Reklama
  • W CENTRUM UWAGI
  • ANALIZA

Plan Konfederacji na energetykę. Węgiel i atom podstawą, OZE dodatkiem

Konfederacja przedstawiła swój pomysł na energetykę, w którym w 6 punktach pokazuje, jak jej zdaniem należy zreformować polski sektor energii. Wśród proponowanych zmian są klasyczne dla tego środowiska hasła o nowoczesnych elektrowniach węglowych, rozwoju paliw lokalnych, deregulacji rynku oraz likwidacji kosztów związanych z unijną polityką klimatyczną. Przejrzeliśmy ten dokument, abyście Wy nie musieli.

Posłuchaj artykułu
mentzen bosak konfederacja
Od lewej: Sławomir Mentzen i Krzysztof Bosak (obaj Konfederacja)
Autor. @KONFEDERACJA_/X

W skrócie:

  • "Żelazna Podstawa" Konfederacji to energetyka oparta na węglu i atomie.
  • Nie OZE, a nOZE - "niestabilne, odnawialne źródła energii" sprowadzone do dodatku systemu energetycznego.
  • Partia proponuje intensywny rozwój biomasy.
  • Postulat likwidacji opłat emisyjnych i wypowiedzenia systemu ETS.
  • Centralizacja administracji - utworzenie jednego Ministerstwa Energii.

W ramach Projekt27 zespół ekspercki pod przewodnictwem posła Grzegorza Płaczka przygotował plan reform, który zdaniem autorów miałby poprawić sytuację polskiej energetyki. Jak przekonują twórcy programu, plan dla polskiej energetyki opiera się na trzech filarach: suwerenności energetycznej, bezpieczeństwie dostaw energii oraz racjonalnych kosztach energii dla obywateli i gospodarki. Według autorów jest też „realny do wdrożenia”. Na ile realny, to właśnie warto sprawdzić.

Konfederaci pokazali w mediach społecznościowych sześciopunktowy plan, który na pierwszy rzut oka wygląda bardziej jak manifest polityczny niż szczegółowa reforma sektora. Niemniej pod hasłami z grafiki znajduje się pełniejszy dokumentWolna energia. Silna Polska. Program energetyczny na lata 2027-2040”, przygotowany jako materiał konsultacyjny w ramach Projekt27. I dopiero jego lektura pokazuje, że mamy do czynienia trochę z prostym apelem o tani prąd, a trochę z próbą opisania alternatywnej wobec obecnej transformacji wizji polskiej energetyki.

Atom oraz nowoczesne elektrownie węglowe jako podstawowe źródła energii

Na pierwszy ogień idzie połączenie atomu i węgla. To najważniejsza oś całego dokumentu. Autorzy budują ją wokół pojęcia „Żelaznej Podstawy”, czyli stabilnej bazy systemu elektroenergetycznego, która ma pracować niezależnie od pogody, pory dnia i sezonowych wahań produkcji. Według dokumentu Polska potrzebuje obecnie minimum 15 GW mocy pracującej stale, a w 2040 r. minimum 20 GW.

YouTube cover video
Ta podstawa ma być zbudowana według proporcji 33 proc. atom, 33 proc. węgiel i 33 proc. biomasa wsparta komponentem „nOZE”, czyli niestabilnych źródeł odnawialnych.

W części atomowej dokument jest najmniej kontrowersyjny. Autorzy chcą budowy dwóch dużych elektrowni jądrowych po 3,5 GW, czyli łącznie około 7 GW mocy. Zakładają przy tym, że bloki jądrowe powinny pracować w podstawie systemu, a ich generacja nie powinna być ograniczana na rzecz OZE. W dokumencie pojawia się też postulat seryjnej budowy jednakowych bloków o mocy około 1000 MW, co miałoby ograniczać koszty i budować krajowe kompetencje przemysłowe. To akurat jest element, który można potraktować poważnie. Atom rzeczywiście może być stabilnym, niskoemisyjnym i przewidywalnym źródłem energii, potrzebnym zwłaszcza przemysłowi, który nie działa w rytmie wiatru i słońca.

Konfederacja słusznie dostrzega też przemysłowy wymiar atomu. W dokumencie energetyka jądrowa nie jest opisana wyłącznie jako technologia wytwarzania prądu, ale jako projekt modernizacji państwa poprzez rozwój kadr, automatyki, systemów bezpieczeństwa, serwisu, przemysłu precyzyjnego i krajowego łańcucha dostaw. Do tego dochodzi wątek SMR i MMR, które autorzy widzą jako źródła dla przemysłu, rafinerii, hutnictwa, chemii, dużych aglomeracji i ciepłownictwa. W tym miejscu można powiedzieć jasno, że kierunek jądrowy się broni, jednak problem zaczyna się tam, gdzie do atomu dopisywany jest węgiel jako trwały filar przyszłego systemu.

Węgiel w tym dokumencie nie jest przedstawiany jako paliwo przejściowe, które trzeba stopniowo wygaszać, tylko jako strategiczny zasób i gwarancja bezpieczeństwa. Konfederacja zakłada, że do czasu uruchomienia elektrowni jądrowych to właśnie sterowalne bloki węglowe będą fundamentem systemu. Mowa jest o wykorzystaniu istniejących bloków nadkrytycznych, modernizacji jednostek klasy 200 MW oraz dopuszczeniu nowych inwestycji w technologie węglowe, jeśli ma to służyć bezpieczeństwu energetycznemu.

Autorzy chcą też modernizacji górnictwa, redukcji kosztów wydobycia, nowych kopalń węgla kamiennego w zagłębiu lubelskim i nowych kopalń węgla brunatnego w zachodniej Polsce.

Politycznie wiadomo, dlaczego Konfederacja wraca do węgla. To paliwo krajowe, osadzone w istniejącej infrastrukturze, powiązane z regionami górniczymi, miejscami pracy i hasłem suwerenności energetycznej. W narracji Projekt27 węgiel jest polisą bezpieczeństwa, co ma chronić Polskę przed szantażem surowcowym, wahaniami cen gazu oraz zależnością od importowanych technologii. Tyle że tu zaczyna się rozjazd między polityczną opowieścią a rachunkiem ekonomicznym. Polskie górnictwo jest drogie, coraz trudniejsze w utrzymaniu, a krajowe wydobycie spada. Według danych GUS produkcja węgla kamiennego w Polsce spadła w 2024 r. o 8,9 proc. rok do roku, do 44,22 mln ton. Kolejne dane za 2025 r. pokazywały dalszy spadek wydobycia do około 42,8 mln ton.

Jeżeli system oparty na węglu musi importować część surowca, bo krajowe wydobycie nie wystarcza albo jest zbyt drogie, to hasło pełnej suwerenności energetycznej robi się mniej przekonujące. Państwo „śpiące na węglu” i tak mierzy się z koniecznością sprowadzania go z dalekich kierunków.

Wolnościowcy z Konfederacji powinni to rozumieć szczególnie dobrze, bo jeśli krajowy surowiec jest droższy, wymaga politycznej ochrony, dopłat i jednocześnie generuje koszty emisji, to trudno przedstawiać go jako prostą drogę do taniej energii.

Intensywny rozwój biomasy oraz paliw lokalnych

Drugi punkt z grafiki brzmi niewinnie: intensywny rozwój biomasy oraz paliw lokalnych. W dokumencie jest to jednak znacznie większy fragment niż samo hasło. Biomasa pojawia się jako trzeci filar „Żelaznej Podstawy” - paliwo lokalne, narzędzie transformacji rolnictwa, element ciepłownictwa i sposób na budowę regionalnej niezależności energetycznej.

Autorzy zakładają wykorzystanie biomasy agro, czyli biomasy rolniczej, m.in. z upraw roślin energetycznych na gruntach IV i V klasy. W dokumencie pada szacunek krajowego potencjału na poziomie około 30 mln ton suchej bezpopiołowej masy rocznie.

Biomasa miałaby być wykorzystywana w nowych i zmodernizowanych blokach, a także we współspalaniu z węglem. Pojawia się nawet koncepcja paliwa kompaktowego 50/50, czyli mieszanki węgla i biomasy, która według autorów miałaby spełniać normę emisyjną 550 g CO2/kWh.

Na papierze brzmi to atrakcyjnie. Lokalna biomasa może wspierać ciepłownictwo, rolników, biogazownie, mniejsze miasta i lokalne systemy energetyczne. Biogaz i biometan również są kierunkami, które mają sens, zwłaszcza tam, gdzie można wykorzystać odpady organiczne, pozostałości z hodowli, substraty rolnicze czy odpady komunalne. Biometan może ograniczać import gazu i wspierać krajowy system gazowy. Problem polega jednak na słowie „intensywny”.

Dokument dobrze wyczuwa, że lokalność jest dziś politycznie atrakcyjnym słowem i oznacza mniej importu, więcej pracy w regionach i większą odporność na kryzysy. Jednak biomasa nie jest magicznym paliwem bez kosztów. Trzeba ją wyprodukować, zebrać, wysuszyć, przetransportować, zakontraktować, zmagazynować i spalić w instalacjach, które muszą spełniać wymagania środowiskowe.

Jeżeli biomasa ma być nie tylko dodatkiem dla ciepłownictwa, ale jednym z trzech filarów podstawy systemu elektroenergetycznego, to skala robi się ogromna. Wtedy pytanie brzmi nie tylko „czy mamy potencjał?”, ale także ile to będzie kosztowało, jak wpłynie na rolnictwo, transport, grunty, lokalne środowisko i konkurencję o surowiec.

Do tego samego worka autorzy wrzucają geotermię, małe elektrownie wodne, biogaz, biometan, gaz łupkowy, lokalne OZE i lokalne systemy ciepłownicze. Część z tych propozycji jest sensowna. Geotermia może być ważna lokalnie, szczególnie w ciepłownictwie. Biogazownie mogą rozwiązywać problemy odpadowe i produkować stabilną energię. Małe elektrownie wodne mają znaczenie punktowe. Ale razem nie tworzą jeszcze wielkiego, taniego i stabilnego fundamentu krajowego systemu. Tworzą raczej katalog technologii, które w konkretnych miejscach mogą działać dobrze, ale nie zastąpią potrzeby dużych inwestycji systemowych.

Reklama

OZE oraz gaz jako źródła wspomagające system

Trzeci punkt pokazuje zasadniczą różnicę między programem Konfederacji a głównym nurtem obecnej transformacji energetycznej. W dokumencie OZE nie są traktowane jako jeden z głównych kierunków rozwoju systemu, ale jako źródła wspomagające, gdzie autorzy konsekwentnie nazywają je „niestabilnymi OZE”, czyli nOZE.

W ich ujęciu wiatr i fotowoltaika mogą istnieć, ale tylko tam, gdzie są ekonomicznie uzasadnione i zabezpieczone mocami sterowalnymi. W programie pojawia się zasada, że farmy fotowoltaiczne, wiatrowe onshore i offshore powinny być zabezpieczane w relacji 1:1 mocami sterowalnymi. Autorzy chcą też, aby generacja z OZE nie wymuszała ograniczenia pracy atomu ani jednostek centralnie dysponowanych poniżej ich technicznego i ekonomicznego minimum.

W tym rozumowaniu jest pewien realny problem systemowy. OZE rzeczywiście wymagają sieci, elastyczności, magazynów, bilansowania i źródeł rezerwowych. Rosnąca liczba godzin z bardzo dużą produkcją fotowoltaiki powoduje wyzwania dla pracy systemu. Zdarzają się ceny ujemne, ograniczenia generacji i problemy z przyłączaniem nowych źródeł. Konfederacja wyłapuje ten problem, ale odpowiada na niego bardzo mocnym przesunięciem wahadła w drugą stronę, bo OZE nie są już dodatkiem do systemu. Są jednym z głównych kierunków inwestycyjnych, a operator systemu przesyłowego przygotowuje sieć właśnie na bardzo duży udział odnawialnych źródeł.

Strategia PSE do 2040 r. zakłada gotowość KSE na integrację 110 GW OZE, 24 GW magazynów energii i 5,3 GW elektrowni jądrowych. Realny system idzie w stronę miksu, w którym OZE, atom, magazyny, sieci, DSR i źródła sterowalne muszą współpracować.

Gaz w programie Projekt27 ma być stabilnym uzupełnieniem miksu. Autorzy zakładają, że będzie bilansował wahania niestabilnych OZE i pracował w szczytach zapotrzebowania. Mowa jest o nowych blokach gazowych uruchamianych po 2027 r., rozbudowie magazynów gazu, dywersyfikacji dostaw z Norwegii i USA oraz rosnącej produkcji krajowego biometanu. W części dotyczącej gazu pojawia się też postulat liberalizacji dostępu do magazynów i terminali LNG.

Tutaj dokument znów łączy dwa porządki - systemowy i polityczny. Z jednej strony gaz jako elastyczne źródło ma sens, bo może szybko reagować na wahania zapotrzebowania i produkcji z OZE. Z drugiej strony autorzy jednocześnie ostrzegają przed uzależnieniem od importu gazu i chcą ograniczać jego rolę. To wewnętrzne napięcie jest widoczne w całym dokumencie. Gaz jest potrzebny, ale niechętnie. OZE są potrzebne, ale najlepiej jako dodatek. Atom jest pożądany, ale pojawi się późno. Węgiel jest krajowy, ale coraz droższy i coraz mniej oczywisty ekonomicznie.

Reklama

Likwidacja opłaty za emisję metanu, opłat EPBD oraz ETS

Czwarty punkt jest najbardziej polityczny. Konfederacja zapowiada likwidację opłaty za emisję metanu, kosztów związanych z EPBD oraz systemu ETS. W samym dokumencie najmocniej wybrzmiewa sprzeciw wobec unijnego systemu handlu emisjami oraz rozszerzania polityki klimatycznej na budynki i transport.

Autorzy postulują wypowiedzenie EU ETS, a jako pierwszy krok wskazują czasowe zawieszenie tego mechanizmu na podstawie krajowego rozporządzenia. Proponują także reformę systemu na poziomie unijnym, w tym przyznanie Polsce dodatkowej puli uprawnień oraz ustalenie maksymalnej ceny uprawnienia na poziomie 10 euro.

To jest klasyczna polityczna wydmuszka. Nie dlatego, że ETS nie generuje kosztów, bo generuje. Nie dlatego, że ETS2 i EPBD nie budzą uzasadnionych obaw społecznych, ponieważ budzą. Problem polega na tym, że hasło „wyjdziemy z ETS” wraca w polskiej polityce regularnie, szczególnie w kampaniach i okresach wysokich cen energii, po czym zwykle kończy się na konferencjach, stanowiskach i mocnych wpisach w mediach społecznościowych.

Takich obietnic było już wiele, a po hasła wycinania kosztów klimatycznych z rachunków sięgał choćby Karol Nawrocki. Jako prezydent podpisał inicjatywę „Tani prąd –33 proc.”, którą Kancelaria Prezydenta opisywała jako realizację jednego z jego zobowiązań z kampanii wyborczej. W marcu 2026 r. prezydent kierował też do premiera stanowisko w sprawie reformy ETS, oczekując od rządu działań chroniących Polaków przed konsekwencjami polityki klimatycznej.

Mechanizm jest więc znany, bo gdy pojawia się obietnica wyjścia, zawieszenia, obejścia albo rozbrojenia ETS, podawane są różne możliwości prawne, które rzekomo mają działać. Jedni mówią o jednostronnej decyzji państwa, inni o zawieszeniu, jeszcze inni o reformie, wyłączeniu kosztów z rachunków albo pozwie. Po wszystkim temat zwykle zamiera, bo zderza się z prawem unijnym, polityką europejską i rachunkiem kosztów, albo medialnie nie jest już interesujący.

ETS nie jest polską opłatą, którą można skasować jedną ustawą. To unijny system handlu emisjami, działający na zasadzie cap and trade, obejmujący m.in. energetykę i przemysł. KE wskazuje, że system działa we wszystkich państwach UE i tak pozostanie.

Likwidacja monopoli i deregulacja rynku energii

Piąty punkt brzmi wolnorynkowo, bo Konfederacja zapowiada likwidację monopoli i deregulację rynku energii. Oznacza to m.in. odejście od mechanizmu ceny krańcowej na rzecz modelu pay-as-bid, rezygnację z obliga giełdowego, większą swobodę kontraktów dwustronnych, wydzielenie kosztów klimatycznych z ceny energii, liberalizację rynku gazu oraz restrukturyzację państwowych grup energetycznych. Pojawia się nawet postulat wycofania strategicznych spółek energetycznych z giełdy.

Część tej diagnozy ma sens. Polski rynek energii jest silnie skoncentrowany, a duże grupy mają ogromny wpływ na wytwarzanie, sprzedaż, inwestycje i relacje z odbiorcami. Problem koncentracji istnieje, więc pytanie o rolę państwowych koncernów jest uzasadnione. Tyle że deregulacja w energetyce nie działa tak prosto jak w zwykłym handlu, bo to sektor infrastrukturalny, kapitałochłonny i strategiczny.

Sieci przesyłowe oraz dystrybucyjne są naturalnymi monopolami, a elektrownie wymagają ogromnych nakładów. Jeżeli w takim systemie po prostu zdejmiemy część regulacji, bez rozbicia przewag kapitałowych i infrastrukturalnych, możemy dostać nie więcej konkurencji, lecz silniejsze monopole.

Nadmierna deregulacja często sprzyja największym graczom. To oni mają kapitał, portfele wytwórcze, dostęp do infrastruktury, zespoły tradingowe i zaplecze prawne. Mały sprzedawca, niezależny wytwórca albo lokalna spółdzielnia nie stają się silniejsi tylko dlatego, że państwo powie „mniej regulacji”. Jeżeli reguły są mniej przejrzyste, najwięcej zyskują ci, którzy już dziś mają największą pozycję. Widać to przy postulacie odejścia od obliga giełdowego.

Kontrakty dwustronne mogą stabilizować ceny, ale ograniczenie transparentnego obrotu może zmniejszyć przejrzystość rynku. Podobnie model pay-as-bid nie gwarantuje automatycznie taniej energii, bo uczestnicy rynku będą dostosowywać oferty do przewidywanej ceny. Nie znikną też koszty paliwa, CO2, rezerw, sieci, bilansowania i inwestycji.

Reklama

Jedno Ministerstwo Energii i Surowców zamiast kilku resortów

W szóstym punkcie Konfederacja chce stworzenia jednego Ministerstwa Energii i Surowców, które przejęłoby kompetencje rozproszone dziś między kilka resortów. Nowy urząd miałby odpowiadać za strategię energetyczną państwa, zarządzanie zasobami surowcowymi, nadzór nad kluczowymi spółkami Skarbu Państwa, rezerwy strategiczne, magazyny surowców, politykę wobec węgla, gazu, ropy, uranu i biomasy, a także uproszczenie ścieżek inwestycyjnych.

W dokumencie pojawia się też pomysł „jednego okienka inwestycyjnego”, jawności danych dotyczących inwestycji i kontraktów oraz koncentracji państwa na kwestiach strategicznych, takich jak bezpieczeństwie dostaw, kontroli zasobów i efektywności ekonomicznej.

I tu trzeba przyznać rację, ponieważ polska polityka energetyczna przez lata cierpiała na rozproszenie kompetencji, konflikty między resortami, brak ciągłości i przerzucanie odpowiedzialności. Energetyka była dzielona między klimat, aktywa państwowe, przemysł, fundusze, infrastrukturę, rozwój i politykę europejską. W takim układzie trudno prowadzić spójną strategię.

Powołanie jednego ministerstwa może uporządkować chaos kompetencyjny, ale nie jest samo w sobie odpowiedzią na największe problemy sektora. Energetyka potrzebuje przede wszystkim inwestycji, decyzji lokalizacyjnych, modernizacji, nowych mocy, sprawnych procedur i pieniędzy. Zmiana szyldu nad urzędem nie sprawi automatycznie, że przyłączenia ruszą szybciej, koszty górnictwa spadną, a projekty energetyczne staną się tańsze.

Centralizacja może pomóc, jeśli realnie skróci proces decyzyjny. Może też przynieść odwrotny efekt, jeśli stworzy kolejny rozbudowany poziom administracji.

Do tego dochodzi wizja zarządzania polityką energetyczną, przemysłową i surowcową państwa. Autorzy programu chcą, aby państwo aktywnie szukało surowców krytycznych w Polsce i za granicą, koordynowało sektor wydobywczy, wzmacniało krajowe kompetencje technologiczne i pilnowało strategicznych inwestycji. Tworzy się zatem resort, który z jednego ośrodka chce prowadzić energetykę, górnictwo, surowce, przemysł i inwestycje o znaczeniu strategicznym.

Największy problem tego programu nie polega na tym, że stawia niewłaściwe pytania, bo wiele z nich dotyczy realnych słabości polskiej energetyki. Problem zaczyna się wtedy, gdy odpowiedzią na drogie rachunki, przeciążone sieci i chaos regulacyjny ma być powrót do technologii, które same wymagają coraz większej ochrony politycznej, finansowej i prawnej. Projekt27 dobrze gra na emocji suwerenności, ale za tą emocją zbyt często brakuje twardego rachunku kosztów, terminów, ryzyk i zgodności z realiami unijnego rynku. W efekcie dokument bardziej pokazuje, za czym Konfederacja tęskni w energetyce, niż jak naprawdę zbudować system tańszy, stabilniejszy i możliwy do sfinansowania.

Reklama
Reklama