Reklama
Reklama
  • WIADOMOŚCI
  • ANALIZA

„Plan Morawieckiego” jak „terapia szokowa" Balcerowicza. Co z górnictwem?

  • Fot. US Air Force, Senior Airman George Goslin, www.manas.afcent.af.mil, domena publiczna
    Fot. mr.gov.pl
  • Fot. www.elysee.fr
    Fot. Flickr/KPRM

Zaprezentowany przez Mateusza Morawieckiego Plan na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju koncentruje się na szerokim spektrum zagadnień ekonomicznych w tym na aspekcie energetycznym funkcjonowania gospodarki. Motywem przewodnim prezentacji przedstawionej przez wicepremiera RP wydaje się być nieuchronny spadek znaczenia węgla i promocja źródeł niskoemisyjnych.

Reklama

Wstępne założenia tzw. „Planu Morawieckiego” zaprezentowane 16 lutego br. podkreślają m.in. konieczność zastąpienia starzejących się bloków węglowych. Wskazują również na rosnącą groźbę blackoutu (wielkoobszarowej awarii systemu elektroenergetycznego) i ryzyko związane z możliwością znacznego wzrostu cen emisji w ramach europejskiego systemu handlu emisjami, który jest aktualnie reformowany (co przełożyłoby się na ceny energii). Wspólnym mianownikiem wymienionych powyżej elementów jest teoretycznie węgiel. Z jednej strony najłatwiej byłoby uzupełniać braki energetyczne nowymi siłowniami opalanymi „czarnym złotem”. Z drugiej strony zaostrzająca się polityka klimatyczna UE wyraźnie uderza w ten surowiec, a ryzyko blackoutu występuje nie tylko z powodu wycofywania starych jednostek i niezastępowania ich nowymi, ale także charakteru systemu, w którym prym wiodą gigantyczne mega elektrownie.

Jednak słowo „węgiel” w części prezentacji Morawieckiego poświęconej polityce energetycznej nie pada (jest jedynie mglista wzmianka o eksporcie maszyn górniczych na jednym ze slajdów opisujących projekty rozwojowe i sugestia, że "może on stanowić wstęp" do gazyfikacji "czarnego złota"). To niezwykle interesujące w kontekście nieustannie akcentowanej od objęcia rządów przez PiS konieczności jego obrony. Intrygujące jest również to, że inne źródła energii wymienione są na udostępnionych przez ministerstwo rozwoju slajdach właściwie z nazwy. Mowa np. o wsparciu dla przydomowych elektrowni, które pomogłyby przekształcić polską energetykę w model bardziej rozproszony, a więc niwelujący ryzyko blackoutu (fotowoltaika, a więc OZE). W prezentacji Morawieckiego pojawia się również odniesienie do potencjału geotermalnego (znów OZE), wsparcia niskoemisyjnych źródeł energii (w teorii zarówno gaz, atom, OZE) i magazynów energii (dedykowanych de facto OZE produkujących prąd okresowo). Gdyby nie ustęp o dywersyfikacji dostaw gazu i ropy oraz rynku mocy, który musi się opierać na elektrowniach konwencjonalnych w podstawie miksu (ale w jakim zakresie?), można by odnieść wrażenie, że „Plan Morawieckiego” zapowiada szybkie zmniejszanie udziału węgla w wytwórstwie energii kosztem OZE (tym bardziej, że nie wspomina on o energetyce jądrowej). Można by gdyby autor omawianego programu nie był wicepremierem PiS, a więc partii, która na swoich sztandarach niesie hasło obrony polskiego węgla. Choć z drugiej strony to także siła polityczna, która jest zmuszona do głębokiej restrukturyzacji górnictwa (zamykania kopalń bądź ich części), co de facto pokazuje, że dziś w polskiej energetyce wszystko jest możliwe.

Fot. mr.gov.pl

„Trop OZE” w wystąpieniu Morawieckiego wydaje się niezwykle ciekawy również w kontekście nadchodzącej reformy ETS (18 lutego pierwsze wysłuchanie publiczne w PE w tej sprawie) i unijnych funduszy mających finansować pomysły resortu rozwoju. Polska i dziewięć innych najbiedniejszych krajów Wspólnoty ma przecież otrzymać środki z tzw. funduszu modernizacyjnego (będą pochodzić ze sprzedaży 310 mln pozwoleń na emisję). Mają one być przydzielane poprzez radę inwestycyjną i komitet zarządzający, w skład których wejdą przedstawiciele państw członkowskich, KE i Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Ostatni z wymienionych elementów jawnie wspiera odnawialne źródła energii i jest niechętny węglowi. W KE także nie brakuje zwolenników „zielonej energii”. W Polsce otwarcie się o tym nie mówi, ale wspomniany fundusz ma za zadanie de facto przymusić polską energetykę do transformacji w kierunku OZE. Nacisk w tym zakresie jest olbrzymi i nie wykluczone, że Morawiecki uznał, że należy reformę ETS traktować jako szansę, a nie zagrożenie dla krajowej gospodarki (czy słusznie?). Teoretycznie w ramach jej konsultowania można przecież spróbować wynegocjować zwiększenie puli pomocowej. Problem pozyskania środków finansowych na wdrażanie zmian w polskim systemie energetycznym zostałby więc rozwiązany, a KE z chęcią udzieliłaby wsparcia rządowi na zamykanie kopalń (tylko taka forma „pomocy” jest dziś dozwolona). W takim układzie zestawianie Planu Morawieckiego z terapią szokową Balcerowicza byłoby w pełni uprawnione. Pytanie czy koszty takiego eksperymentu nie byłyby jednak zbyt wysokie? 

Raport przygotowany przez Centrum Analiz Klimatycznych przy współudziale Banku Światowego wskazuje, że „proponowany pakiet polityki klimatyczno-energetycznej do 2030 roku (a więc zawierający mechanizm funduszu modernizacyjnego) nie wpłynie na wszystkie kraje UE w równym stopniu. Wyższe koszty poniosą bardziej dynamiczne unijne gospodarki oraz kraje charakteryzujące się znacznym udziałem przemysłu energochłonnego (szczególnie jeżeli ich miks energetyczny jest oparty na paliwach wysokoemisyjnych). Polska i większość nowych państw członkowskich spełniają obie te przesłanki.” Warto mieć to na uwadze. Z ewentualną transformacją sektora energetycznego Warszawa będzie się musiała zmagać w realiach podwójnych standardów ze strony Komisji Europejskiej.

Tyle dywagacji i teoretyzowania. Wicepremier RP mógł przecież pominąć węgiel w swojej prezentacji zupełnie przypadkowo. Mógł?

Zobacz także: Baca-Pogorzelska: Górnik górnikowi wilkiem? „Związkowcy z KW zażądają podwyżek”

 

 

Reklama