Reklama
  • WYWIADY
  • W CENTRUM UWAGI

Zielony Ład jako polityczna Baba Jaga. Czy Polska może być jak Chiny?

Zielony Ład pełni dzisiaj rolę politycznej Baby Jagi. Wyborcy nie powinni wierzyć w proste rozwiązania złożonych problemów. Zbyt często mówi się, że to ETS niszczy europejską produkcję. Zapominamy jednocześnie, że to sama Europa uczyniła z Chin „fabrykę świata” – mówi w rozmowie z E24 analityk Project Tempo Bartłomiej Orzeł.

Flaga Unii Europejskiej na budynku, w tle flaga biało-czerwona.
Flaga Unii Europejskiej.
Autor. @AFGreen/Envato

W skrócie:

  • Czy da się porzucić Zielony Ład?
  • Które rządy wtrąciły Polskę w tryby transformacyjne?
  • Jaka jest różnica między opłacalnością polskiego węgla a chińskiego?
  • Dlaczego polityka na fali „OZE-sroze" jest krótkowzroczna i nie przyciąga nowych wyborców?

Katarzyna Łukasiewicz: Zeszłotygodniowy protest w Warszawie skupiał się wokół tezy, że polityki energetyczne i przemysłowe Unii Europejskiej są szkodliwa i UE narzuca Polsce niekorzystne gospodarczo rozwiązania. Jakie jest Pana zdanie na temat systemu ETS? Czy warto go reformować i czy sam system w ogóle ma sens?

Bartłomiej Orzeł: Dyskusja o reformie systemu ETS jest zdecydowanie konieczna. Uważam, że Mateusz Morawiecki trafnie zdiagnozował problem, wskazując na kwestie związane ze ściąganiem uprawnień z rynku, które później na niego nie wracają i windują koszty energii. Powoduje to nadmierną spekulację, a instytucje finansowe zaczęły traktować ten system jako narzędzie do gry giełdowej, często korzystając z lewara, nie mając nawet całości uprawnień, co drastycznie wybiło ceny uprawnień do emisji. Z punktu widzenia gospodarczego doprowadziło to do pewnego zdławienia wielu europejskich gospodarek.

YouTube cover video

Jednocześnie nie jest możliwe jednostronne wyjście z systemu EU ETS bez opuszczenia Unii Europejskiej. Nawet gdybyśmy to zrobili, najprawdopodobniej i tak zostalibyśmy objęci granicznym podatkiem węglowym (CBAM), co uderzyłoby w konkurencyjność polskich produktów i zniechęciło inwestorów zagranicznych. Musimy też pamiętać o koszcie alternatywnym: środki z ETS, które trafiały do polskiego budżetu, mogłyby w zasadzie pokryć koszt budowy elektrowni jądrowej, gdyby zostały na ten cel wydatkowane. Dzięki temu moglibyśmy dziś na przykład wyłączać elektrownię w Bełchatowie. Zdecydowaliśmy jednak o innym tempie transformacji.

Wspomniany na proteście Zielony Ład stał się obecnie rodzajem „Baby Jagi", którą straszy się społeczeństwo. Jako polityczna czy ekonomiczna narracja ten projekt już wygasł, ale wciąż jest wykorzystywany politycznie przez firmy, związki zawodowe i większość polityków – od lewa do prawa – jako polityka klimatyczna.
Bartłomiej Orzeł

W rzeczywistości od początku był to plan gospodarczy mający na celu uniezależnienie Unii od importu paliw kopalnych i ropy naftowej, m.in. poprzez rozwój elektromobilności. Można, a nawet należy, mieć wątpliwości co do wykonania, jednak bez wątpienia taki był cel.

Jeśli chodzi o EU ETS 2, który ma objąć transport i ogrzewnictwo indywidualne, mam poważne obawy o charakterze politycznym i społecznym. O ile koszty EU ETS 1 są w pewien sposób ukryte w systemie i dla przeciętnego obywatela bywają enigmatyczne, o tyle ETS 2 każdy odczuje bezpośrednio w swoim portfelu, zwłaszcza najbiedniejsi. Może to stać się potężnym paliwem dla populistów, takich jak Grzegorz Braun, i realnie spowolnić transformację.

Reklama

KŁ: Energetyka wydaje się coraz ważniejszym tematem służącym do politycznych przepychanek. Na co wyborcy powinni być szczególnie wyczuleni w czasie następnych wyborów parlamentarnych?

BO: Energetyka będzie kluczowym elementem kampanii, bo ceny energii są dla obywateli niezwykle istotne. Obecnie dominuje krótkowzroczna logika polityczna, która każe wprowadzać ceny regulowane i tarcze, by uniknąć gniewu wyborców. Nie ma w tym nic dziwnego. Przykładowo, tarcza paliwowa kosztuje nas półtora miliarda złotych miesięcznie, podczas gdy roczna obniżka VAT-u na energię elektryczną, która powinna być fundamentem naszej transformacji, kosztowałaby około 3,5 miliarda złotych.

Wyborcy nie powinni jednak wierzyć w proste rozwiązania złożonych problemów. Często mówi się, że to wyłącznie ETS niszczy europejską produkcję, ale zapominamy o tym, że to sama Europa uczyniła z Chin „fabrykę świata", eksportując tam technologie i budując wspólne przedsiębiorstwa. Chińczycy, stosując drapieżną strategię i gospodarkę nakazową, przejęli te technologie i dziś dominują w zielonym – ale nie tylko - przemyśle.
Bartłomiej Orzeł

Słyszałem ostatnio wypowiedź Piotra Zychowicza, który stwierdził, że w Chinach nie ma socjalizmu. Oczywiście, że jest tam – według naszego systemu rozumienia – socjalizm, bo działają tam ogromne dopłaty do produkcji przemysłowej i eksportu, oprócz tego ciągle tania siła robocza. Do tego ustrój to zwyczajny zamordyzm – jeśli partia każe, to tak się dzieje.

W Europie, ze względu na przywiązanie do wartości demokratycznych i konkurencję między państwami, nie możemy po prostu „nakazać” budowy farm fotowoltaicznych czy dopłacania do określonej produkcji, tak jak w Chinach. Naszą szansą jest współpraca ponadnarodowa, budowanie wspólnych łańcuchów wartości – przykładem może być tutaj Airbus – Europa w lotnictwie nadal jest mocna, a Chiny nie dojeżdżają. To pokazuje, że jeszcze żyjemy i możemy.

Unia Europejska nie jest i mam nadzieję, że nigdy nie będzie, jednym państwem, co w  teorii powinno powodować to, że konkurujące ze sobą gospodarki i przedsiębiorstwa powinny doprowadzać do tego, że produkcja będzie coraz lepsza i tańsza.

Praktyka pokazuje jednak, że to nie jest tak proste jak w podręcznikach do liberalnej ekonomii, a tam, gdzie jest mocne wsparcie środkami publicznymi, a nie stricte konkurencja tak jak w Europie, tam się wygrywa. Dodajmy do tego, że Chiny miały ogromny rynek wewnętrzny, na którym mogły się rozwijać gospodarczo, a Europa Zielony Ład oparła w zasadzie na chińskiej produkcji, dodatkowo do niej dopłacając.

Możemy odpuścić same panele, bo powinny być jak najtańsze, ale oprogramowanie, inwertery paneli słonecznych – wszystko to, co jest wiedzochłonne – to powinna być produkcja europejska. Zapisujemy w dokumenty na przykład elektryfikację, czyli pompy ciepła jako podstawę systemu ogrzewnictwa indywidualnego, a tymczasem globalnie najwięksi gracze w tym obszarze to firmy azjatyckie. Chiny drapieżnie wchodzą do Afryki. Nie wiem, czy Pani redaktor słyszała o samochodzie narodowym Burkina Faso.

KŁ: Chyba nie słyszałam.

BO: Narodowy samochód Burkina Faso to jest nic innego jak to, co w Europie nazywamy Dacią Spring, natomiastw Chinach jest to Dongfeng EX1 i jest to tamtejsza konstrukcja. Chińczycy bardzo agresywnie wchodzą do państw afrykańskich. Myślę, że Amerykę Południową czeka to samo. Oddaliśmy to w pewnym sensie walkowerem.

Zrzucanie wszystkiego na to, że jest to kwestia związana z ETS-em jest jednak niepoważne, bo to szukanie bardzo, bardzo prostego rozwiązania na złożone problemy. Nie da się ukryć, że na pewno ETS wpłynął na konkurencyjność Europy, ale nie jest tak, że jest jedynym, czy nawet głównym powodem, dla którego ta konkurencyjność i innowacyjność Europy po prostu zostaje w tyle.

Amerykanie z kolei w tym wyścigu mają na przykład, co by o nim nie mówić, to jednak wizjonerskiego Elona Muska, który stawia na elektromobilność. Z tego, co wiem, planuje też budowę fabryki ogniw fotowoltaicznych, a na pewno bardzo mocno postawił na magazynowanie energii.

A my – w Europie czy Polsce - zamiast zacząć od strony podażowej czy równolegle ją rozwijać, uznaliśmy, że budowa modelu gospodarczego opartego na, w cudzysłowie, szeroko rozumianym Zielonym Ładzie bez budowy mocy produkcyjnych to jest coś, co będzie nam się opłacało. Życie pokazało, że tak nie jest.
Bartłomiej Orzeł

Ale jestem też daleki od stawiania tezy, że Europa całkiem umarła i nie ma dla nas żadnej szansy, bo są przykłady państw, choćby Dania, które pokazują, że to nieprawda. Musimy natomiast się zmienić, jeśli chcemy rywalizować globalnie i sam ETS nie jest tu odpowiedzią.

Reklama

KŁ: Przemysław Czarnek mówił na proteście, że mamy swój węgiel i złoża, które mogą zapewnić tani prąd bez „zmuszania" ludzi do OZE. Jak realnie wygląda sytuacja polskiego węgla z ekonomicznego punktu widzenia? A także w porównaniu z Chinami, które są często punktem odniesienia w debacie publicznej.

BO: Kluczowa różnica między polskim a chińskim węglem leży w metodzie wydobycia. W Polsce górnik musi zjeżdżać głęboko pod ziemię, co jest nieefektywne i drogie. Nie mamy szans w starciu z węglem wydobywanym metodą odkrywkową w Chinach, USA czy Australii. Ponadto złoża węgla brunatnego w Koninie, Bełchatowie czy Turowie, które wydobywane są na odkrywkach,po prostu wygasają, a dalsza eksploatacja nowych złóż wymagałaby gigantycznych nakładów na infrastrukturę.

Argument o „tanim węglu” po wyjściu z ETS też jest złudny. Obecnie cena węgla na bramie kopalni jest dotowana – kosztuje on około tysiąca złotych, a sprzedawany jest za połowę tej kwoty. Tę różnicę i tak pokrywamy jako społeczeństwo.
Bartłomiej Orzeł

Musimy też zrozumieć, że elektrownie gazowe są tańsze w utrzymaniu (OPEX) niż węglowe, zwłaszcza te połączone z kopalniami, to nie są te same systemy energetyczne, z czym często mają problem nawet doświadczeni komentatorzy czy przedsiębiorcy W „gazówkach” kosztuje przede wszystkim paliwo, ale tylko gdy jest zużywane, w węglu brunatnym cały wielotysięczny kompleks wraz z odwodnienien, nawet gdy nie pracuje. I póki nie wyszliśmy z ETS, to również ceny uprawnień są znacznie niższe.

Na utrzymaniu elektrowni na węgiel brunatny mamy również kopalnię. A słyszy się pytania: „po co budujemy nowe moce gazowe, skoro mamy takie same węglowe?”. To nie jest to samo. Pod względem OPEX-u, czyli kosztów operacyjnych, obsada elektrowni gazowej jest dużo mniejsza niż obsada elektrowni węglowej, zwłaszcza obsada elektrowni węglowej z kopalnią, jak ma to miejsce w przypadku węgla brunatnego. My nie budujemy drugi raz tego samego, budujemy coś innego.

My na poziomie kosztów nie jesteśmy w stanie rywalizować z węglem pochodzącym z Chin czy z USA. Gdybyśmy dzisiaj nawet wycofali ten ETS, to czy będziemy mieć konkurencyjne ceny energii? Na papierze tak, ale faktycznie nie, bo jeżeli byśmy spojrzeli na rynkowe ceny węgla, to dzisiaj ten węgiel na bramie kopalni kosztuje 900, 800, a może nawet 1000 zł, a jest sprzedawany po około 400-450. Tę stratę pokrywamy jako społeczeństwo i to się nie zmieni, a w przypadku kopalń śląskich nawet pogłębi. Ofiarą tego jest na przykład Bogdanka. Gdyby ta cena była rynkowa, to ceny wytwarzania tej energii nie byłyby tak niskie, jak przekonują politycy.

Reklama

KŁ: Czy możliwy jest zatem całkowity zwrot w polityce energetycznej, gdyby doszło do zmiany władzy?

BO: Taki gwałtowny zwrot z dnia na dzień jest fizycznie i finansowo niemożliwy. Już teraz mamy ponad 1,6 miliona prosumentów fotowoltaiki. Za rządów PiS zatrudnienie w górnictwie spadło z 90 tysięcy do poniżej 70 tysięcy osób. Inwestycje w gaz i atom są już w toku, mają zakontraktowane turbiny i finansowanie, a także kontrakty z rynku mocy. Podobnie magazyny energii. Wyjście z tego procesu byłoby dla nas kosztowne, bo na turbiny zwyczajnie czeka się w kolejkach – przez zwlekanie i tak budujemy już drożej, niż mogliśmy w przeszłości.

Co więcej, elektorat się zmienił i przywiązanie do węgla nie jest już tak silnym paliwem politycznym. Nawet na Śląsku dominuje dziś nowoczesny przemysł i innowacje, a węgiel traktuje się raczej w kategoriach tradycji niż podstawy gospodarki.
Bartłomiej Orzeł

Wyborcy nie mają „pamięci złotej rybki” i pamiętają, że procesy modernizacyjne trwały przez ostatnie osiem lat. Nagła zmiana retoryki o 180 stopni jest po prostu niewiarygodna. Nawet Konfederacja, w przeciwieństwie do Przemysława Czarnka, stara się pozycjonować w bardziej umiarkowanym centrum, chroniąc na przykład wolność posiadania fotowoltaiki. Obrona węgla – choć jest obecna – nie jest też tak jaskrawa.

KŁ: A więc czy w Polsce w ogóle istnieje elektorat zainteresowany właściwie całkowitą zmianą polityk energetycznych?

BO: Przywiązanie do górnictwa nie jest już takie jak dawnej. Z danych Project Tempo wynika, że to nie jest już paliwo, które jest traktowane jako przyszłość. Oczywiście, ciągle jest ważne dla 22% wyborców. Prawo i Sprawiedliwość czy Konfederacja razem potrzebują zdecydowanie więcej niż 22% wyborców i tu zdecydowanie prawica powinna postawić na kontekst bardziej atomowy, bo tutaj akurat mamy konsensus społeczny.

Z drugiej strony, to PiS wprowadził aspekt modernizacyjny, jeżeli chodzi o energetykę i dzisiaj trochę zjada swój własny ogon.  Oczywiście, dzisiaj wszyscy mówią, że ten „mój” Zielony Ład to był „inny” Zielony Ład, obie strony przerzucają się na oskarżenia, kto się na niego zgodził. Wiele elementów związanych z transformacją w ciągu tych ośmiu lat rządów PiS latach zostało wykonanych – pojawiło się na przykład 1,38 mln prosumentów, zadowolonych z posiadanych instalacji. Ten zwrot dzisiaj jest niewiarygodny dla odbiorców.

Wracając jeszcze do tego kontekstu rywalizacji, może trochę bardziej na prawicy: kiedy Przemysław Czarnek powiedział o „OZE-sroze” i demontowaniu paneli, stwierdziłem, że teraz wyjdzie ktoś z Konfederacji i powie: „twój dach – twoja wolność” i nie będziemy zdejmować fotowoltaiki z dachów. I dokładnie to zrobił Krzysztof Bosak, który mnie obserwuje na X, więc być może to przeczytał. To się wpisuje w politykę Konfederacji.

Reklama

Dzisiaj Konfederacja, zwłaszcza ta część Sławomira Mentzena, jest tym tak zwanym „umiarkowanym centrum”. Widać, że nawet Konfederacja nie kładzie takiego bardzo dużego nacisku na OZE. Oczywiście jest obecna na tych demonstracjach, ale to nie jest tak mocna obrona węgla, jak ma to miejsce w przypadku Przemysława Czarnka.

KŁ: Dziękuję za rozmowę.

Zobacz również

Reklama