Reklama
  • W CENTRUM UWAGI
  • KOMENTARZ

Nowy kryzys grzewczy? Pellet przestał być „pewniakiem” na zimę

W Polsce to właściwie stały rytuał, że niemal każda zima przynosi nową odsłonę sporu o koszty ogrzewania. Raz w centrum dyskusji był gaz, wcześniej węgiel, a teraz przyszła kolej na pellet, który przez lata uchodził za wygodne, przewidywalne rozwiązanie, a dziś stał się bohaterem kryzysu cenowego i nerwowych zakupów. Luty jest szczególnie podatny na takie wybuchy, bo wiele gospodarstw ma już za sobą dużą część sezonu, więc zapasy maleją, a wizja kolejnych chłodnych tygodni sprawia, że ludzie zaczynają myśleć w kategoriach „byle dotrwać do wiosny” i „kupić, zanim podrożeje jeszcze bardziej”.

Autor. Envato / nblxer

To, co dziś widać na rynku, nie narastało tygodniami, tylko zaskoczyło tempem. Wystarczyły pojedyncze sygnały o podwyżkach, kilka zdjęć pokazujących pustki w składach i parę nerwowych wpisów na social mediach, żeby ludzie zaczęli kupować na zasadzie odruchu, zanim jeszcze policzą, czy to w ogóle ma sens. Gdy taki impuls łapie większą grupę naraz, łańcuch dostaw natychmiast traci margines bezpieczeństwa, bo pelletu nie da się po prostu dorzucić z dnia na dzień jak towaru z magazynu. W szczycie sezonu nerwowe zakupy szybko odsłaniają ograniczenia logistyki i pojawiają się wąskie gardła na produkcji, transporcie i rozładunku.

YouTube cover video

Cena zrobiła resztę. W lutym 2026 roku na rynku zaczęły krążyć stawki rzędu 2000 do 2500 zł za tonę, w części regionów pojawiały się oferty dochodzące do 3000 zł, a w relacjach przewijał się nawet poziom około 4000 zł za tonę. To nie jest kosmetyczna podwyżka, tylko zmiana, która potrafi wywrócić domowy budżet, bo jeden zakup na końcówkę zimy zaczyna kosztować tyle, co dawniej zapas na dużą część sezonu. W takiej atmosferze rośnie presja, a gdy presja rośnie, rynek działa jak lupa, bo lokalne braki stają się „brakiem pelletu w Polsce”, a w głowach wielu pojawia się przeświadczenie, że pojedyncze drogie oferty stają się dowodem, że już za chwilę wszędzie będzie tylko drożej.

Warto w tym miejscu postawić mocną granicę. Z jednej strony branża zwraca uwagę, że w sezonie napięcia i lokalne niedobory są zjawiskiem typowym, a sam fakt, że w jednym składzie brakuje towaru, nie musi oznaczać, że cały kraj jest bez paliwa. Z drugiej strony nie da się uciec od tego, że skala emocji bierze się z realnej zmiany w cenach i dostępności, bo jeśli użytkownik widzi, że pellet kosztuje nagle wielokrotnie więcej niż się spodziewał, to nie interesują go mechanizmy tłumaczące rynek, tylko to, czy ogrzeje dom i czy go na to stać.

Reklama

Czemu pellet tak bardzo podrożał?

Dlaczego więc zrobiło się tak drogo i dlaczego temat stał się polityczną awanturą, a nie zwykłą rynkową korektą? Klucz tkwi w tym, że kilka czynników zagrało naraz, a każdy z nich sam w sobie byłby do przełknięcia, natomiast ich suma przesunęła rynek w stronę kryzysu.

Pierwszy powód to popyt i sezon. Pellet jest dziś popularniejszy niż kilka lat temu, bo tysiące gospodarstw domowych przesiadło się na kotły pelletowe, często przy wsparciu publicznych programów wymiany źródeł ciepła, jak choćby sztandarowego programu „Czyste Powietrze”. To oznacza większą liczbę użytkowników i większe zużycie, które zimą jest nieelastyczne, bo domu nie da się „nie ogrzać”, gdy przychodzą mrozy. Gdy sezon jest chłodniejszy, zużycie rośnie szybciej, zapasy topnieją wcześniej, a to naturalnie zwiększa liczbę zakupów robionych w najgorszym momencie, czyli wtedy, gdy popyt jest największy i logistyka już pracuje na granicy możliwości.

Drugi powód to codzienny nawyk wielu użytkowników, który w normalnym sezonie nie robi różnicy, ale w momencie napięcia rynku natychmiast odsłania miękkie podbrzusze. Sporo domów weszło w pellet jak w paliwo „zawsze dostępne”, więc kupowano na bieżąco, bez większego zapasu, bez magazynu i bez bufora na trudniejsze tygodnie. W takim modelu wystarczy moment napięcia, żeby zakup „na już” stał się koniecznością, a wtedy wybór się kurczy i cena przestaje być negocjowalna, bo sprzedawca widzi presję i wie, że klient w praktyce nie ma pola manewru. To właśnie na tym etapie zjawisko zaczyna wyglądać jak lawina, bo jeden impuls cenowy i informacyjny wywołuje zakupową falę, a ta pogłębia problem dostępności lokalnie, więc ceny rosną jeszcze szybciej.

Trzeci powód, najważniejszy w tej historii, sprowadza się do tego, z czego wytwarza się pellet. W debacie publicznej często miesza się go z drewnem opałowym, jakby był prostą funkcją wycinek. Tymczasem pellet jest przede wszystkim produktem ubocznym przemysłu drzewnego, bo powstaje z trocin, wiórów i odpadów, które pojawiają się wtedy, gdy drewno jest przerabiane na tarcicę, płyty, elementy stolarki czy produkty meblarskie. Rodzi się zatem prosty wniosek, że dostępność pelletu zależy nie tylko od tego, ile drewna pozyskuje się w lesie, lecz także od skali przerobu w kraju, Jeśli przetwarza się mniej, to w obiegu jest mniej trocin i mniej odpadów, a to uderza bezpośrednio w producentów pelletu, nawet jeśli same dane o sprzedaży drewna mogą wyglądać stabilnie w ujęciu rocznym.

Reklama

Czwarty powód dotyczy kosztów produkcji, które w publicznej dyskusji często zbywa się jako „techniczne tło”, choć w praktyce potrafią przesądzić o tym, ile ostatecznie kosztuje worek pelletu. Najmocniej wybija się tu cena energii, bo samo suszenie surowca potrafi zużyć rzędu 150 kWh na tonę. Gdy prąd i ciepło drożeją, rośnie koszt wytworzenia, a przy wysokim popycie producenci i sprzedawcy szybko przerzucają podwyżki na klientów, bo rynek wie, że w środku sezonu grzewczego ludzie częściej zapłacą więcej, niż zaryzykują wychłodzenie domu.

Piąty powód to regulacje i przetasowania w całym strumieniu biomasy. Tu łatwo o chaos, bo w przestrzeni publicznej mieszają się dwa różne tematy. Jeden dotyczy norm jakości pelletu i planów systemu monitorowania jakości, które mają ograniczać patologie na rynku paliw stałych i chronić użytkowników przed paliwem złej jakości. Drugi wątek dotyczy rozporządzenia o drewnie energetycznym, które weszło w życie we wrześniu 2025 roku i w praktyce ograniczyło spalanie drewna w energetyce zawodowej. Pojawia się argument, że ta zmiana mogła przełożyć się na mniejszą dostępność odpadów drzewnych, z których produkuje się także pellet, bo gdy duże instalacje przestawiają się na inne paliwa i łańcuchy dostaw, cały obieg biomasy w gospodarce zaczyna się układać na nowo. To typowy „efekt domina”, w którym regulacja uderza w jeden segment, a skutki wychodzą w drugim, a rynek pelletu odczuwa to szczególnie szybko, bo jest mocno uzależniony od ubocznych frakcji z przemysłu drzewnego.

Szósty powód ma charakter bardziej systemowy i dotyczy miejsca biomasy w energetyce i łączy pellet z debatą o transformacji. Wraz ze wzrostem roli biomasy rośnie też popyt na ten sam surowiec, o który konkurują energetyka, przemysł drzewny i gospodarstwa domowe. W tle pojawiają się ostrzeżenia, że zrównoważenie pozyskiwana biomasa nie jest niewyczerpalna, więc zbyt szerokie plany jej wykorzystania mogą skończyć się presją na zasoby albo koniecznością importu, wraz z rosnącymi kosztami w kolejnych latach. Dla odbiorcy indywidualnego przekłada się to na jedno - gdy duże podmioty zwiększają zakupy biomasy, cena i dostępność pelletu stają się mniej stabilne, szczególnie w środku sezonu grzewczego.

Awantura polityczna

Na tle tych wszystkich warstw szybko wybuchł konflikt polityczny, a w debacie publicznej widać przerzucanie się odpowiedzialnością między resortami. Ministerstwo energii sugeruje, że ograniczenia w pozyskaniu drewna mogły rozchwiać łańcuch dostaw biomasy i dołożyć swoją cegłę do presji cenowej. Z kolei resort klimatu odpiera ten zarzut i podkreśla, że sytuacja ma wiele przyczyn jednocześnie, a rynek pelletu jest szczególnie wrażliwy, bo opiera się głównie na odpadach i produktach ubocznych z przemysłu drzewnego, więc reaguje nerwowo na każde przestawienie przepływów surowca.

Równolegle do sporu politycznego na scenę wchodzi UOKiK, bo przy tak gwałtownych podwyżkach naturalnie pojawia się pytanie, czy rynek nie jest dodatkowo podkręcany praktykami wykraczającymi poza zwykłą grę podaży i popytu. Urząd wskazuje, że wzrost cen ma wynikać przede wszystkim z większego zużycia niż w poprzednich latach, a jednocześnie nie ma sygnałów, które potwierdzałyby działania antykonkurencyjne. Dla debaty publicznej to istotne, bo odcina najprostszy scenariusz o „zmowie cenowej”, ale nie studzi emocji. Te podtrzymuje sama skala podwyżek i fakt, że w środku sezonu grzewczego użytkownik widzi rachunek wyraźnie wyższy, niż zakładał.

Wysokie ceny pelletu uruchomiły też wątek zamienników, bo gdy zaczyna on kosztować kilka tysięcy złotych za tonę, ludzie szukają czegokolwiek, co jest tańsze. W dokumencie pojawia się historia łusek gryki, które kuszą ceną ok. 1000 zł za tonę, oraz porównania cen detalicznych w połowie lutego 2026 roku, gdzie pellet drzewny certyfikowany ma kosztować między 30 a 45 zł za worek 15 kg, a pellet z łusek gryki między 22 a 38 zł za worek. Tyle że zamienniki to nie tylko „tańszy opał”, bo różnią się parametrami spalania, ilością popiołu i ryzykiem spieków, a do tego dochodzi kwestia warunków gwarancji, bo producenci kotłów określają dopuszczone paliwa. Dlatego też eksperymenty podejmowane pod presją rachunków mogą skończyć się awarią i dodatkowymi kosztami, które szybko przekreślą część zakładanych oszczędności.

Reklama

Zobacz również

Reklama