Analizy i komentarze

Duchy kontraktu jamalskiego [KOMENTARZ]

Fot.gazprom.ru

W normalnych warunkach Polska fetowałaby teraz wygaśnięcie kontraktu jamalskiego, zawartej w 2010 roku umowy, na podstawie której Gazprom dostarczał nad Wisłę gaz. Sprawę przyspieszyła wojna i odcięcie dostaw przez Rosję – ale, jak mówi pointa starego dowcipu, „niesmak pozostał".

W sobotę 31 grudnia formalnie wygasa zawarty w 2010 roku kontrakt jamalski, na podstawie którego Gazprom dostarczał gaz do Polski. Wygasa formalnie – bo realnie umowa ta została zerwana przez Rosję 27 kwietnia br., kiedy to strona rosyjska wtrzymała dostawy surowca nad Wisłę, uprzednio starając się wymusić jednostronną zmianę sposobu płatności. Jednakże istnieją obawy, że upiory tego kontraktu będą nawiedzać polską energetykę jeszcze w przyszłych latach.

Kulisy negocjowania i zawierania umów gazowych z Rosją w roku 2009 i 2010 były wielokrotnie omawiane i opisywane – głównie za sprawą wyczerpującego raportu Najwyższej Izby Kontroli, która dokładnie zbadała tę sprawę. Na potrzeby tego artykułu można przytoczyć najważniejsze zarzuty kontrolerów, a były wśród nich: błędy w instrukcjach negocjacyjnych, sprzeczność tych dokumentów z prawem krajowym oraz unijnym, niewyjaśniona zgoda strony polskiej na zawarcie kontraktu do 2037 roku, brak stosownych konsultacji z resortami i instytucjami, które niekiedy miały zaledwie kilka minut na zaopiniowanie projektów umów, niewykorzystanie polskich atutów negocjacyjnych, nieformalne uzgadnianie szczegółów kontraktów np. poprzez rozmowy telefoniczne.

Skala błędów, zaniechań i dziwnych ruchów po stronie polskiej, które zaowocowały zawarciem niekorzystnej umowy gazowej jest przytłaczająca – zwłaszcza, że podczas rozmów z Rosjanami w Świnoujściu powstawał już gazoport, który mógł istotnie zmniejszyć uzależnienie Polski od Gazpromu. Jednakże, pomimo upublicznienia raportu NIK wyliczającego wszystkie nieprawidłowości, pomimo wielokrotnych zapowiedzi rozliczeń składanych przez rząd Zjednoczonej Prawicy, pomimo wręcz jawnego wskazywania palcem winnych takiego stanu rzeczy, w kwestii umów gazowych nie dzieje się nic wskazującego na poważne wyciągnięcie wniosków i konsekwencji ze stylu ich zawierania. Nie zapadł żaden wyrok. Nie postawiono żadnych zarzutów. Nie wszczęto żadnego postępowania.

Czytaj też

W ostatnich tygodniach sprawa umów gazowych wróciła na krótko na łamy mediów za sprawą komisji ds. polityki energetycznej, którą zamierza powołać rząd. Komisja ta – niebędąca komisją śledczą – najpewniej przybierze wymiar wehikułu politycznego, skleconego na czas przedwyborczy. Trudno oczekiwać, że przyniesie ona konkretne rozstrzygnięcia względem osób odpowiedzialnych za negocjacje gazowe. I jest to bardzo zły omen na przyszłość.  

W nadchodzących latach Polskę czeka potężna transformacja energetyczna, cechująca się m. in. wielkimi kontraktami inwestycyjnymi. Trzeba będzie zawierać umowy na budowę elektrowni jądrowych, na dostawy nierosyjskich surowców energetycznych, na dostawy komponentów i wykonanie potężnego parku odnawialnych źródeł energii. Będą to kontrakty opiewające na setki miliardów złotych. Tymczasem, poprzez brak odpowiedniej instytucjonalnej reakcji na patologie organizacyjne towarzyszące zawieraniu jednych z najważniejszych umów w nieodległej przyszłości, Polska niejako sama pokazuje swoją słabość na tym polu. A słabość, jak wiadomo, zachęca do jej wykorzystania.

Państwo, które nie wyciąga konstruktywnych wniosków ze swoich błędów skazane jest na ich powtarzanie. Brak zmian w zakresie rygorów odpowiedzialności urzędniczej i politycznej, brak kompleksowych procesów wyjaśniających przebieg negocjacji, brak pozapolitycznego wskazania winnych – to wszystko sprawia, że historie znane z lat 2009-2010 mogą się powtórzyć. Może już nie w zakresie dostaw gazu – ale jednak mogą.

Wraz z 31 grudnia 2022 roku kontrakt jamalski definitywnie przejdzie do historii. Ale jego duchy – upiory instytucjonalnej degrengolady – mogą pozostać w polskiej energetyce na dłużej.

Komentarze