Reklama
Reklama
  • ANALIZA
  • W CENTRUM UWAGI

ETS 2 po niemiecku, czyli między biurokracją a pragmatyzmem

Powraca problem dezinformacji w mediach społecznościowych. Tym razem dotyczy on prorosyjskich treści, które pojawiają się w związku z wyborami do niemieckiego Bundestagu.
Autor. By W. Bulach - Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=104799662

Niemcy szykują się do wejścia w ETS. Rząd w Berlinie obiecał płynne przejście i ochronę obywateli przed wzrostem kosztów, ale coraz częściej słychać głosy, że największym wyzwaniem będzie nie sama cena CO2, lecz biurokracja i polityczne niezdecydowanie.

Reklama

Z punktu widzenia instytucji rządowych, Niemcy wchodzą w drugą fazę dekarbonizacji. Od 2027 roku krajowy system opłat za emisje (nEHS) ma zostać zastąpiony przez unijny ETS 2, obejmujący paliwa używane w transporcie i ogrzewaniu. Federalna Agencja ds. Handlu Emisjami (DEHSt) zapewnia, że proces jest „pod kontrolą” i że faza przejściowa potrwa do końca 2026 roku. W praktyce oznacza to, że w latach 2024–2026 firmy wprowadzające paliwa na rynek mają raportować emisje, ale nie muszą jeszcze umarzać uprawnień.

Administracja nie jest gotowa

Na papierze brzmi to logicznie. Ale w praktyce, jak przyznają sami urzędnicy, cała machina dopiero się rozpędza. Umweltbundesamt, czyli Federalna Agencja Ochrony Środowiska, w swoim jesiennym raporcie ostrzega, że zintegrowanie niemieckiego systemu z ETS 2 „wymaga szeregu korekt legislacyjnych oraz ustalenia nowych procesów raportowych”. Krótko mówiąc, regulacje unijne są gotowe, ale krajowa administracja jeszcze nie.

YouTube cover video

Do tego dochodzi polityka. Rząd Olafa Scholza – Ampelkoalition składająca się z SPD, FDP oraz Zielonych – zgadzał się co do celów klimatycznych, lecz różnił się w podejściu do narzędzi. Dla Zielonych ETS 2 był sposobem na przyspieszenie odchodzenia od paliw kopalnych. Dla FDP to kolejny koszt biurokratyczny, który może uderzyć w mały biznes i kierowców. A dla SPD znaczyło to balansowanie między jednym a drugim: klimat tak, ale bez protestów na ulicach.

Nowy kontekst polityczny wyznacza kanclerz Friedrich Merz, który w sprawach klimatu i mobilności gra bardziej pragmatycznie niż ideowo, co w praktyce oznacza, że ETS 2 ma „wejść” bez szoku cenowego i z osłonami adresowanymi, a nie powszechnymi. Merz zasygnalizował odejście od twardych deklaracji na linii Bruksela–Berlin i postawił na konsultacje z przemysłem, co było widoczne choćby przed rozmowami z szefami motoryzacji w sprawie celu 2035 dla nowych aut, gdzie rząd nie przyjął jednolitego stanowiska i wolał „dojść do oceny przez dialog”.

Ten styl zarządzania przekłada się na ETS 2, a czarno-czerwona koalicja CDU/CSU–SPD zapowiada kontynuację transformacji przy korekcie narzędzi, większy nacisk na konkurencyjność i fiskalny realizm, a środki osłonowe mają być zsynchronizowane z unijnym Klimasozialfonds, który, według dokumentów Bundestagu, przewiduje dla Niemiec ok. 5,3 mld euro na lata 2026–2032. To z kolei wzmacnia priorytet „wdrożyć dobrze, nie szybko”, choć ministerstwo środowiska przypomina, że spóźnienie z krajowym planem SCF opóźnia wypłaty i ryzykuje polityczny koszt wejścia ETS 2 bez pełnej amortyzacji dla wrażliwych grup.

Reklama

Merz sygnalizuje także gotowość do modyfikowania unijnych reguł tam, gdzie uderzają one w realia niemieckiej gospodarki, co w praktyce oznacza twardsze negocjacje o kalibracji polityk pokrewnych ETS 2 i o tempie kosztów dla transportu oraz budynków. Widać to w krytyce dodatkowych wymogów dla flot firmowych i w ogólniejszej zmianie tonu, gdzie rząd wycofuje się z wcześniejszych zapowiedzi „Klimageld dla wszystkich” na rzecz wsparcia celowanego, jednocześnie trzymając kurs na cele klimatyczne i przygotowując przejście z krajowego nEHS do unijnego systemu w 2027 roku.

Dla projektu ETS 2 ma to znaczenie podwójne, gdyż po pierwsze, Berlin będzie pilnował narzędzi stabilizujących ceny uprawnień, po drugie, będzie naciskał na to, aby obciążenia dla kierowców i gospodarstw domowych były rozkładane w czasie i rekompensowane z funduszu społecznego, nawet jeśli wymaga to dłuższych uzgodnień z Komisją i partnerami koalicyjnymi.

Czas ucieka, pieniądze czekają

Chodzi o Klimasozialfonds, czyli fundusz społeczny, z którego mają być finansowane rekompensaty dla gospodarstw domowych i małych przedsiębiorstw po wejściu ETS 2. Zgodnie z rozporządzeniem unijnym każde państwo członkowskie miało do końca czerwca 2025 roku przesłać do Brukseli swój plan wydatkowania środków. Tymczasem Berlin tego nie zrobił. Warszawa zresztą też.

Reklama

Plan nie został wysłany w terminie, co oznacza, że wypłaty z unijnego funduszu nie mogą się rozpocząć na czas. Warto podkreślić, że nie jest to kwestia symboliczna, ponieważ zgodnie z obliczeniami Federalnego Ministerstwa Finansów Niemcom przysługuje około 5,3 miliarda euro z puli na lata 2026–2032.

ZDF zwraca uwagę, że problem nie leży w braku środków, ale w braku decyzji. Rząd wciąż nie rozstrzygnął, jak mają wyglądać krajowe mechanizmy wsparcia. Początkowo planowano wprowadzenie powszechnego „Klimageld”, czyli zwrotu części wpływów z handlu emisjami dla wszystkich obywateli. Jednak w ostatnich miesiącach resort finansów i kanclerski coraz wyraźniej skłaniają się ku rozwiązaniu selektywnemu, czyli dopłatom skierowanym tylko do gospodarstw o niskich dochodach.

Jak zauważa Ärzteblatt, decyzja w tej sprawie jest odkładana już od miesięcy, a rząd przedkłada plany zbyt późno. Innymi słowy, nawet jeśli plan trafi do Komisji Europejskiej jesienią 2025 roku, to i tak Bruksela ma pięć miesięcy na jego ocenę. Oznacza to, że faktyczne uruchomienie funduszu mogłoby nastąpić dopiero w połowie 2026 roku, na zaledwie kilka miesięcy przed startem ETS 2.

Reklama

W oficjalnych komunikatach rząd uspokaja, że nie przewiduje „szoku cenowego”. Rzecznik Federalnego Ministerstwa Gospodarki i Energii (BMWE) mówił latem, że w pierwszej fazie po 2027 roku cena emisji „prawdopodobnie ustabilizuje się w okolicach 60 euro za tonę CO2”, co jego zdaniem „nie powinno wywołać nadmiernego wzrostu cen paliw i ogrzewania”.

Zupełnie inaczej widzi to jednak rynek. ADAC, największy niemiecki związek motoryzacyjny, ostrzega, że po wejściu ETS 2 koszt litra paliwa może wzrosnąć nawet o 15–19 centów. W analizach organizacji czytamy, że „dla wielu kierowców i przedsiębiorstw transportowych może to być znaczące obciążenie”, a realny efekt zależy od koniunktury na rynku energii oraz kursu euro wobec dolara.

Do debaty włączają się też ekonomiści z Öko-Institut, którzy przypominają, że w ETS 2 przewidziano mechanizmy stabilizacji cen. W przypadku gwałtownych skoków Komisja Europejska może uruchomić dodatkowe uprawnienia, aby obniżyć presję cenową. Ale – jak zauważa instytut – „system nie jest zaprojektowany po to, by blokować wzrosty, tylko by amortyzować najgorsze skoki”.

Reklama

Biurokracja vs. rzeczywistość

Dla przedsiębiorstw paliwowych i dystrybutorów ciepła wyzwaniem nie są już tylko ceny, ale logistyka samego raportowania. Niemiecka branża paliwowa zrzeszona w organizacji en2x prowadzi szkolenia, jak przygotować się do obowiązków raportowych w ETS 2, ostrzegając, że „każdy błąd w raportowaniu może oznaczać sankcje finansowe”.

Z kolei federacja przemysłowa BDI apeluje, aby rząd „nie powielał błędów nEHS”, w którym wiele firm miało problem z interpretacją przepisów. W stanowisku z lipca 2025 roku BDI zwraca uwagę, że nowe obowiązki administracyjne „grożą zwiększeniem kosztów operacyjnych i ryzykiem dla konkurencyjności”.

Wszystko to dzieje się w momencie, gdy niemiecka gospodarka wciąż walczy z niskim wzrostem, wysokimi kosztami energii i napięciami na rynku pracy. ETS 2 może więc stać się nie tylko mechanizmem klimatycznym, ale i testem dla zdolności państwa do wprowadzania złożonych unijnych reform bez utraty społecznego poparcia.

Reklama

Kto ma zapłacić rachunek?

W niemieckiej debacie coraz częściej pojawia się pytanie, czy transformacja energetyczna nie staje się „projektem dla klasy średniej”, podczas gdy gospodarstwa o niskich dochodach ponoszą jej koszt. Germanwatch i Klima-Allianz apelują, by wpływy z ETS 2 w całości kierować na cele społeczne i efektywność energetyczną, w tym dopłaty do modernizacji budynków i transportu publicznego.

Z kolei Deutscher Gewerkschaftsbund (DGB) ostrzega, że bez realnych osłon „system ETS 2 może pogłębić podziały społeczne i wywołać opór wobec polityki klimatycznej”. Związkowcy przypominają, że podobne błędy popełniono przy reformie podatku paliwowego na początku lat 2000, co doprowadziło do fali niezadowolenia i utraty poparcia dla rządowych programów środowiskowych.

W tym sensie ETS 2 to nie tylko kwestia emisji, lecz również zaufania. Niemcy wiedzą, że jeśli transformacja ma się udać, to musi być postrzegana jako sprawiedliwa. W przeciwnym razie, jak ostrzegają komentatorzy ZDF, może się okazać, że walka z emisjami zamieni się w walkę z nastrojami społecznymi.

Reklama

W niemieckich mediach temat ETS 2 coraz częściej staje się testem sprawności instytucjonalnej. Niemcy przez lata budowały wizerunek kraju, który potrafi przekładać unijne idee na praktykę, a jednak teraz to się chwieje. W berlińskich kuluarach słychać, że „rząd ma dobre intencje, ale zawodzi w realizacji”.

I nie chodzi tylko o termin jednego dokumentu, bo to właśnie ETS 2 pokazuje, jak trudno dziś w Niemczech przeprowadzić dużą reformę bez konfliktu między resortami, opóźnień proceduralnych i braku jasnej komunikacji z obywatelami. System, który miał być transparentny i prosty, staje się kolejną warstwą regulacyjną w państwie już i tak przeciążonym przepisami.

Z drugiej strony, niemiecki pragmatyzm nie znika. Wbrew krytyce, Berlin nie zamierza wycofywać się z ETS 2. Przeciwnie, rząd liczy, że system stanie się impulsem do dalszej elektryfikacji transportu i dekarbonizacji budynków. Pytanie tylko, czy uda się to zrobić w sposób, który społeczeństwo uzna za uczciwy.

Zobacz również
Reklama