Reklama
Czerwone domy na Grenlandii w śniegu.

Komu i dlaczego najbardziej zależy na Grenlandii?

Trump nie potrzebuje Grenlandii z powodu surowców, to między innymi grupa „tech-miliarderów” jest zainteresowana tym terytorium ze względu na chęć testowania technologii przyszłości – uważa Nick Baek Heilmann z grenlandzkiego oddziału firmy konsultingowej Kaya Partners.

Czy Grenlandia to łakomy kąsek dla USA tylko ze względu na bogactwo surowcowe? Krótka odpowiedź brzmi: nie, choć jej zasoby są olbrzymie. Jakie są więc powody grożenia zajęciem Grenlandii przez Stany Zjednoczone? I co łączy tę sprawę z konfliktem z Wenezuelą?

Boskie przeznaczenie

Tech-miliarderzy, którzy wyrażają swoje poparcie dla Trumpa, są szczególnie zainteresowani Grenlandią i to jest jeden z ważnych czynników – stwierdził Heilmann.

Głęboko wierzymy w istnienie sieci miliarderów technologicznych, którzy mają wizję wykorzystania Grenlandii jako (...) przestrzeni bez regulacji do testowania nowych technologii. Technologii przyszłości, technologii, które jeszcze nie istnieją.
Nick Baek Heilmann

Według niego, poza tym zainteresowaniem amerykańskich gigantów technologicznych, „najbardziej przerażającym” powodem stojącym za groźbami przejęcia Grenlandii jest „ekspansja amerykańskiego terytorium” wspierana, w słowach samego Trumpa, przez „boskie przeznaczenie”. I tu też robi się ciekawie. Czym jest „boskie przeznaczenie”? To idea, po angielsku „manifest destiny”, zaczerpnięta wprost z amerykańskiego mesjanizmu, zgodnie z którą USA mają szczególne posłannictwo do ekspansji na całym kontynencie amerykańskim.

Heilmann przekazał, że nie tylko analitycy z jego firmy są przekonani o takich powodach powtarzanych przez Trumpa gróźb, ale że większość obserwatorów wyciąga z obecnej sytuacji właśnie takie wnioski. Jednak zagarnięcie Grenlandii przez Stany Zjednoczone nie wchodzi w grę, zarówno w opinii samych zainteresowanych, jak i Danii oraz ich europejskich sojuszników. Nie dla psa kiełbasa, nie dla trumpistów Ilulissat.

Heilmann potwierdził, że bogactwo mineralne Grenlandii jest olbrzymie, jednak jak dotąd Stany Zjednoczone, które mają możliwość prowadzenia tam eksploracji, nie były tym zainteresowane. „Zdecydowanie twierdzę, że minerały nie są siłą napędową ekspansji – Grenlandia jest otwarta na inwestycje i górnictwo, co rząd Grenlandii powtarza od lat. USA nie muszą w tym celu przejmować Grenlandii” – mówił Heilmann na spotkaniu z dziennikarzami.

Analityk dodał, że Stany nie potrzebują przejęcia Grenlandii w celu zapewnienia bezpieczeństwa w Arktyce. Jak przypomniał, w 1951 r. USA i Dania podpisały umowę obronną, dzięki której Stany mogą utrzymywać i zakładać bazy wojskowe na Grenlandii. Stanowiło to wówczas odpowiedź na zimnowojenne zagrożenia – w czasach, gdy Europę i Stany Zjednoczone łączył wspólny wróg.

Reklama

Czym jest „doktryna Donroe"?

Jednak w ocenie Jakoba Dreyera z Uniwersytetu w Kopenhadze czasem w dyskusji o amerykańskim ekspansjonizmie pomijany jest jeden z czynników, dokładnie ten, z którym Trump oficjalnie się nie zgadza, czyli zmiana klimatu. Arktyka, według naukowców, ociepla się trzykrotnie, a nawet czterokrotnie szybciej niż reszta świata. Zmiana klimatu powoduje, że dostęp do arktycznych surowców będzie coraz prostszy, co jednak nadal nie oznacza, iż nagle koszt wydobycia drastycznie się zmniejszy. „Trump jest sceptyczny wobec zmian klimatu, ale jego doradcy nie są” – stwierdził Dreyer. Zamykanie kolejnych instytucji zajmujących się globalnym ociepleniem nie zmienia faktów.

Siły Zbrojne Stanów Zjednoczonych i Służby Wywiadowcze od dekad analizują globalny wpływ zmian klimatu, w tym wpływ Arktyki na szlaki morskie, stabilność wód, sprzęt wojskowy i inwestycje oraz dynamikę konfliktów. Choć prezydent USA może nie postrzegać tego w ten sposób, zmiany klimatu wywierały i nadal wywierają wpływ na region Arktyki, w tym Grenlandię, i zwiększają jego strategiczne znaczenie.
Jakob Dreyer

Dla Dreyera podobieństwa między sprawą Wenezueli i Grenlandii są w gruncie rzeczy niewielkie. Odwołał się przy tym do czegoś, co Donald Trump nazwał – jak wiele innych rzeczy na cześć prezydenta Donalda Trumpa – „doktryną Donroe”. Czym jest doktryna Donroe, a czym dla porównania była doktryna Monroe?

W skrócie doktryna Monroe to amerykański izolacjonizm z pierwszej połowy XIX wieku. Jej autorem był przyszły 6. prezydent USA John Quincy Adams, choć nazwę wzięła od 5. prezydenta Jamesa Monroe, który przedstawił ją przed amerykańskim Kongresem. Zakładała ona przede wszystkim gwarancje, że kraje europejskie nie skolonizują w przyszłości żadnego kraju na kontynencie amerykańskim, jak i to, że USA nie będą wtrącać się w wewnętrzne sprawy Europy.

Zdaniem Trumpa nadszedł czas na doktrynę Donroe, bo „doktryna Monroe to wielka sprawa, ale my znacznie ją prześcignęliśmy”, co stwierdził w sobotę 3 stycznia po schwytaniu wenezuelskiego dyktatora Nicolasa Maduro. Zapowiedział także niekwestionowaną „dominację USA na półkuli zachodniej”. Jak powieedział Dryer, zarówno Grenlandia, jak i Wenezuela to kraje leżące na zachodniej półkuli, jednak USA ingerują w gruncie rzeczy na całym świecie. W opinii Dreyera polityki amerykańskiego prezydenta ostatecznie często są kształtowane przez jego „osobiste kaprysy”. Do podobnych wniosków skłaniał się niedawno New York Times, który przekazał, że szalę goryczy w kwestii Maduro przelały jego prześmiewcze wobec amerykańskiego prezydenta publiczne tańce.

Reklama

Kolos na glinianych nogach

Za bardzo skupiamy się na tym, dlaczego prezydent USA robi to, co robi, a za mało na tym, co rzeczywiście robi” – skomentowała Pauline Heinrichs z brytyjskiej uczelni King’s College London.

I tak na przykład samo zaangażowanie wojska nie oznacza, że w danej sytuacji chodzi o kwestie bezpieczeństwa. Chodzi o fantazję o bezpieczeństwie, a nie tak powinna wyglądać długoterminowa strategia bezpieczeństwa, zwłaszcza jeśli narusza się prawo międzynarodowe” - oceniła Heinrichs. Dodała, że negowanie zmian klimatycznych przez administrację Trumpa również pokazuje, że jej priorytetem, ostatecznie, nie jest bezpieczeństwo.

W czasach, gdy kontynent europejski jest wyraźnie zainteresowany inwestowaniem w bezpieczeństwo, zadziwiające jest, że wciąż zbiega się to z inwestycjami w paliwa kopalne i przyszłymi inwestycjami w paliwa kopalne. Europa musi wreszcie połączyć kropki” – dodała Heinrichs. W jej opinii odejście od paliw kopalnych to „ekonomiczna konieczność”, a Unia Europejska nie powinna czekać na kolejne sygnały ostrzegawcze w postaci nowych międzynarodowych konfliktów, by zrozumieć wagę transformacji energetycznej.

Z kolei bezpieczeństwo energetyczne nie może być postrzegane w oderwaniu od bezpieczeństwa narodowego czy klimatycznego, ponieważ wszystkie te kwestie wzajemnie na siebie nachodzą.

Czytaj też

 „Paliwa kopalne są immanentnie nieprzewidywalne, zmienne i niestabilne. Zachodzi zmienność cen i kosztów” – mówiła Heinrichs. Odnosząc się m.in. do hasła „drill, baby, drill” brytyjska analityczka stwierdziła, że „polityka strongmana”, jaką prowadzi Donald Trump ukazuje „słabnącego hegemona”, jest oznaką „desperacji w nieustannie zmieniającym się porządku energetycznym”.

Reklama

Komentarze

    Reklama