• Partner główny
    Logo Orlen

Analizy i komentarze

Trwa największy kryzys energetyczny od 1973 r. Ale może z tego wyjść coś dobrego [ANALIZA]

Fot. Flickr / The U.S. National Archives

W światową gospodarkę uderzył największy kryzys energetyczny od prawie 50 lat. I choć czasy są i przez pewien okres będą jeszcze ciężkie, to jednak może z nich wyniknąć coś dobrego – wskazuje na to historia poprzednich takich wydarzeń.

Jest źle i może być jeszcze gorzej – taką ocenę sytuacji na światowym rynku energii można wystawić po zerknięciu na dysproporcje w podaży i popycie na surowce, planowanych embargach na dostawy z Rosji oraz potencjalnym nagłym wstrzymaniu dostaw nośników energii przez Moskwę. Drożyzna, rozchwianie, niepewność wkradły się jak nowa zaraza w zmęczone pandemią ciało światowej gospodarki i wywołały szereg nowych spustoszeń, nabrzmiałych do rozmiaru największego kryzysu energetycznego od 1973 roku, a więc od czasów wstrzymania dostaw ropy naftowej przez państwa arabskie.

Kryzysy energetyczne mają różne źródła, różną skalę i różny czas trwania, ale łączy je wspólny mianownik – prowadzą zawsze do czegoś pożytecznego, do korzystnej, strukturalnej zmiany na rynku energii. Najprawdopodobniej tak samo będzie z obecnym.

Arabski impuls

Rok 1973 był początkiem całej serii kryzysów energetycznych, które ciągnęły się przez całe lata siedemdziesiąte. Historia tego krachu, zasadzającego się na wstrzymaniu dostaw ropy naftowej, to przede wszystkim opowieść o niefrasobiliwym uzależnieniu od dostaw, bez baczenia na bezpieczeństwo energetyczne. Dzięki niskim kosztom wydobycia ropy naftowej w krajach Zatoki Perskiej, świat Zachodu czerpał z tego regionu tyle surowca, ile mógł. Arabska ropa była tak tania, że opłacało się nią handlować nawet w USA, gdzie obowiązywały cła importowe. Taka sytuacja spowalniała rozwój własnego wydobycia, co odczuły szczególnie Stany Zjednoczone – w roku 1945 amerykańskie pola naftowe odpowiadały za 66% światowej produkcji ropy, a w roku 1973 już tylko za 16,5%. Niska cena ropy spowodowała też rozpowszechnienie tego surowca w gospodarce, gdzie zaczął on zastępować węgiel.

Wszystko zmieniło się po 6 października 1973 roku, kiedy to w dniu święta Jom Kipur wojska Egiptu i Syrii niespodziewanie zaatakowały Izrael, najeżdżając znajdujące się pod kontrolą tego państwa półwysep Synaj i Wzgórza Golan. Agresorzy zostali wkrótce wsparci m.in. przez Irak, Jordanię, Libię i Maroko. Efekt zaskoczenia spowodował, że Izrael znalazł się w defensywie. Izraelczyków wsparły Stany Zjednoczone, kluczowe państwo NATO. Pierwsza pomoc z USA dotarła do Izraela już w nocy 8 października. Sześć dni po arabskim ataku prezydent Richard Nixon zatwierdził operację Nickel Grass, polegającą na przerzucie prawie 23 tysięcy ton sprzętu wojskowego drogą lotniczą. Niedługo potem uruchomiono też wsparcie finansowe.

Czytaj też

Ruch ten nie uszedł uwadze świata arabskiego. W odpowiedzi na poparcie dla Izraela, członkowie Organizacji Arabskich Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OAPEC) zmienili mechanizm ustalania cen ropy oraz wprowadzili embargo na państwa Zachodu, obniżono też wydobycie surowca. Ruch ten wywołał ogromny kryzys gospodarczy. Zachód reagował wprowadzając bardzo dramatyczne środki - zamykano stacje benzynowe na weekendy, ograniczano możliwość poruszania się samochodom osobowym, wprowadzano ograniczenia wysokości temperatur, wygaszano wystawy sklepowe, rezygnowano z iluminacji przed Bożym Narodzeniem. Dochodziło też do aktów przemocy związanych z kradzieżami paliwa.

Na pierwszy kryzys naftowy nałożyły się późniejsze, związane z rewolucją w Iranie. Ale już wydarzenia z 1973 zapoczątkowały myślenie o dywersyfikacji dostaw strategicznych surowców, warunkowanej wymogami bezpieczeństwa energetycznego. Rozwinięte gospodarki Zachodu zaczęły troszczyć się o swoją suwerenność w zakresie importu energii. Zaczęły powstawać pierwsze plany będące ścieżkami zmniejszania zależności od zewnętrznych dostarczycieli surowców.

Akcja reakcja

Bezpośrednim efektem kryzysu 1973 roku był przedłożony rok później francuski plan Messmera, nazwany tak od nazwiska twórcy, którym był ówczesny premier Francji Pierre Messmer. Zakładał on szerokie inwestycje w energetykę jądrową - w jego ramach powstać miało łącznie 80 elektrowni jądrowych do 1985 roku i aż 170 do roku 2000. Już w momencie ogłoszenia planu rozpoczęto budowę trzech pierwszych jednostek (Tricastin, Gravelines, Dampierre). Do połowy lat 80. udało się postawić 56 reaktorów, wtedy też uznano, że osiągnięty potencjał jest wystarczający. Dzięki planowi Messmera Francja uzyskała miks elektroenergetyczny oparty w większości (ok. 70%) na energetyce jądrowej, co do dziś pozwala jej czerpać korzyści np. w zakresie polityki klimatycznej (atom jest bowiem praktycznie bezemisyjny).

Podobnym projektem, ale szytym na znacznie większą skalę, był amerykański Project Independence (Projekt Niezależność). Inicjatywa ta została ukuta przez administrację Richarda Nixona. Ten prezydent USA już miesiąc po wybuchu kryzysu naftowego, zaproponował kompleksową strategię, której celem miało być osiągnięcie niezależności energetycznej Ameryki już w 1980 roku. Założenia projektu dotyczyły przede wszystkim zmniejszenia zużycia energii i rozwoju własnych mocy generacyjnych – przede wszystkim zaś energetyki jądrowej. Pierwszy cel miał być osiągnięty m.in. przez zmniejszenie limitu prędkości na autostradach do 50 mil na godzinę (z poziomu 89 mph), zmniejszenie kwoty ropy naftowej przeznaczanej na ogrzewanie, ograniczenie zużycia energii przez administrację federalną i ograniczenie liczby lotów samolotowych. Zdaniem Nixona zależność Ameryki od importu energii mogła zostać obniżona też dzięki jej własnej technologii i przemysłowi. Dlatego jednym z najbardziej znanych postulatów strategii był pomysł budowy 1000 elektrowni jądrowych do roku 1980, czyli na przestrzeni ok. 6 lat. Administracja Nixona chciała to osiągnąć poprzez m.in. ograniczenie czasu licencjonowania i budowy siłowni tego typu z 10 do właśnie 6 lat.

Czytaj też

Z kolei w drugiej połowie lat 70. prezydent USA Jimmy Carter zachęcał, zmagający się z kryzysem naftowym związanym z irańską rewolucją, zachęcał swoich obywateli, by oszczędzali energię. Do historii przeszła jego „cardigan speech", czyli orędzie wygłoszone w sweterku, w którym Carter mówił o problemach energetycznych kraju.

Wiosna łupkowa

Innym kryzysem, z którego wyciągnięto konstruktywne i pozytywne wnioski były tzw. „szok naftowy" z 2011 roku. Wtedy też wybuchła tzw. Arabska Wiosna - seria rewolucji i przemian politycznych w Egipcie, Libii, Jemenie, Bahrajnie i Syrii. Bliski Wschód i północna Afryka to region, z którego pochodziła jedna trzecia światowych dostaw ropy, dlatego też zawirowania na tym obszarze bardzo szybko przełożyły się na ceny surowca. Już 2 marca 2011 roku za baryłkę ropy na amerykańskiej giełdzie płaciło się 116 dolarów, choć miesiąc wcześniej cena ta oscylowała wokół 80 dolarów, a w roku 2009 - średnio wokół poziomu 60 dolarów. Rekord cenowy przypadł na 24 lutego, kiedy cena ropy skoczyła do 120 dolarów.

Pomimo zapewnień ze strony takich producentów, jak Arabia Saudyjska, zwiększenie dostaw na rynek światowy nie obniżyło cen, które przez rok utrzymywały się na wysokim poziomie, grożąc np. amerykańskiej gospodarce długotrwałą recesją. Na ten kryzys nałożyły się groźby ze strony Iranu, który zapowiedział możliwość zamknięcia cieśniny Ormuz w ramach retorsji za sankcje związane z irańskim programem jądrowym. Już sama taka zapowiedź spowodowała szok na rynkach. Z kolei na początku 2012 roku Teheran zadecydował o wstrzymaniu sprzedaży ropy dla spółek brytyjskich i francuskich, co wywindowało ceny ropy nawet do 128 dolarów za baryłkę.

Zawirowania cenowe zasadzone na niepewności geopolitycznej ważnego surowcowego regionu świata, a także wysokie ceny surowca pchnęły gospodarkę i politykę Stanów Zjednoczonych do działań, które przeszły do historii pod mianem „łupkowej rewolucji". Dzięki szerokim inwestycjom w technologię szczelinowania USA w latach 2010-2014 zmniejszyły o 20% import surowca naftowego z zagranicy i stały się poważnym graczem na rynkach ropy naftowej i gazu - konkurując z takimi potentatami, jak Arabia Saudyjska, czy Rosja. Amerykanie sukcesywnie obniżali cenę wydobycia surowców u siebie, dzięki czemu pozytywne efekty ich rewolucji łupkowej zaczęły być odczuwalne w innych miejscach na świecie, które zaczęły skupować amerykańskie nośniki energii. Takim krajem jest m.in. Polska, która z USA ściąga ropę oraz LNG. Szok naftowy z 2011 roku uwolnił zatem potencjał nowego dostawcy, który przyczynił się do stabilizowania rynku – również pod względem politycznym.

Czytaj też

Dyskretny urok kryzysu

Czego zatem można spodziewać się po obecnym, bardzo głębokim kryzysie energetycznym? Najprawdopodobniej – w średnim i długim terminie – napędzi on proces dekarbonizacji i dochodzenia do neutralności klimatycznej. Odchodzenie od paliw kopalnych to też odchodzenie od zależności importowych – w tym tych rosyjskich. Dekarbonizacja jest więc derusyfikacją.

Co więcej, obecne kryzysowe warunki to również opcja na uzbrojenie polityk energetyczno-klimatycznych w nowe mechanizmy dotyczące „twardego" bezpieczeństwa energetycznego. Takie działania już się toczą np. na polu Unii Europejskiej, która wprowadza m. in. nowe przepisy dotyczące magazynowania gazu.

Trwający rosyjski kryzys energetyczny to również okazja do napędzenia rozwoju technologii jądrowych, które mogą pomóc w odchodzeniu od paliw kopalnych. Obecnie niektóre państwa chcące odchodzić od atomu (np. Belgia) „przeprosiły się" już z tym rozwiązaniem i zrezygnowały ze swych antyjądrowych planów.

Komentarze