają się głosy o konieczności negocjacji z Putinem. Była kanclerz Angela Merkel mówi o "niewykorzystanym potencjale dyplomatycznym UE".
  • Kraje bałtyckie ostrzegają przed Putinem i ustawianiem się UE w roli mediatora.
  • Aby utrzymać wspólny europejski front przeciwko współpracy z Rosją, niezbędne jest tworzenie koalicji.

Powolny powrót do business as usual?

Szef niemieckiej Izby Handlu Zagranicznego (AHK) Matthias Schepp zaznaczył, że poprzez uczestnictwo w rosyjskim forum Berlin chce ochronić ponad 100 mld euro aktywów w Rosji.

YouTube cover video
”Zachód nie powinien na stałe oddawać Rosji, jej dużego rynku i surowców Azji” – ocenił Schepp. Przypomniał jednocześnie, że Amerykanie i Francuzi uczestniczą w dialogu biznesowym w ramach petersburskiego forum od 2025 roku.

W tym roku na forum w Petersburgu pojawią się też politycy prawicowo-populistycznej partii Alternatywa dla Niemiec (AfD), którzy opowiadają się za wznowieniem współpracy z Rosją. „Mój udział nie oznacza popierania wojny w Ukrainie” – powiedział cytowany przez dpa deputowany AfD do Bundestagu Markus Frohnmaier. Według niemieckich mediów w wydarzeniu wezmą udział również znani z prorosyjskich poglądów deputowany do Bundestagu Steffen Kotré i europarlamentarzysta Petr Bystroň.

W Rosji nadal aktywnych jest około 1,6 tys. niemieckich spółek, a ich łączne obroty wyniosły w zeszłym roku około 20 mld euro – wynika z danych AHK. Z badania przeprowadzonego przez izbę wśród 750 firm wynika, że niemal wszystkie planują pozostanie w Rosji. 75 proc. spośród 265 ankietowanych jest zadowolonych z działalności mimo strat wywołanych sankcjami.

Ponad jedna trzecia firm uważa, że sankcje bardziej szkodzą Niemcom niż Rosji. Na pytanie o wznowienie importu rosyjskiego gazu i ropy 65 proc. odpowiedziało „tak, im szybciej, tym lepiej”, a 31 proc. - „tak, ale dopiero po zakończeniu walk na Ukrainie”.
Reklama

Nie ma to jak Europa

W wypowiedzi dla niemieckiej dpa Schepp zaznaczył, że w pierwszym kwartale 2026 roku w Rosji powstało 1,4 tys. firm założonych przez Chińczyków. Rozwija się nie tylko biznes, lecz także handel surowcami energetycznymi.

Jak pokazują dane CREA, od momentu rozpoczęcia pełnoskalowej wojny w 2022 roku Moskwa skupiła się na eksporcie ropy naftowej do Indii (38 proc.) i Chin (51 proc.). Państwo Środka kupuje także 37 proc. rosyjskiego węgla.

Rosja umacnia współpracę z Azją, ponieważ… nie ma innego wyboru. W momencie znacznego ograniczenia dostępu do europejskich rynków surowcowych, to właśnie Indie, Chiny czy kraje Globalnego Południa oraz Afryki stają się naturalną alternatywą dla kremlowskich inwestycji.

CREA
CREA
Autor. CREA

Przykładowo, Rosatom aktywnie działa w Afryce i obecnie posiada aktywne umowy w sektorze jądrowym z co najmniej 15 krajami afrykańskimi. Moskwa prowadzi rozmowy m.in. z Maroko, Egiptem, Mali, Rwandą czy Burundi. Kreml zwiększa także dostawy LNG na rynki Ameryki Południowej (Brazylia).

Jednocześnie nie wolno zapominać, że strata unijnego rynku energetycznego była dla Rosji potężnym ciosem. Moskwa od dziesięcioleci budowała swoją infrastrukturę energetyczną z nastawieniem na sprzedaż surowców do Europy i nie jest w stanie odwrócić tych działań na przestrzeni zaledwie kilku lat.

Zdaniem analityków CREA od końca 2022 roku do drugiej połowy 2025 roku Rosja straciła ponad 100 mld dol. z tytułu niezrealizowanych zysków z eksportu paliw kopalnych (głównie ropy) do UE. Nawet pomimo obchodzenia sankcji za pomocą floty cieni, całkowite przychody Rosji ze sprzedaży energii (ropa, gaz, węgiel) były o 27% niższe w porównaniu z ostatnim rokiem przed inwazją. Nie wspominając o 13,1 mld dol. straty netto dla Gazpromu (była to pierwsza strata netto od 1999 roku).

Nowe projekty infrastrukturalne (w tym słynna Siła Syberii) wymagają czasu i nakładów kapitałowych, a także współpracy na poziomie politycznym. Pomimo wielkich zapowiedzi, współpraca z krajami Azji nie rekompensuje Rosji straty rynku UE.

Przykładowo, Siła Syberii – gazociąg o przepustowości 50 mld m3 rocznie, biegnący do Chin przez Mongolię – miała rozpocząć dostawy już w 2030 roku, jednak na razie rozmowy o projekcie de facto utknęły w martwym punkcie i nie wygląda na to, aby prace nad nimi znacząco przyspieszyły. Pekin wie, że obecnie ma lepszą pozycję negocjacyjną i chce zapewnić sobie dostawy gazu ziemnego po jak najniższej cenie, na co z kolei nie chce przystanąć Rosja.

Propagandziści Kremla nie zamierzają przyznawać się do porażki ani pokazywać, że zależy im na powrocie do business as usual z Europą. Świetnie pokazała to wypowiedź Putina po ataku USA i Izraela na Iran oraz zamknięciu cieśniny Ormuz. Wówczas, wraz ze wsparciem węgierskiego premiera Viktora Orbana, Rosja przedstawiała siebie jako „stabilnego i zaufanego dostawcę ropy naftowej i gazu ziemnego”. Sugerowała także możliwość wznowienia kontaktów biznesowych – o ile UE porzuci „polityczną koniunkturę”.

UE jako mediator między Moskwą a Kijowem?

W tym kontekście szczególnie mocno uderzają niedawne słowa byłej kanclerz Angeli Merkel, która powiedziała wprost: „Żałuję, że Europa — moim zdaniem — nie wykorzystuje w wystarczającym stopniu swojego potencjału dyplomatycznego”.

W swojej wypowiedzi w wyważony sposób zwracała uwagę na – jej zdaniem – potrzebę znalezienia przez Europejczyków formatu spotkania z Putinem. Była kanclerz oceniła, że ważne jest, by „odstraszaniu wojskowemu” towarzyszyły „działania dyplomatyczne”. Jak doprecyzowała: „Nie uważam, że wystarczające jest utrzymywanie kontaktów z Rosją przez prezydenta Trumpa”. „My przecież jako Europejczycy też coś znaczymy i możemy — dzięki naszemu doświadczeniu, naszym możliwościom, które są, jak sądzę, duże, znaleźć drogi działania” – dodała.

Nie można zarzucić Merkel braku konsekwencji. Była kanclerz Niemiec opowiadała się za dialogiem i współpracą z Rosją przez cały okres trwania swoich rządów, a także po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie. We wrześniu 2022 roku mówiła o pracy nad paneuropejską architekturą bezpieczeństwa, uwzględniając w niej także Rosję, a w 2023 roku broniła swojej polityki energetycznej i importu gazu z Rosji na łamach „Die Zeit”.

Rozmowy dotyczące ewentualnych rozmów UE z Moskwą już od jakiegoś czasu toczą się za zamkniętymi drzwiami europejskich gabinetów. Zresztą nie tylko tam, nie jest to bowiem tajemnica – w maju bieżącego roku szef Rady Europejskiej Antonio Costa powiedział, że UE przygotowuje się do potencjalnych rozmów z Putinem.

Jak informował „Financial Times”, ministrowie spraw zagranicznych państw unijnych mieli omówić zalety poszczególnych kandydatów. Wśród potencjalnych negocjatorów wymieniono m.in. byłego prezesa Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghiego, prezydenta Finlandii Alexandra Stubba czy jego poprzednika Sauliego Niinistö oraz... Angelę Merkel.

Pomysł dołączenia UE do negocjacji miały poprzeć zarówno USA, jak i Ukraina. „Obaj zgadzamy się, że Europa musi być zaangażowana w negocjacje. To ważne, by mieć w tym procesie silny głos i udział, i warto ustalić, kto konkretnie będzie reprezentować Europę” – powiedział prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski po jednej z rozmów telefonicznych z Costą. Jak poinformował brytyjski dziennik, wysoki rangą przedstawiciel Ukrainy powiedział, że Zełenski chciałby, aby rozmowami z Rosją ze strony europejskiej kierował „ktoś taki jak Draghi” albo „silny, urzędujący przywódca” któregoś z państw unijnych.

Politycy wymienieni jako potencjalni kandydaci zdystansowali się od udzielenia komentarza, z kolei Kreml zareagował na te wiadomości pozytywnie.

Putin oznajmił, że jest otwarty na rozmowy z przedstawicielem krajów europejskich pod warunkiem, że wysłannik „nie powiedział różnych paskudnych rzeczy” o Rosji, a rzecznik Kremla dodał: "Mamy nadzieję, że praktyczne podejście zwycięży i że odniesie to rzeczywiste skutki".

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Rosja bez ogródek odrzuciła starania Francji o przeprowadzenie tego typu rozmów w lutym bieżącego roku. Zdaniem jednego z informatorów, Rosji bardziej mogłyby odpowiadać rozmowy z czołowym europejskim mocarstwem zamiast z przedstawicielem całej Europy – ułatwiłoby to podzielenie państw członkowskich i złamanie wspólnego frontu przeciw Moskwie.

Reklama

Stanowisko państw bałtyckich jest jasne

Fakt, że kraje członkowskie UE od 2014 roku utrzymują i zacieśniają sankcje wobec Kremla, jest godny podziwu – podobnie jak przełomowa decyzja Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego dotycząca zakazu importu rosyjskiego gazu ziemnego i LNG do 2027 roku.

Odkładając na chwilę na bok polityczny cynizm, jest to rzeczywisty wyraz wspólnoty wartości i solidarności państw członkowskich wobec zaatakowanej przez Rosję Ukrainy.

Niestety, jak potwierdził premier Węgier Péter Magyar w wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej”: „Powiedzmy sobie to uczciwie: w polityce nie ma przyjaźni. Są interesy”. I pomimo uwzględniania europejskich wartości w polityce wewnętrznej i zewnętrznej, UE nie jest wolna od kierowania się politycznym i gospodarczym interesem poszczególnych państw członkowskich.

Zderzenie to świetnie widać w komentarzach, jakie padły po słowach Angeli Merkel i sugestiach, by UE przyjęła rolę mediatora w konflikcie między Moskwą a Kijowem. I choć dołączenie UE do rozmów Ukraina-USA-Rosja jest pożądane politycznie i wzmacniałoby pozycję Brukseli na arenie międzynarodowej, spór rozgrywa się o określenie Unii mianem „mediatora”.

Europa nigdy nie będzie neutralnym mediatorem między Rosją a Ukrainą, ponieważ jesteśmy po stronie Ukrainy i bronimy naszych podstawowych interesów bezpieczeństwa” – oświadczyła wówczas Kaja Kallas.

Obecna szefowa unijnej dyplomacji i była premier Estonii znana jest ze swojego jednoznacznego, antyrosyjskiego podejścia, wsparcia dla Ukrainy oraz dążenia do maksymalnej izolacji gospodarczej Rosji. Zapowiedziała przygotowywanie nowego pakietu sankcji, który miałby zwiększyć presję na Moskwę i zmusić ją do rzeczywistych negocjacji pokojowych.

Kallas popierają jej krajanie oraz sąsiedzi. Szef estońskiej dyplomacji Margus Tsahkna wprost powiedział, że argumenty o mediacyjnej roli UE to sposób Kremla na zyskanie na czasie.

"Gdyby Europa przyjęła rolę mediatora, nie rozmawialibyśmy już o kolejnym pakiecie sankcji, który obecnie UE przygotowuje. Putin obawia się jednej bardzo dotkliwej kwestii, tj. całkowitego zakazu usług transportu morskiego przez obszar UE oraz całej serii innych sankcji" - mówił Estończyk w programie telewizji ERR.

Również Litwa wyraziła swoje krytyczne zdanie. „Wielokrotne apele o współpracę z Moskwą nie odzwierciedlają potrzeb bezpieczeństwa Europy” – stwierdził prezydent Gitanas Nausėda. Podkreślił, że przede wszystkim należy „powstrzymać Rosję, a nie ją zachęcać”.

Reklama

Jednak to poparcie krajów skandynawskich może okazać się kluczowe dla równoważenia interesów różnych części UE. Szwecja i Finlandia poważnie traktują militarne zagrożenie ze strony Rosji, skupiając się na przygotowaniu wojska i społeczeństwa na ewentualny atak ze wschodu.

W styczniu bieżącego roku szwedzka minister spraw zagranicznych Maria Malmer Stenergard oraz szefowa fińskiego MSZ Elina Valtonen wysłały oficjalny list do Kallas, żądając w nim uwzględnienia w 20. pakiecie sankcyjnym całkowitego zakazu świadczenia usług morskich (transportu, ubezpieczeń, napraw) dla statków wywożących rosyjskie surowce (ropę, węgiel, gaz) z rosyjskich portów, aby ostatecznie dobić „flotę cieni”. Byłoby to rzeczywistym, mocnym ciosem dla gospodarki Kremla.

Sztokholm i Helsinki naciskają także na rezygnację UE z rosyjskiego gazu oraz LNG. Skorzystać może na tym Norwegia, która po 2022 roku stała się głównym zaworem bezpieczeństwa dla dostaw europejskiego niebieskiego paliwa.

Reklama

Zderzenie interesów

Perspektywa państw bałtyckich jest w pełni zrozumiała – ostatecznie to one mogą stać się kolejnym celem ewentualnego ataku Rosji i zależy im – podobnie jak Polsce – na utrzymaniu podejrzliwego i negatywnego stosunku Brukseli do współpracy z Kremlem. Jest to wbudowane w ich politykę bezpieczeństwa i to nie tylko na ekonomicznym, lecz również egzystencjalnym poziomie.

Niestety, wraz z przedłużaniem się konfliktu, rosnącymi cenami energii, walką o konkurencyjność europejskiego przemysłu, napiętą sytuacją geopolityczną i kryzysem naftowym wywołanym wojną na Bliskim Wschodzie, przy nadarzającej się okazji argumenty o „politycznej racjonalności” i powrocie do biznesowej współpracy z Rosją mogą padać nie tylko z ust polityków AfD czy węgierskiego FIDESZ-u, lecz również przedstawicieli głównego nurtu.

Za przykład może służyć wypowiedź nowego premiera Węgier Pétera Magyara dla "Rzeczpospolitej", gdzie w wyważony (ale równocześnie zdecydowany i klarowny) sposób wyraził przekonanie, że po zakończeniu wojny "cała Unia Europejska powróci do zakupu rosyjskiego gazu, bo jest on tańszy". "To nakazuje konkurencyjność, geografia. Po prostu" - dodał.

Ciekawe jest to, że pomimo braku powiązań z rosyjskim establishmentem oraz o wiele wyraźniejszym wsparciu Ukrainy, Péter Magyar także mówi o pragmatyzmie i cenach energii – w innych słowach i w innym tonie odbijając jak echo wcześniejsze argumenty jawnie prorosyjskiego i antyukraińskiego Viktora Orbana.

W wywiadzie Magyar deklarował chęć współpracy z Polską, budowy interkonektorów, a także dywersyfikacji źródeł energii „ze szczególnym uwzględnieniem zapewnienia bezpieczeństwa dostaw”. Jednocześnie jasno podkreślał: ceny mają znaczenie, a gaz „importowany przez Polskę i Słowację jest znacznie droższy niż gaz sprowadzany z Rumunii, Rosji czy Austrii”.

Musimy być konkurencyjni, Węgry, Polska. A do tego konieczne są niższe ceny energii. W tym względzie jestem bardzo pragmatyczny” – mówił Magyar.

Warto zaznaczyć, że podobne głosy nie muszą być powodowane wyjątkową polityczną rusofilią – to często wyraz krajowego pragmatyzmu i obrony interesów, które nie muszą zbiegać się z interesami pozostałych krajów członkowskich UE.

Magyar nie jest "Orbanem w owczej skórze". Jednak podobnie jak on pragmatycznie patrzy na ceny energii i surowców, a ze względu na jego proeuropejskość trudniej będzie go za to krytykować niż jego poprzednika. Choć efekt energetyczny dla UE będzie podobny.

Rozdźwięk ten był już widoczny podczas realizacji gazociągów Nord Stream, które (pomimo sprzeciwu Polski i państw bałtyckich) zostały wybudowane i zwiększyły uzależnienie Unii od rosyjskich surowców, które Kreml od lat wykorzystuje w rozgrywkach geopolitycznych.

Solidarność państw członkowskich UE w dalszym nakładaniu sankcji na kremlowski reżim jest godna podziwu i powinna zostać utrzymana ze względu na bezpieczeństwo energetyczne (i polityczne) Unii – o czym w szczególny sposób pamięta wschodnia flanka UE.

Nie wolno jednak zapominać, że różnorodność interesów i konfliktogenność w organizmie politycznym składającym się z 27 państw jest wysoka, a kluczem do sukcesu w Brukseli jest tworzenie silnych koalicji. To właśnie Polska, państwa bałtyckie i kraje skandynawskie mogą stać się silnym głosem przypominającym, że energetyczna i gospodarcza izolacja Rosji to krok w stronę pragmatycznego bezpieczeństwa UE – a nie jedynie wyraz wspólnotowych ideałów.

MM / Iwona Weidmann, Aleksandra Akińczo, Mateusz Obremski, Jowita Kiwnik Pargana, Mateusz Obremski PAP

Reklama
Reklama