Reklama
Reklama
Reklama
  • W CENTRUM UWAGI
  • WYWIADY

Teksas zieloną potęgą USA. Dlaczego stan nafciarzy inwestuje miliardy w OZE?

Autor. Unsplash

Teksas – kojarzony z najbardziej republikańskim i konserwatywnym stanem USA – jest krajowym liderem zielonej energii. Paradoks? Niekoniecznie. W rozmowie z E24 amerykanista Rafał Michalski tłumaczy, że „zielony sukces” nie wynika z pobudek ekologicznych czy ideowych, lecz z czystego pragmatyzmu.

Partia Republikańska nie jest sama w sobie niechętna OZE. Większy problem stanowi dla niej duży udział państwa federalnego w ramach OZE” – zaznacza ekspert.

Tu nie chodzi o klimat

Zdaniem Michalskiego rozwój OZE w Teksasie nie jest związany z dbałością o środowisko czy obawą o postępujące zmiany klimatyczne. Wynika z pragmatycznego podejścia mieszkańców stanu, niepozbawionego wewnętrznych tarć – a głosy poparcia i oporu wobec inwestycji rozkładają się inaczej, niż możnaby sądzić na pierwszy rzut oka.

Pierwszym paradoksem jest fakt, że poparcie dla OZE nie dzieli się na popierającą zielone technologie Partię Demokratyczną i sprzeciwiającą się im Partię Republikańską. ”Partia Republikańska nie jest sama w sobie niechętna OZE. Większy problem stanowi dla niej duży udział państwa federalnego w ramach OZE” – zaznacza Michalski.

Sami republikanie w Teksasie są podzieleni na pro-biznesową koalicję skupioną wokół dziedzictwa George’a W. Busha z bogatych przedmieść oraz populistyczne skrzydło prowincjonalne popierające Donalda Trumpa i kontrowersyjnego prokuratora generalnego Kena Paxtona. Obie grupy znajdują się w ostrzym sporze politycznym i ideowym, a energetyka stała się kolejnym zakładnikiem ich populistycznej wojny.

Drugim paradoksem jest fakt, że mieszkańcy prowincji (na terenach których buduje się instalacje fotowoltaiczne i farmy wiatrowe) są zazwyczaj przeciwni zielonej energetyce.

„Migranci mieszkający w okręgach mniejszościowych posiadają niewiele pieniędzy i są obecnie wykorzystywani do tego, aby lobbować za budowaniem kopalni węgla” – mówi Rafał Michalski. Jak zaznacza amerykanista, z perspektywy mieszkańców inwestycja w kopalnię węgla jest bardziej opłacalna, ponieważ zapewni wiele miejsc pracy – podczas gdy farma wiatrowa dostarczy prąd do teksańskich aglomeracji, ale będzie wymagała mniejszej bazy pracowniczej.

Obecny stan rzeczy stanowi to efekt nie tylko obecnej polityki i czasu realizacji inwestycji OZE – jest również reperkusją budowy systemu energetycznego Stanów Zjednoczonych i problemów z elektryfikacją, jakim Ameryka stawia czoła już od pierwszych dekad XX w.

Trzecim paradoksem jest fakt, że pomimo narracji obecnej amerykańskiej administracji, to właśnie Donald Trump przedstawia silniej zideologizowane podejście do spraw energetycznych. Były prezydent Joe Biden podszedł do transformacji skrajnie pragmatycznie: ustawy IRA i Infrastructure Bill miały zapobiec degradacji budżetów miejskich, oferując wsparcie tam, gdzie rosnące koszty utrzymania starych sieci uderzały w mieszkańców.

Biden rozumiał, że modernizacja potrwa dekadę lub 15 lat, ale długoterminowo da tańszy prąd. Tymczasem Donald Trump i wspierające go skrzydło Freedom Caucus (wyrosłe z Ruchu Herbacianego) kierują się celem osłabienia roli rządu federalnego i biurokracji do stanu sprzed Nowego Ładu.

Ruch Herbaciany nie jest przeciwny OZE jako takiemu. Jest zdecydowanie przeciwny federalnemu finansowaniu zielonej energii” – podkreśla Michalski.

Wybrane okazje dla Ciebie

Reklama
Reklama