Reklama
  • W CENTRUM UWAGI
  • WYWIADY

Referendum zamiast taniego prądu. Jak prezydent chce walczyć o skrajną prawicę?

„To cyniczna i szkodliwa dla Polski gra” – ocenił senator Stanisław Gawłowski, według którego prezydencki pomysł referendum klimatycznego jest elementem walki o radykalnie prawicowy elektorat. W rozmowie z Energetyka24 przekonywał, że inicjatywa nie doprowadzi do obniżenia cen energii, lecz ma jedynie podsycać polityczny spór wokół Zielonego Ładu. Jego zdaniem prezydent wpisuje się przy tym w narrację odwołującą się do prorosyjskich sympatii części wyborców.

Karol Byzdra, Energetyka24: W ubiegłym tygodniu szef Gabinetu Prezydenta RP Karol Szefernaker zapowiedział, że prezydent ponownie skieruje do Senatu wniosek o przeprowadzenie referendum dotyczącego przyszłości unijnej polityki klimatycznej. Jak przekonywał, tym razem izba nie będzie mogła zakwestionować pytania z powodu zawartej w nim tezy. Czego możemy spodziewać się po nowym wniosku?

Senator Stanisław Gawłowski: Zacznijmy od tego, że Senat niczym się nie zasłaniał, lecz bardzo dokładnie przeanalizował poprzedni wniosek. Zaproponowane pytanie odnosiło się do wzrostu cen energii elektrycznej w okresie rządów Mateusza Morawieckiego, a więc dotyczyło przeszłości i nie prowadziło do żadnego rozstrzygnięcia na przyszłość.

Co więcej, odnosiło się ono do prawa europejskiego. Prezydent, jako strażnik konstytucji, powinien wiedzieć, że nie można pytać obywateli o kwestie, które pozostają w kompetencji innych prawodawców. Opinia Polaków może być w tej sprawie wskazówką dla rządu, ale nie będzie rozstrzygająca dla kształtu prawa Unii Europejskiej.

Mieliśmy również opinie konstytucjonalistów wskazujące, że pytania budziły poważne wątpliwości konstytucyjne. Co istotne, podobne stanowisko przedstawiali także prawnicy współpracujący z prezydentem Karolem Nawrockim. W mojej ocenie pokazuje to, że prezydentowi bardziej zależy na wywołaniu politycznego sporu niż na rzeczywistym rozwiązaniu problemu cen energii czy rozstrzyganiu spraw pozostających w kompetencji polskiego ustawodawcy.

Reklama

To co teraz ma dać to referendum?

Prezydent ani jego współpracownicy nie ukrywali, że zobowiązał się wobec związkowców do podjęcia działań zmierzających do zablokowania systemu EU ETS. Dziś po prostu realizuje deklarację złożoną w czasie kampanii wyborczej. Szkoda jednak, że w tej dyskusji pomija interes Polaków i rzeczywiste przyczyny wysokich cen energii.

Problem nie sprowadza się bowiem wyłącznie do kosztów zakupu uprawnień do emisji. Ponad 60 proc. energii elektrycznej w Polsce nadal wytwarzane jest z węgla, a gdyby uwzględnić wszystkie koszty tej produkcji, także bez opłat za emisję pozostawałaby ona jedną z najdroższych. Sam polski węgiel należy do najdroższych na świecie, przede wszystkim z powodu wysokich kosztów jego wydobycia.

Do tego dochodzą miliardowe dopłaty z budżetu państwa, które nie obejmują kosztów związanych ze Spółką Restrukturyzacji Kopalń, czyli utrzymaniem i zabezpieczaniem zakładów już po zakończeniu wydobycia. Wszystkie te wydatki ostatecznie ponoszą podatnicy. Nie można też pomijać kosztów zdrowotnych. Zła jakość powietrza, w dużej mierze związana ze spalaniem węgla, przyczynia się w Polsce do około 50 tys. zgonów rocznie. Prezydent jest więc albo źle informowany, albo świadomie upraszcza problem.

A czy to nie jest tak, że ofensywa przeciwko Zielonemu Ładowi jest próbą pozyskania najbardziej prawicowego elektoratu? Im ostrzejsza krytyka unijnej polityki klimatycznej, tym większa szansa na przyciągnięcie wyborców Konfederacji i Grzegorza Brauna. Z resztą, podobną zmianę narracji obserwujemy dziś w sprawie Ukrainy. Zielony Ład początkowo przedstawiano jako korzystny, a obecnie obarcza się go odpowiedzialnością za wysokie ceny energii. Można więc odnieść wrażenie, że prezydent próbuje przekonać do siebie część radykalnie prawicowych wyborców i skierować ich w stronę PiS.

Nie chodzi tu o realne obniżenie cen energii, lecz o polityczną narrację. Zielony Ład został zaakceptowany przez polski rząd, a momentem, w którym państwo mogło sprzeciwić się jego kierunkowi była Rada Europejska, gdzie decyzje zapadają jednomyślnie. Po udzieleniu takiej zgody szczegółowe regulacje były już przyjmowane w głosowaniach większościowych, zgodnie z zasadami unijnych traktatów. To właśnie obóz polityczny, z którego wywodzi się obecny prezydent, współtworzył te reguły i akceptował kolejne elementy polityki klimatycznej, w tym reformę ETS i ETS2. Dziś rząd Donalda Tuska próbuje część tych rozwiązań renegocjować i łagodzić, m.in. w zakresie kosztów dla gospodarstw domowych oraz dostępu przemysłu i energetyki do darmowych uprawnień. Polska znajduje się przy tym w szczególnej sytuacji, ponieważ nadal produkuje z węgla więcej energii niż większość państw Unii Europejskiej, które znacznie wcześniej zaczęły odchodzić od tego surowca.

Przez lata pracowaliśmy na to, by znaleźć się w europejskiej czołówce…

Od dziesięcioleci polska energetyka opiera się na węglu, jednak nawet rząd PiS dopiero stosunkowo niedawno zaczął dostrzegać, że krajowe zasoby tego surowca się wyczerpują. Dobrym przykładem jest Ostrołęka, gdzie rozpoczęto budowę bloku węglowego i wydano miliardy złotych, choć inwestycja miała w dużej mierze opierać się na surowcu sprowadzanym z Rosji. Po wybuchu wojny w Ukrainie stało się jasne, że dalsze finansowanie rosyjskiego agresora nie może być akceptowane.

Podobnie wygląda sytuacja w Bełchatowie. W kampanii prezydenckiej przekonywano, że kopalnia zostanie zamknięta przez Zielony Ład, choć rzeczywistym powodem jest wyczerpywanie się złóż, przewidywane po roku 2030. Węgla brunatnego nie można też opłacalnie transportować na duże odległości, ponieważ szybko traci swoje właściwości. Eksperci doskonale o tym wiedzą. Pozostaje więc pytanie, czy prezydent jest źle informowany, czy świadomie wykorzystuje ten temat politycznie. Nie przesądzam tego, ale uważam, że jest to cyniczna i szkodliwa dla Polski gra, która dodatkowo może kosztować podatników setki milionów złotych. Według wcześniejszych szacunków organizacja ogólnokrajowego referendum mogłaby pochłonąć około 350 mln zł.

Reklama

Niemało. Nie tak dawno była to równowartość budżetu Służby Wywiadu Wojskowego.

No więc jak sam pan widzi, w Polsce mamy na co wydawać pieniądze. Uważam, że jest to obrzydliwe, że wyłącznie po to, by przypodobać się określonej grupie Polaków o prorosyjskich sympatiach, część środowiska politycznego wyraźnie skręca w tym kierunku. Nie ma dziś większych wątpliwości, że podobne tendencje można dostrzec w otoczeniu Konfederacji, a także wśród części osób związanych z PiS, które z dużą sympatią patrzą na tego rodzaju narrację. Prezydent również się w nią wpisuje, co jest niezwykle niebezpieczne i może być postrzegane jako działanie ocierające się o zdradę stanu.

Nie wiemy jeszcze, jak będzie brzmiało nowe pytanie referendalne. Minister Szefernaker zapowiadał, że zostanie ono skierowane do Senatu do końca tygodnia, więc niewykluczone, że nastąpi to jutro lub pojutrze. Gdy pytanie wpłynie, postąpimy tak jak poprzednio. Zwrócimy się do ekspertów i konstytucjonalistów o przygotowanie opinii, a następnie przeanalizujemy je z pełną powagą. Nie zamierzamy tej inicjatywy lekceważyć, ponieważ jej autorem jest głowa państwa. Bez względu na to, jak oceniamy prezydenta, Senat okazuje urzędowi należny szacunek i w taki właśnie sposób odniesie się do przedstawionej propozycji.

Chciałbym jeszcze zapytać o pragmatyczny wymiar transformacji energetycznej. Niezależnie od oceny Zielonego Ładu, Polska musi zmieniać swój system energetyczny. Czy negatywna narracja wokół polityki klimatycznej i samej transformacji utrudnia prowadzenie racjonalnej polityki energetycznej kraju?

Bardzo utrudnia. Europa nie dysponuje wystarczającymi własnymi zasobami ropy i gazu, dlatego pozostaje uzależniona od importu. Nie chcemy sprowadzać surowców z Rosji, a sytuacja wokół cieśniny Ormuz pokazuje, jak łatwo mogą zostać zakłócone dostawy również z innych kierunków. Wątpliwości budzą także zakontraktowane dostawy LNG z Kataru. Do końca roku do Polski miało przypłynąć jeszcze 14 statków z katarskim gazem, jednak tamtejsze instalacje zostały zniszczone w wyniku wojny z Iranem. Pojawia się więc pytanie, skąd surowiec rzeczywiście zostanie dostarczony. Być może Katar kupi gaz w innym regionie, a następnie sprowadzi go do Polski, ale to jedynie potwierdza, jak niepewny jest taki model zaopatrzenia.

Jednocześnie ceny ropy i gazu na rynku amerykańskim wzrosły dwukrotnie. Podrożał również amerykański gaz łupkowy, mimo że prezydent Donald Trump po wybuchu wojny z Iranem zniósł federalny podatek od ropy i gazu, próbując w ten sposób ograniczyć wzrost cen. Wszystko to pokazuje, że Europa, jeżeli chce zachować konkurencyjność i uniezależnić się od dyktatu cenowego zagranicznych dostawców paliw, musi rozwijać własne źródła energii. To jeden z podstawowych warunków konkurencyjności europejskiej gospodarki.

Te źródła są już dzisiaj jasno określone. Dostępne technologie pozwalają produkować energię z OZE na skalę przemysłową.

Polski przemysł energochłonny apelował do prezydenta, aby nie blokował ustawy dotyczącej odnawialnych źródeł energii. Przedstawiciele przemysłu prosili o jej podpisanie, ale prezydent ten apel zlekceważył. Jednocześnie przedsiębiorstwa energochłonne same chciały budować instalacje OZE na własne potrzeby, ponieważ potrzebują dostępu do tańszej energii. Ten kierunek już się więc rozwija i ostatecznie zwycięży. Nie dlatego, że został Polsce narzucony siłą, ale dlatego, że leży w naszym interesie. Jest racjonalny z ekonomicznego punktu widzenia. Służy bezpieczeństwu energetycznemu Polski, konkurencyjności gospodarki i obniżaniu cen energii. Pomaga również poprawić jakość powietrza i ograniczyć smog. Dzisiaj dysponujemy technologiami inteligentnego zarządzania sieciami energetycznymi i rozwiązaniami pozwalającymi na elektryfikację ciepłownictwa. Około 600 tys. Polaków zamontowało pompy ciepła, rezygnując tym samym ze spalania węgla. To również jest element transformacji.

Reklama

Podobny proces zachodzi w transporcie. Dwa lata temu w Polsce było zarejestrowanych niespełna 50 tys. samochodów elektrycznych, a dzisiaj jest ich już ponad 250 tys. W ciągu dwóch lat przybyło więc około 200 tys. takich pojazdów. Elektryfikacja transportu będzie postępowała, a do jej przeprowadzenia będziemy potrzebowali coraz większych ilości energii elektrycznej.

Jednak musimy pamiętać, że proces ten był wspierany przez państwo. W ramach ostatniej edycji programu „Mój Elektryk” można było otrzymać do 40 tys. zł dopłaty.

Dzisiaj te dopłaty nie są już niezbędne, aby rozwój elektromobilności był kontynuowany. Krzywa sprzedaży samochodów elektrycznych została przełamana i rynek zaczął się samodzielnie rozwijać. Nie trzeba jednak ograniczać tej dyskusji wyłącznie do kwestii środowiskowych, bo wystarczą argumenty ekonomiczne, a te są jednoznaczne. Jeżeli polska gospodarka ma pozostać konkurencyjna, musi rozwijać OZE, przede wszystkim te, które można uruchomić możliwie szybko.

Nie będzie temu sprzyjało prezydenckie weto wobec ustawy wiatrakowej.

To kolejny przykład działania na niekorzyść Polaków. Prezydent zawetował ustawę, która miała skrócić procedury związane z budową elektrowni wiatrowych, choć dziś przygotowanie takiej inwestycji, od podjęcia decyzji do uzyskania wszystkich pozwoleń, trwa w Polsce średnio około siedmiu lat. Ten czas można było wyraźnie skrócić. Prezydent zablokował jednak rozwiązania, które mogły przyspieszyć rozwój tańszych źródeł energii i przynieść realne korzyści odbiorcom. W praktyce oznacza to obronę wysokich cen energii, brudniejszych technologii oraz dalszego uzależnienia Polski od zagranicznych dostawców surowców. Nic innego z proponowanego referendum nie wynika.

Dziękuję za rozmowę.

Reklama
Reklama