- WYWIADY
- W CENTRUM UWAGI
Grecka tragedia Trumpa w Iranie. „Sukces” za 300 mld dolarów
Pomimo weekendowej eskalacji i walk między Hezbollahem a siłami izraelskimi w południowym Libanie, stronom udało się doprowadzić do pierwszej rundy negocjacji między USA a Iranem w szwajcarskim kurorcie Bürgenstock. Zdaniem mediatorów (Kataru i Pakistanu) niedzielne rozmowy zakończyły się „obiecującym postępem”. Komisja wysokiego szczebla uzgodniła plan działania, mający wypracować ostateczne porozumienie w ciągu 60 dni, jednak jak zaznacza amerykanista Rafał Michalski: „Donald Trump jest obecnie bohaterem greckiej tragedii; ma przed sobą dwa rozwiązania i oba są fatalne”.
Szybkie wznowienie walk, a następnie „opanowanie sytuacji” pokazują, jak niestabilny jest „pokój” osiągnięty przez podpisanie wstępnego porozumienia między Waszyngtonem a Teheranem, które odbyło się 17 czerwca.
Jak zaznacza Michalski, nowe memorandum pomiędzy USA a Iranem jest gorszej jakości niż to, które było wynegocjonowane za czasów prezydentury Baracka Obamy w 2015 r. Konflikt nie tylko nie przyniósł Stanom Zjednoczonym korzyści militarnych, politycznych czy gospodarczych, lecz jednocześnie wzmocnił poczucie sprawczości irańskiego reżimu i jego pewność siebie.
Plaster na złamanie
”Porozumienie zostało tak źle wynegocjowane, że nawet jeśli Iran w pełni go przestrzega, reżim nadal może znaleźć się na progu przełomu nuklearnego w bardzo krótkim czasie (…) Umowa nie tylko nie powstrzymuje nuklearnych ambicji Iranu, ale także nie odnosi się do rozwoju przez reżim rakiet balistycznych, które mogłyby przenosić głowice nuklearne. Wreszcie, porozumienie nie robi nic, by ograniczyć destabilizujące działania Iranu, w tym jego wsparcie dla terroryzmu”.
Wbrew pozorom nie jest to komentarz odnoszący się do obecnie negocjowanego porozumienia pomiędzy Waszyngtonem a Teheranem. To słowa prezydenta Donalda Trumpa z 8 maja 2018 r. – słowa, które padły podczas wycofania się Stanów Zjednoczonych z porozumienia nuklearnego, wynegocjowanego zaledwie trzy lata wcześniej przez administrację Baracka Obamy.
Ironia historii nie omija imperiów tego świata, a jeśli już przyjrzeć się kolei dziejów – dotyka ich jeszcze mocniej i częściej niż pomniejszych graczy stosunków międzynarodowych. Choć porozumienie JCPOA Obamy rzeczywiście było krytykowane zarówno przez republikanów, jak i przez część demokratów (w tym obecnego lidera mniejszości w Senacie, Chuck’a Schumera), w świetle obecnych negocjacji prowadzonych przez administrację Trumpa jawi się ono jako rozsądny kompromis wypracowany z korzyścią dla Amerykanów.
🚨 President Donald J. Trump has SIGNED the Iran Memorandum of Understanding at Versailles in France. 🇺🇸 pic.twitter.com/JQ6qlbvFAF
— The White House (@WhiteHouse) June 17, 2026
"Umowa w obecnym kształcie jest bardzo zła. To niezwykle ogólne memorandum, w którym pewne elementy w żaden sposób nie zostały zdefiniowane. Nawet politycy, którzy po atakach bronili decyzji Trumpa w mediach, nie mają argumentów na poparcie obecnej umowy."
zaznacza Michalski
Rzeczywiście, obrona umowy stanowi… bardzo duże wyzwanie. Przykładowo, administracja Obamy zgodziła się na zapłacenie irańskiemu rządowi 1,7 mld dol. W obecnym memorandum USA (wraz ze wsparciem „państw regionalnych”) zobowiązują się do przekazania irańskiemu reżimowi kwoty nie mniejszej niż 300 mld dol, przeznaczonej na odbudowanie zniszczeń jakie Teheran poniósł w trakcie amerykańskich i izraelskich bombardowań, a także modernizację irańskiego sektora wydobywczego ropy i gazu czy budowę nowych portów.
Dla zobrazowania - 300 mld dol. to wartość odpowiadająca 1/3 gospodarki Polski albo ok. 54 proc. kosztów powojennej odbudowy Ukrainy.
Autor. Rystad Energy
Teoretycznie Trump chciałby pozyskać tę zawrotną kwotę poprzez stworzenie „międzynarodowej składki”, w której udział miałyby wziąć państwa Zatoki Perskiej – te same, które przez nieuzgodniony z nimi atak USA i Izraela na Iran zapłaciły ogromną cenę w postaci strat eksportowych i infrastrukturalnych. Zdaniem Rystad Energy wynoszą one co najmniej 58 mld dol. (nie wspominając o długotrwałych naprawach kosztownych, specjalistycznych technologii sektora węglowodorowego).
Nie lepiej wygląda kwestia, na której najbardziej zależało Stanom Zjednoczonym: uniemożliwienie Iranowi posiadania własnej broni nuklearnej. „W tekście obecnego memorandum napisano: „Islamska Republika Iranu potwierdza, że nie będzie nabywać ani rozwijać broni jądrowej”. W poprzedniej umowie zapisano, że Teheran „nie będzie dążył do uzyskania, rozwijania ani nabywania broni jądrowej”, co jest szerszym i bardziej kompleksowym zapisem” – podkreśla Michalski. Jak potwierdza historia, w umowach międzynarodowych takie szczegóły potrafią mieć ogromne znaczenie.
The peace plan is ALREADY bearing fruit for America, as gas prices fall. Iran's nuclear program is destroyed, their conventional military is destroyed, and their capacity to threaten their neighbors is still largely gone. @VP pic.twitter.com/RfJaCAoxwz
— The White House (@WhiteHouse) June 18, 2026
Irańskie władze co prawda zgodziły się na zniesienie blokady morskiej na cieśninie Ormuz i potwierdziły zwolnienie statków handlowych z jakichkolwiek opłat tranzytowych, jednak ma ono obowiązywać na razie przez kolejne 60 dni. Dodatkowo irańskie władze morskie (ang. Persian Gulf Strait Authority) wymagają od załóg statków składania cyfrowych wniosków tranzytowych na co najmniej 48 godzin przed planowanym wejściem w rejon cieśniny.
Zdaniem Michalskiego Trump zaczął wyczuwać niezadowolenie wyborców i republikanów. Opinia Partii Republikańskiej „nie jest jego głównym zmartwieniem” (w przeciwieństwie do sytuacji na rynkach), w rozmowach z dziennikarzami stara się uspokoić negatywne nastroje wśród swoich zwolenników. „Trump zaznacza, że w ostateczności – jeśli ostateczne porozumienie okaże się niesatysfakcjonujące – USA mogą wznowić ataki bombowe” – komentuje ekspert.
"Działania zbrojne" USA
Jednak to nie tylko 300 mld dol. „reparacji” czy słabsze zabezpieczenia wobec perspektywy irańskiej broni nuklearnej rozpalają amerykańską debatę publiczną i polityczną. Konflikt między Waszyngtonem a Teheranem od początku budził silne emocje, ponieważ… nie można go było nawet otwarcie nazwać „wojną”.
"Trzymając się poprawnej terminologii, mówimy tutaj o »użyciu sił zbrojnych za granicą«” – podkreśla Michalski. "Nie zostało ono wypowiedziane ani zatwierdzone przez Kongres, a Trump przeprowadził je w najgorszy możliwy sposób – bez jakiejkolwiek transparentności wobec opinii publicznej i samego Senatu".
Przywołując chronologię pierwszych godzin konfliktu, Michalski zaznacza, że po uderzeniach amerykańskich bomb na Iran lider republikańskiej większości w Senacie Mike Johnson powiedział wprost, że nie został w żaden sposób poinformowany o celach ataku; kiedy Kapitol wzywał członków administracji na przesłuchania, ci odmawiali z powodu „braku czasu”.
Zgodnie z konstytucją USA to Kongres ma wyłączną władzę wypowiadania wojny. Jednocześnie jednak konstytucja mianuje prezydenta Naczelnym Dowódcą Sił Zbrojnych, co rodzi naturalne tarcie pomiędzy instytucjami i umożliwiało prezydentom USA wysyłanie amerykańskich wojsk na zagraniczne misje bez uzgodnienia tego z Kongresem.
W efekcie w 1973 r. uchwalono przepisy zobowiązujące prezydenta do powiadomienia Kongresu o działaniach militarnych w ciągu 48 godzin od wprowadzenia wojsk do strefy gdzie grożą działania zbrojne; uzgodniono również, że siły zbrojne USA nie mogą brać udziału w walkach dłużej niż 60 dni bez formalnej zgody Kongresu, a po upływie tego terminu prezydent ma 30 dni na wycofanie oddziałów.
W przypadku konfliktu z Iranem, Trump nie uzyskał zgody Kongresu na działania zbrojne i po 60 dniach powinien zacząć wycofywać wojska. Jednak prawnicy Białego Domu tłumaczyli dalszą obecność żołnierzy zawarciem zawieszenia broni 8 kwietnia bieżącego roku. Co więcej – 4 maja Hegseth ogłosił operację Project Freedom – powszechnie zakłada się, że miałaby ona „odnowić licznik” o kolejne 60 dni.
Warto odnotować, że teoretycznie (z perspektywy legislacyjnej) USA nie wypowiedziały wojny od 1942 r. W efekcie kolejna "operacja wojskowa" kosztowała Stany Zjednoczone ok. 132 mld dol, a globalne straty gospodarcze liczone są w setkach miliardów.
”Kilkanaście dni później media otrzymały informację, że Donald Trump wystąpił do Kongresu o 200 mld dol. na sfinansowanie wojny – mimo, że przed atakiem nikt nie konsultował tej decyzji z Kapitolem” – dodaje ekspert.
Granice cierpliwości
Jak zaznacza Michalski, kiedy wniosek wpłynął ze strony Biura Budżetowego, kapitolscy urzędnicy zaczęli go analizować: „Z początkiem kwietnia wyliczyli, że koszt wojny wyniósł ok. 50 mld dol. Nie mieli pojęcia, z jakiego tytułu Biały Dom żąda nagle dodatkowych 150 mld dol.”
Ekspert wyjaśnia, że wszystko działo się w momencie trwającego wielkiego zamknięcia rządu federalnego (tzw. shutdownu) – zresztą najdłuższego w historii, trwającego 76 dni. Dodatkowo, wniosek o finansowanie w wysokości 200 mld dol. pojawił się w momencie, w którym demokraci próbowali wynegocjować z republikanami warunki finansowania służb granicznych ICE oraz CBP przez Departament Bezpieczeństwa Krajowego.
”Nie było absolutnie żadnych szans na przyjęcie wniosku. Wymagałoby to 60 głosów w Senacie, a republikańscy kongresmeni w ogóle nie byli informowani o sytuacji. Doszła do tego trzecia kwestia: zbliżał się termin przegłosowania ustawy o finansowaniu Departamentu Obrony na rok 2027. Pentagon zażądał rekordowej sumy 1,5 bln dol.” – dodaje Michalski.
"I tutaj robi się bardzo ciekawie, bo kongresmeni widzą żądanie rekordowych środków i zupełnie nie wiedzą, na co zostaną przeznaczone. Aby uniknąć szoku wyborczego spowodowanego potężną prośbą o budżet na obronę w obliczu kryzysu gospodarczego, Biały Dom poprosił o miliard dolarów w głównej ustawie budżetowej, a pozostałe 350 mld zamierza umieścić w tzw. ustawie pojednawczej"
mówi Michalski
Dzięki temu Kongres był w stanie uchwalić zmiany budżetowe w Senacie przy pomocy 51 głosów, i – co ważniejsze – nie zwiększyło to w perspektywie dekady krajowego deficytu USA, szczególnie ważnego dla konserwatywnych wyborców. Jednak jest pewien haczyk.
”Mechanizm polega na zerowaniu kosztów. Jeżeli rząd chce przekazać na jakiś cel np. 100 mld dol., musi zmniejszyć inny państwowy program o tę samą kwotę (aby nie powiększyć deficytu)” – mówi ekspert. „Jeśli administracja Trumpa ubiega się o 350 mld dol. w ustawie pojednawczej i osobno prosi o 200 mld dol. na konflikt z Iranem, członkowie Kongresu nie wiedzą, czy to „wojenne” żądanie jest zawarte w owych 350 mld dol.”
"W najgorszym scenariuszu należałoby usunąć programy państwowe za niewyobrażalną kwotę 550 mld dol. republikańscy liderzy odmówili poparcia dla finansowania konfliktu w tej formie. Od końca kwietnia koszt operacji w Iranie stał się wprost uszczuplaniem budżetu obronnego Pentagonu na 2026 r. oraz wydatków zaplanowanych na wsparcie Europy".
podkreśla Michalski
Jednak wątpliwa „płynność finansowa” obecnej administracji USA sięga jeszcze dalej. Podczas przesłuchania przez komisję senacką sekretarz wojny Pete Hegseth przyznał, że od stycznia bieżącego roku Pentagon blokował realizację dotacji budżetowej zatwierdzonej przez Kongres, która miała wesprzeć Kijów kwotą 400 mln dol. A to wszystko w czasie, gdy inflacja w Ameryce jest na najwyższym poziomie od trzech ostatnich lat.
Zmęczenie Amerykanina z Kansas
Zdaniem Michalskiego, prezydent Trump stał się „bohaterem greckiej tragedii” i nie ma dla niego dobrego wyjścia z obecnej sytuacji.
„Gdyby nadal prowadził wojnę w Iranie, ryzykowałby destabilizację gospodarczą” – mówi ekspert. „Analitycy zwracali uwagę, że rezerwy ropy dążą do niebezpiecznie niskiego poziomu i gdyby wojna przedłużyła się do jesieni, ceny surowca po grudniu 2026 roku mogłyby drastycznie wzrosnąć”.
"Dodajmy do tego wybory śródokresowe w listopadzie, ogólną niepopularność wojny wśród wyborców, wzrost cen nawozów oraz zablokowanie cieśniny Ormuz. Dalsze prowadzenie wojny stwarzało po prostu gigantyczne ryzyko gospodarcze, nawet jeśli istniałaby militarna i strategiczna szansa na jej wygranie".
podkreśla Michalski
Trump szedł do wyborów prezydenckich z hasłami braku wojen, pokoju oraz prymatu wewnętrznych spraw USA na ustach – tylko po to, by wywołać transatlantycki kryzys związany z siłowym przejęciem Grenlandii, obalić rządy Nicolasa Maduro w Wenezueli (jednocześnie nie pozbywając się struktur dotychczasowego reżimu) i rozpocząć „operację zbrojną” w Iranie.
"Amerykanie są głęboko zmęczeni udziałem w zagranicznych konfliktach i interwencjach międzynarodowych. Nie jest to izolacjonizm per se, jednak chcą, aby prezydent i administracja skupili się przede wszystkim na problemach wewnętrznych USA - a tych jest wiele, od gospodarki aż po kryzys migracyjny. Wyborca w USA najbardziej interesuje się cenami na stacji benzynowej - a te poszybowały w górę."
podkreśla Michalski
Zdaniem eksperta jedyne, co zyskały USA w ostatnim konflikcie z Iranem, to globalne poczucie nieprzewidywalności działań ich administracji. „Pokazali, że są gotowi na wszystko, że administracja jest – dosłownie – nieobliczalna” – mówi amerykanista.
Jednak powstaje pytanie, czy rzeczywiście nieprzewidywalność ma być główną siłą współczesnych Stanów Zjednoczonych? I na ile będzie ona skuteczną taktyką dotychczasowego imperium? Pomijając brutalną militarną siłę, Waszyngton opierał swoje wpływy także na soft power, uwidaczniającym się poprzez globalne programy pomocowe, inicjatywy edukacyjne czy propagowanie kultury i „amerykańskiego stylu życia”, „amerykańskiego snu”. USA, nawet gdy prowadziły wojny w Wietnamie czy na Bliskim Wschodzie, mówiły o „krzewieniu demokracji” – nawet jeśli chodziło o zyski z ropy czy przewagę geopolityczną w regionie.
Działania administracji Trumpa systematycznie i głęboko podważają (jeśli nie niwelują) nagromadzony przez lata „miękki” kapitał Stanów Zjednoczonych. Wspomniana „nieprzewidywalność” oznacza również coraz większy brak zaufania wśród sojuszników Waszyngtonu, którzy nie mogą być już tak pewni dotychczasowych gwarancji podpisywanych umów.
Największym wygranym toczącego się od 28 lutego konfliktu jest Iran, a dokładniej: Islamska Republika Iranu. Reżim, który systematycznie i w brutalny sposób doprowadza do śmierci i represjonowania własnych obywateli, w wyniku działań USA zyskał więcej sympatii i poparcia niż dotychczasowy „przywódca zachodniego świata”. Gospodarcza cena, jaką Waszyngton zapłaci za zamknięcie cieśniny Ormuz, będzie o wiele mniejsza niż polityczna cena związana z utratą zaufania i nadszarpnięciem międzynarodowych sojuszy Ameryki.




