- ANALIZA
- W CENTRUM UWAGI
Koniec absurdu na Jamale. Polska buduje gazową potęgę, Niemcy jadą do Petersburga
Jak poinformował Gaz-System, w 2027 roku znacznie spadnie koszt importu gazu do Polski i koszt tranzytu. Wszystko dzięki włączeniu krajowego odcinka gazociągu jamalskiego do polskiego systemu przesyłu gazu i objęciu go nową taryfą.
W środę Prezes Urzędu Regulacji Energetyki zatwierdził taryfę na przesył gazu przez Gaz-System, która będzie obowiązywać od 1 stycznia 2027 r. Po raz pierwszy taryfa dotyczy też polskiego odcinka gazociągu jamalskiego.
Tańszy gaz
Jak tłumaczy Gaz-System, w związku z połączeniem obszarów bilansowych krajowego systemu przesyłowego i systemu gazociągów tranzytowych (SGT) – czyli polskiego odcinka gazociągu jamalskiego – nie będzie już opłaty na ich styku.
„Oznacza to, że koszt importu gazu z Niemiec do Polski przez punkt GCP GAZ-System/ONTRAS z tytułu opłat przesyłowych ponoszonych w Polsce spadnie o 19 proc., natomiast koszt importu gazu z Niemiec do Polski przez SGT spadnie o 58 proc." - wskazano w komunikacie.
Koszt tranzytu gazu przez Polskę z wykorzystaniem krajowego systemu przesyłowego spadnie o 17 proc., natomiast z wykorzystaniem obu systemów – o 49 proc. – dodano.
Będzie taniej i łatwiej. Prezes URE zatwierdził taryfę przesyłową na 2027 rok📑
— GAZ-SYSTEM (@GAZ_SYSTEM) June 3, 2026
Od 1 stycznia zaczną też obowiązywać nowe zasady dostępu do systemu przesyłowego🔜
⚡ #GAZSYSTEM utworzy jeden obszar bilansowania gazu ziemnego wysokometanowego. Powstanie wspólny punkt połączenia… pic.twitter.com/5BitPcARxf
„Wprowadzone od 2027 roku zmiany zwiększą dostępność systemu, poprawią jego efektywność i wzmocnią rolę Polski jako kraju tranzytowego i punktu obrotu gazem w tej części Europy” – skomentował prezes Gaz-Systemu Sławomir Hinc.
30 lat związanych rąk
W swoim założeniu gazociąg jamalski nie miał zasilać polskiego rynku gazowego – priorytetowym kierunkiem dostaw były kraje Europy Zachodniej. Budową i eksploatacją polskiego odcinka rurociągu zajmowała się spółka EuRoPol GAZ, która ze względu na kształt struktury właścicielskiej (48 proc. akcji po stronie PGNiG, 48 proc. po stronie Gazpromu i 4 proc. po stronie Gas Trading) de facto znajdowała się pod kontrolą rosyjskiego giganta gazowego (Gazprom posiadał również udziały w Gas Trading, przez co mógł wpływać na decyzje spółki).
W efekcie przez długi czas polski odcinek SGT posiadał własne władze, bardzo niskie taryfy tranzytowe i był obwarowany długoterminowym kontraktem z Gazpromem Export (podpisanym w 1995 roku).
Ponieważ SGT i Krajowy System Przesyłowy (KSP) stanowiły formalnie dwie odrębne sieci, polski trader był zmuszony do opłaty sztucznie nabudowanych stawek: najpierw za przesył gazu z Jamału do KSP, a następnie za wtłoczenie gazu do krajowej sieci.
Podobne nakładanie się taryf określa się mianem pancaking’u. Przez niemal 30 lat zabijało ono opłacalność handlu gazem na styku obu systemów. Problem rozwiązano ostatecznie po wygaśnięciu kontraktu z Gazpromem i przejęciu akcji rosyjskiej spółki w 2023 roku. Od 2024 roku jedynym właścicielem tego strategicznego kawałka infrastruktury jest Grupa Orlen.
Ostatnie szlify
Wspomniane wcześniej zatwierdzenie przez URE nowej taryfy na 2027 rok oznacza stworzenie jednego obszaru bilansowego dla odcinka Jamału i reszty polskiego systemu gazowego – a spadek kosztów na SGT o ponad połowę to potężny, pozytywny sygnał dla traderów.
Szczególnie ważne jest obniżenie kosztów tranzytu gazu z Niemiec do Polski, na wschód do Ukrainy czy też z północy naszego kraju do południowych sąsiadów (Czech, Słowacji czy na Węgry). Dzięki temu import gazu przez Polskę stanie się bardziej opłacalny m.in. dla Ukraińców.
Co więcej, po odcięciu dostaw gazu przez Gazprom i przejęciu infrastruktury przez Warszawę, odcinek jamalski może tłoczyć gaz z Niemiec do Polski (tzw. rewers). Zniżka o 19 proc. w punkcie GCP (na granicy z Niemcami) sprawia, że jeśli gaz na zachodnich giełdach będzie tańszy, Polska bez problemu i mniejszym kosztem będzie w stanie go importować. Zwiększa to elastyczność systemu, konieczną dla każdego hubu gazowego.
Zobacz też

Niemcy jadą do Petersburga
Wysokie ograniczenie (a wkrótce również rezygnacja) UE z importu taniego, rosyjskiego gazu to ogromna szansa dla Polski – Warszawa może niejako „w majestacie prawa” realizować plan stania się hubem gazowym dla Europy Środkowo-Wschodniej. I choć gaz importowany z USA będzie droższy, to jest to cena, jaką UE płaci za zwiększenie bezpieczeństwa dostaw i uniezależnienie się od Moskwy.
Przynajmniej taka narracja obowiązywała do tej pory. Jednak ostatnie informacje dotyczące udziału niemieckich przedsiębiorców oraz polityków (w tym skrajnie prawicowej AfD) w forum ekonomicznym w Petersburgu budzą niepokój. Czy okno możliwości dla polskiego rozwoju gazowego może się powoli zamykać?
Szef niemieckiej Izby Handlu Zagranicznego (AHK) Matthias Schepp tłumaczył, że poprzez uczestnictwo w rosyjskim forum Berlin chce ochronić ponad 100 mld euro aktywów w Rosji i „nie oddawać ich Azji”.
Jednak gdy spojrzymy na to, ile aktywów i przychodów z handlu surowcami Rosja straciła przez zablokowanie europejskiego rynku widzimy, że powrót na unijne salony o wiele bardziej opłaca się Kremlowi niż UE - a Moskwa jest o wiele bardziej zależna od Brukseli, niż chciałaby przyznać.
Tym bardziej niepokojące są ostatnie słowa polityków AfD, którzy z otwartą przyłbicą mówią o konieczności importu gazu z Rosji – być może za pomocą rurociągów Nord Stream. Jak zaznaczała red.nacz. Katarzyna Łukasiewicz na łamach E24, celem niedawnych rozmów przedstawiciela AfD Frohnmaiera z szefem Gazpromu Millerem było „ożywienie wzajemnej zależności energetycznej”.
Z kolei podczas lutowej rozmowy dr Witold Ostant (Instytut Zachodni) zapewniał, że powrót do relacji handlowych z Rosją ze strony Niemiec nastąpi prędzej czy później. „„Istnieją partie polityczne w Niemczech, takie jak AfD i być może część jeszcze deputowanych SPD, które widzą możliwości dalszej współpracy z Rosją, w oddalonej perspektywie po zakończeniu wojny” – zaznaczał.
Oliwy do ognia dolewają bardzo pragmatyczne i stanowcze (choć wyważone) słowa nowego premiera Węgier, Pétera Magyara. W wywiadzie udzielonym dziennikowi „Rzeczpospolita” polityk jasno zaznaczył, że jego zdaniem po zakończeniu wojny „cała Unia Europejska powróci do zakupu rosyjskiego gazu, bo jest on tańszy”. Z kolei polski gaz, nawet z uwzględnieniem kwestii bezpieczeństwa – będzie droższy.
Projekt Polski jako hubu gazowego sięga jeszcze 2016 roku, lecz ze względu na rozwój gazociągów Nord Stream i niskich cen surowca płynącego z Rosji niewielu dawało wiarę, aby mógł się on urzeczywistnić. Pełnoskalowa wojna na Ukrainie dała Polakom wąskie okno możliwości i okazję do tego, by argumenty dotyczące wartości oraz bezpieczeństwa przeważyły chłodne, biznesowe kalkulacje.
Jednak od wybuchu konfliktu minęły ponad cztery lata, a pogarszający się stan niemieckiej gospodarki zmniejsza sentymentalność biznesu wobec wojny za wschodnią granicą UE. Według ankiety przeprowadzonej przez AHK wynika, że Ponad jedna trzecia firm uważa, że sankcje bardziej szkodzą Niemcom niż Rosji. Na pytanie o wznowienie importu rosyjskiego gazu i ropy 65 proc. odpowiedziało „tak, im szybciej, tym lepiej”, a 31 proc. – „tak, ale dopiero po zakończeniu walk na Ukrainie”.
MM / PAP


