Reklama
Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI

Wojna klimatyczna już się zaczęła. Pierwszą bitwę stoczyły USA i Kanada

close-up-of-mountain-wild-fire-2026-03-10-01-09-11-utc
close-up-of-mountain-wild-fire-2026-03-10-01-09-11-utc
Autor. @aduguid / Envato

Przez lata świat zastanawiał się, kto zapłaci za zmiany klimatu. Dziś pojawiają się nowe pytania: kto będzie wystawiał rachunki za katastrofy klimatyczne? A także czy ich skutki staną się kolejnym narzędziem geopolitycznej presji?

Spór między Stanami Zjednoczonymi a Kanadą o dym z gigantycznych pożarów lasów może okazać się czymś znacznie poważniejszym niż kolejną odsłoną handlowych napięć między sąsiadami. To pierwszy przypadek, gdy światowe mocarstwo próbuje potraktować skutki katastrofy klimatycznej jako podstawę do ekonomicznego odwetu. Jeśli taki model się przyjmie, w XXI wieku cła mogą być nakładane nie tylko za dumping czy subsydia, ale również za pożary, susze i powodzie.

Taką tezę stawia Vera Songwe, była zastępczyni sekretarza generalnego ONZ, obecnie ekonomistka Brookings Institution, w komentarzu opublikowanym przez serwis Project Syndicate. Jej zdaniem świat przekroczył właśnie granicę między polityką klimatyczną a polityką siły.

Dym z pożarów jako broń

Pisaliśmy ostatnio o tragicznych w skutach pożarach lasów w Kanadzie. Kiedy toksyczny dym z pożarów kanadyjskich lasów pokrył ostatnio znaczną część Stanów Zjednoczonych, powodując alarmy smogowe dla ponad 100 milionów mieszkańców, można było oczekiwać wspólnej walki z katastrofą.

Tymczasem Donald Trump wybrał zupełnie inną drogę. Oskarżył Kanadę o zaniedbania w gospodarce leśnej, zarzucił Ottawie odpowiedzialność za zanieczyszczenie powietrza w USA i zagroził podwyższeniem ceł oraz sankcjami gospodarczymi. W jego narracji dym przestał być skutkiem zmian klimatycznych. Stał się narzędziem nacisku i argumentem w sporze handlowym.

Zdaniem Very Songwe to nie jest jedynie polityczna retoryka. To próba stworzenia nowej zasady w relacjach międzynarodowych: jeśli szkoda klimatyczna przekracza granicę państwa, może stać się podstawą do ekonomicznego odwetu.

Reklama

Niebezpieczny precedens

Songwe przekonuje w swoim komentarzu, że dotychczas odpowiedzialność za zmiany klimatu rozpatrywano w kontekście redukcji emisji, finansowania transformacji energetycznej czy funduszy rekompensujących straty najbardziej poszkodowanym państwom. Teraz po raz pierwszy klimat został wpisany w logikę bezpieczeństwa narodowego i polityki handlowej.

Jej zdaniem to zmiana o ogromnych konsekwencjach. Bo skoro Waszyngton może obciążać Kanadę kosztami dymu, dlaczego podobnych roszczeń nie miałby zgłosić Bangladesz wobec największych emitentów gazów cieplarnianych? Dlaczego Mozambik nie miałby domagać się rekompensaty za cyklony, których siłę zwiększa globalne ocieplenie? Dlaczego państwa Pacyfiku nie miałyby uznać, że podnoszenie poziomu mórz rodzi konkretne zobowiązania finansowe innych krajów?

Precedens działa jednak w obie strony.

Ironia historii

Very Songwe zauważa, że paradoks tej sytuacji polega na tym, że po drugiej stronie konfliktu stoi Mark Carney – polityk, który przez lata należał do najważniejszych światowych rzeczników uwzględniania ryzyka klimatycznego w finansach. To właśnie on jako szef Banku Anglii przekonywał inwestorów, że zmiany klimatu stanowią zagrożenie dla stabilności gospodarki.

Dziś jako premier Kanady musi jednocześnie odpierać amerykańską presję i odpowiadać na oczekiwania własnego przemysłu naftowego. Administracja Trumpa domaga się większego wydobycia ropy i gazu oraz budowy nowych rurociągów – czyli działań, które zwiększają emisje i sprzyjają nasilaniu zjawisk prowadzących do kolejnych pożarów.

To błędne koło, w którym skutki zmian klimatu stają się uzasadnieniem dla polityki pogłębiającej ich przyczyny.

Klimat przestaje być wspólnym problemem

Najbardziej niepokojąca jest jednak zmiana sposobu myślenia. Przez trzy dekady dominowało przekonanie, że zmiany klimatu wymagają współpracy, ponieważ atmosfera nie uznaje granic.

Nowa logika mówi coś zupełnie innego. „Skoro katastrofy mają wymiar transgraniczny, można je wykorzystać jako instrument nacisku gospodarczego. Zamiast wspólnie ograniczać ryzyko, państwa będą przerzucały odpowiedzialność na sąsiadów” – zauważa Songwe.

Oznacza to, że zamiast wspólnie szukać rozwiązań, państwa zaczynają traktować zmiany klimatu jako zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa. Historia pokazuje, że gdy jakiś problem zostaje uznany za kwestię bezpieczeństwa, współpraca i negocjacje tracą na znaczeniu. Zamiast nich częściej pojawiają się działania siłowe, naciski gospodarcze i jednostronne decyzje podejmowane bez uzgodnień z innymi państwami.

Świat pełen rachunków

Lista potencjalnych sporów jest długa. Himalajskie lodowce zasilają rzeki Indii, Pakistanu i Chin. Dorzecze Mekongu już dziś jest źródłem napięć między sześcioma państwami Azji. Sahara wysyła pyły nad Afrykę Zachodnią, a pustynnienie i susze napędzają migrację w kierunku Europy.

Każde z tych zjawisk może w przyszłości stać się przedmiotem roszczeń finansowych.

Jeżeli klimat stanie się kolejnym polem geopolitycznej rywalizacji, świat wkroczy w epokę nieustannych sporów o odpowiedzialność. Nie o to, jak ograniczyć skutki zmian klimatu, ale kto komu i ile jest winien.

Reklama

Jeszcze jest wybór

Songwe nie twierdzi, że taki scenariusz jest nieunikniony. Wskazuje jednak, że potrzebne są nowe instytucje zdolne rozstrzygać transgraniczne spory klimatyczne na podstawie nauki, a nie siły politycznej. Konieczne są również wspólne inwestycje w odporność na katastrofy oraz globalne mechanizmy wyceny emisji, które zastąpią improwizowane wojny celne.

To racjonalne propozycje. Problem polega jednak na tym, że współpraca wymaga zaufania, a zaufanie jest dziś jednym z najbardziej deficytowych zasobów w polityce międzynarodowej.

Dlatego spór o kanadyjski dym zdaniem Songwe może przejść do historii nie jako incydent, lecz jako moment narodzin nowej geopolityki, w której zmiany klimatu przestają być wspólnym wyzwaniem ludzkości, a stają się kolejnym narzędziem prowadzenia polityki siły.

Jeżeli tak się stanie, przyszłe konflikty będą wybuchać nie tylko o ropę, gaz czy wodę. Powodem sporów mogą stać się także dym unoszący się nad granicą, fala upałów czy powódź, za którą ktoś uzna, że rachunek powinien zapłacić sąsiad.

Reklama