Reklama
  • ANALIZA
  • W CENTRUM UWAGI

Strategia bez przyszłości, przyszłość bez strategii. Polemika z Albertem Świdzińskim

Rusofatalizm Alberta Świdzińskiego mówiący, że „właściwą dla rdzenia Europy ścieżką” jest wrócić w energetyczne objęcia Rosji to analityczna kapitulacja. Autor nie zgłębia materii, o której pisze – woli rzucić hasłem, które przyciągnie uwagę, ale nie powiększa wiedzy czytelnika. A wręcz ją uszczupla.

Autor. Canva Engineering

W sobotę 28 marca Albert Świdziński, analityk think tanku Strategy&Future, opublikował wpis, który wyraża m. in. następującą myśl: będąca skansenem Europa wkrótce wróci do relacji energetycznych z Rosją, bo tak zadecyduje „rdzeń”, który stanie w obliczu wyczerpania środków i zerwania kontraktu społecznego – a wszystko to stanie się kosztem Polski. Tak postawiona teza spłyca i wykrzywia obraz tego, co dzieje się w Europie i na świecie – ale także zawiera pokłady kapitulacji strategicznej, szkodzącej dla realizowanych obecnie przez Polskę projektów gospodarczych i politycznych.

Popanalityka

„Właściwą ścieżką dla rdzenia Europy jest wykopanie girlbossów w rodzaju Grety Thunberg czy Kai Kallas, i znalezienie modus vivendi z Rosją, przede wszystkim dostępu do taniej energii. Nie chodzi tu nawet o odzyskanie konkurencyjności, a o powolne telepanie się tego skarlałego skansenu dalej, bez gwałtownego załamania kontrkatu społecznego” – tak brzmi kluczowy fragment wpisu Świdzińskiego (pisownia oryginalna). Warto rozłożyć go na czynniki pierwsze.

Świdziński na wstępie używa dwóch znanych w Europie postaci – Thunberg i Kallas – w roli alegorii dwóch polityk prowadzonych obecnie przez Unię Europejską. Thunberg reprezentuje politykę klimatyczną, Kallas – antyrosyjską. Idąc logiką autora, Europa wkrótce pozbyć się ma obu tych mechanizmów. Warto zatem skonfrontować tezę Świdzińskiego w rzeczywistością.

Jeśli chodzi o politykę klimatyczną, to okazja do gruntownego jej odrzucenia nadarzyła się UE ostatnio – chodzi o szczyt Rady Europejskiej w dniach 19-20 marca, kiedy to państwa członkowskie debatowały o fundamentalnym mechanizmie unijnych działań na rzecz klimatu, czyli o systemie handlu emisjami ETS. Jeżeli Świdziński śledził wyłącznie polską debatę w tym zakresie, to jego podejście do tematu staje się zrozumiałe. Nad Wisłą stoczono bowiem mnóstwo dyskusji o zawieszeniu, uchyleniu czy wyjściu z ETS, cytując w tym kontekście rezonującą z tymi tezami wypowiedź kanclerza RFN, z której sam kanclerz później się wycofał. Jednakże w konkluzjach szczytu RE zasygnalizowano coś odwrotnego: owszem, reforma systemu nastąpi, ale w duchu adaptacji, nie rezygnacji. Wydarzenie to jest emblematyczne, gdyż podobną logiką Bruksela kieruje się przy rewizji innych aktów prawnych polityki klimatycznej. W ciągu ostatnich miesięcy UE postąpiła tak np. z przepisami ustanawiającymi system ETS 2 (odroczony), zakazem rejestracji aut spalinowych (uchylony) czy regułami dotyczącymi raportowania celów ESG (uproszczone). Jednocześnie Unia przyjęła cel redukcji emisji na rok 2040 (-90%), kontynuując politykę Zielonego Ładu (choć przesuwając akcenty na kwestię ochrony przemysłu i suwerenności).

Albert Świdziński nie dostrzega tych zmian; nie dostrzega też w ogóle sensu całego unijnego mechanizmu klimatycznego. Dla niego polityka klimatyczna UE ma twarz Grety Thunberg, czyli twarz aktywistki, która skupia się na globalnym ociepleniu (naprawdę, to mówi bardzo dużo o analityku S&F). Tymczasem w rzeczywistości, polityka ta ma twarz Talleyranda. Sprawa wyhamowania zmiany klimatu jest dla niej czymś wtórnym względem pierwotnych celów, jakimi są wzmocnienie europejskiego przemysłu, zmniejszenie zależności importowych i zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego.

UE nie prowadzi swojej polityki klimatycznej, by ratować świat. Wdraża ją po to, by np. tworzyć rynki i zbyt dla takich spółek, jak francuski EDF, niemiecki Siemens, duński Vestas czy polskie: Famur, ZPUE lub Impact Clean Power Technology. Podmioty te są w łańcuchach dostaw technologii nowej energii i im więcej Europa inwestuje w te rozwiązania, tym lepiej dla nich. Polityka klimatyczna UE jest też realizowana po to, by nie płacić za kosztowne dostawy energii. W 2025 roku państwa członkowskie kupiły surowce energetyczne o wartości ok. 350 mld euro. Nie miały wyboru – Unia nie dysponuje bowiem własnymi, dostatecznie dużymi złożami kopalin. Importuje 75% zużywanego węgla, 90% gazu i aż 97% ropy i paliw. Co więcej, w czasach kryzysów energetycznych Europa za energię płaci krocie. W latach 2021-2024 importy surowców kosztowały Europejczyków 1,8 bln euro. To dwukrotność polskiego PKB z 2025 roku. Z kolei pierwsze 10 dni wojny w Iranie kosztowały UE 2,5 mld euro dodatkowych wydatków na energię. Pieniądze te wypłynęły z europejskiej gospodarki i trafiły na konta amerykańskich nafciarzy, arabskich szejków i rosyjskich oligarchów. W zamian za to Europa dostała towary, które od razu spaliła. Co więcej, do tej kwoty trzeba dodać koszty stabilizowania cen energii odbiorcom końcowym. Tylko w 2022 r. sięgnęły one 1 bln euro. Tych liczb w rachunku Świdzińskiego nie ma.

Idąc dalej, autor nie dostrzega również, że unijna polityka klimatyczna ograniczająca rolę paliw kopalnych, budująca system energetyczny oparty na coraz większej autonomii odbiorców i tworząca rozproszone sieci zasilania jest też realizacją wniosków płynących z rosyjskiej wojny na Ukrainie, która jasno pokazała, że scentralizowana energetyka nie zapewnia już bezpieczeństwa w takim sensie, jak to miało miejsce w czasach pokoju.

W tym momencie warto zauważyć, że wynikająca z polityki klimatycznej transformacja energetyczna UE przynosi wymierne efekty – także w zakresie ograniczania udziału paliw kopalnych w gospodarce. W 1990 r. kopaliny odpowiadały za 81,4% zużycia energii pierwotnej w UE; z kolei w 2023 roku było to już 58%, przy czym w ostatniej dekadzie dynamika spadku istotnie przyspieszyła. A mowa tu o energii pierwotnej, czyli de facto całej gospodarce. W Elektroenergetyce UE paliwa kopalne odpowiadają już tylko za 25% generacji prądu. Znaczenie tych nośników energii (oraz ich zewnętrznych dostawców) będzie spadać coraz szybciej – właśnie ze względu na politykę klimatyczną.

Tych niuansów nie ma w wizji Świdzińskiego. Autor ich po prostu nie dostrzega; trudno powiedzieć, czy jest ich w ogóle świadom. W jego optyce politykę klimatyczną – mechanizm warty miliardy euro, wpływający na życie setek milionów ludzi w Europie, generujący tysiące rozwiązań technicznych – zredukować można do figury Grety Thunberg. Jaki jest z tego uzysk wiedzy dla czytelnika? Żaden. Wręcz przeciwnie, Świdziński dba o to, by jego odbiorcy dokonali regresu intelektualnego do etapu memów wyśmiewających UE za uznanie marchewki za owoc. O tym, że sprawa zasadzała się na stworzeniu fikcji prawnej przez lobbing portugalskiego rządu będącego pod presją producentów dżemów marchewkowych, chcących zagwarantować sobie dostęp do finansowania unijnego ograniczonego tylko do owoców, autor nie wspomina, bo mem przestałby być śmieszny, a stałby się dowodem na skuteczność walki politycznej.

Klikotezy

Jak można zauważyć, wszystkie wyszczególnione wyżej koszty energetyczne, które poniosła UE wyniknęły nie z polityki klimatycznej, tylko z jej braku, a dokładnie: ze wciąż istniejącego uzależnienia od paliw kopalnych. Z tego punktu można pójść prosto w stronę analizy drugiego elementu tezy Świdzińskiego, czyli nieuchronności ponownego wejścia Europy w energetyczne uzależnienie od Rosji – zwłaszcza jeśli chodzi o dostawy gazu, który z wielu względów jest najważniejszym nośnikiem energii w tej układance.

Na wstępie trzeba rozbić mit, który bezrefleksyjnie powtarza autor stosując frazes o „taniej energii” z Rosji. Rosyjska energia może być jest tania, kiedy Moskwa tego chce. Tymczasem ostatnie lata pokazały, że surowce będące w dyspozycji np. Gazpromu należą do najdroższych na świecie. Świdziński zdaje się nie pamiętać, że skok cen energii w Europie zaczął się jeszcze przed 24 lutego 2022 r. i wynikał z tego, że Rosjanie ograniczyli podaż gazu na europejskie rynki, zawężając dostawy tylko do kontraktów długoterminowych – i reklamując tego typu umowy jako gwarant pewnych dostaw i niskiej ceny (dała się na to złapać np. posłanka Klaudia Jachira, która nawoływała do zawarcia takiej właśnie umowy). Później Rosja tylko dobitniej pokazała, że pozyskiwanie energii od jej spółek wcale nie jest tanie. Już w marcu 2022 r. Władimir Putin wydał dekret, na mocy którego klienci z „państw nieprzyjaznych” (czyli praktycznie cała Europa) musieli uiszczać opłaty za gaz na specjalne rachunki w szwajcarskim Gazprombanku. Było to oczywiście sprzeczne z postanowieniami umownymi – i szereg podmiotów (w tym polski PGNiG) odmówił zadośćuczynienia rosyjskim bezprawnym żądaniom. W odpowiedzi na to, w kwietniu 2022 r. Gazprom zaczął zrywać dostawy gazu do tychże odbiorców – czyli m.in. do Polski. Warto podkreślić: oznaczało to zerwanie umów długoterminowych, czyli kontraktów, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej Rosjanie zachwalali jako bezpieczne i pewne. Ale to wciąż nie koniec: nawet państwa, których spółki poszły Kremlowi na rękę i pokornie wpłacały należności do Gazprombanku nie mogły być pewne realizacji dostaw. Przekonały się o tym boleśnie Niemcy, które spełniły rosyjskie warunki, a i tak straciły dostęp do gazu od Gazpromu, gdyż Rosja wstrzymała przesył przez gazociąg Nord Stream. Wcześniej jednak Moskwa upokorzyła Olafa Scholza, któremu najpierw kazała ściągnąć z Kanady remontowaną tam turbinę do Nord Stream (Rosjanie tłumaczyli, że bez urządzenia połączenie nie będzie działać), a później nie chciała tej jednostki odebrać (zasłaniając się… problemem z dokumentacją celną). W międzyczasie ceny gazu na holenderskiej giełdzie TTF wzrosły do rekordowych 339 euro za MWh.

Analizując post Świdzińskiego można dojść do wniosku, że żadna z tych rzeczy się nie wydarzyła. W świecie autora energia z Rosji wciąż jest tania, a pozyskiwanie jej nie niesie ze sobą żadnego istotnego kosztu politycznego czy gospodarczego. Pominięty zostaje też fakt, że mimo głębokiej derusyfikacji unijnego portfela gazowego od marca 2025 r. ceny gazu na TTF udało się obniżyć i stabilizować na poziomie średnim ok. 33 euro za MWh. Zmianę przyniosła dopiero wojna w Iranie. Niemniej, można zadać sobie pytanie: czy biorąc pod uwagę powyższe, na pewno tak wiele podmiotów w Europie wejdzie bezrefleksyjnie na ścieżkę powrotu do energii z Rosji w wymiarze sprzed 2022 roku?

Odnosząc się do argumentu Świdzińskiego trzeba zwrócić też uwagę na kwestię infrastruktury. Warto zacząć od instalacji przesyłowych. Główne trzy arterie dostaw gazu z Rosji na Zachód są obecnie nieczynne. Po pierwsze, gazociągi Nord Stream i Nord Stream 2 zostały w 2022 roku wysadzone; zniszczono 75% ich przepustowości. Oczywiście możliwa jest ich naprawa, ale będzie to proces kosztowny i trudny; polegający zapewne na budowie bypassów omijających uszkodzone fragmenty. Nie jest też jasne, jak dużo podwodnej infrastruktury wymaga naprawy. Po drugie, gazociąg Jamalski nie działa. Polskie podmioty od 2023 r. sprawują całkowitą kontrolę nad częścią biegnącą przez terytorium Polski (wcześniej odbywało się to przy udziale Gazpromu). Po trzecie, szlak ukraiński nie tłoczy gazu z racji wygaśnięcia umowy między Kijowem i Moskwą w tym zakresie. Funkcjonuje jeszcze gazociąg Turk Stream – ale jest to najmniejsze z tych wszystkich połączeń.

Ale w wyliczance tej chodzi też o inną infrastrukturę, zwłaszcza tą, która powstała po 2022 roku. W Europie pojawiły się bowiem dodatkowe możliwości techniczne do importu energii z kierunków nierosyjskich. Chodzi tu np. o nowe jednostki do odbioru LNG w Niemczech (Wilhelmshaven, Lubmin), Holandii (Eemshaven), Finlandii (Inkoo), Włoszech (Piombino) czy Grecji (Alexandroupolis). Powstały też interkonektory gazowe (np. Polska-Słowacja, Polska-Litwa, Grecja-Bułgaria) oraz nowe ropociągi (TAL – który uniezależnił Czechy od rosyjskiej ropy). Planowane są również kolejne tego rodzaju instalacje – sama Polska buduje już nowy terminal LNG (FSRU w Zatoce Gdańskiej), rozpoczyna procedurę Open Season na kolejny (zainteresowane są m.in. Słowacja, Ukraina i Węgry) oraz rozmawia z Czechami na temat budowy dodatkowego interkonektora. Co więcej, polskiej dyplomacji udało się też uruchomić proces przyłączenia do rurociągów paliwowych NATO, które mają dostarczać nierosyjskie paliwo dla wojsk Sojuszu, ale w czasie pokoju – dla klientów komercyjnych. Tych niuansów również nie uświadczymy w narracji Świdzińskiego, gdzie energia dla Europy może iść tylko z Rosji.

Nie sposób też nie wspomnieć o szeregu instalacji energetycznych, które przed 2022 rokiem były w rękach Rosjan, a które z tych rąk zostały wydarte – chodzi tu głównie o magazyny gazu w Austrii, Holandii i Niemczech. Rosyjskie spółki zostały przymusowo usunięte z tych obiektów za pomocą nadzwyczajnych kroków prawnych, a przecież jeszcze latem i jesienią 2021 r. instalacje te służyły Moskwie do podbijania cen gazu w Europie (Rosjanie zamiast zapełniać magazyny przed sezonem grzewczym – opróżniali je).

Warto również zastanowić się, na ile Rosjanie będą zdolni do eksportu w sytuacji, w której ich rafinerie, rurociągi czy terminale eksportowe są obecnie bezlitośnie niszczone przez siły ukraińskie. Nie dalej niż tydzień temu seria uderzeń dronowych pozbawiła Rosję 40% możliwości eksportu ropy. W roku 2025 Rosjanie musieli wprowadzać zakaz eksportu paliw i kartki na benzynę, gdyż ich rafinerie płonęły jedna po drugiej. Atakowane są także statki przewożące rosyjską ropę i LNG. Era bezproblemowego tranzytu surowców z Rosji skończyła się.

Kolejną rzeczą, którą pominął analityk S&F jest funkcjonująca już na europejskim rynku energii substytucja surowców rosyjskich. Autor nie zauważył np., że miejsce Rosji na europejskim rynku gazu wypełniły Algieria, Norwegia czy Stany Zjednoczone. Norwegia i USA pomogły też zastąpić rosyjską ropę. W kontekście dostaw energii z Ameryki warto zasygnalizować, że zwiększenie ich wolumenów znalazło się w zaakceptowanej niedawno przez Parlament Europejski umowie handlowej między USA i UE.

Ucho na Europę

Kolejna płycizna argumentacyjna Alberta Świdzińskiego dotyczy polityki wewnątrzunijnej. Analityk, rysując swój obraz sytuacji w zakresie dostaw energii z Rosji, kreśli wizję monolitu europejskiego „rdzenia”, który jednogłośnie chce wrócić do tego, co było przed 2022 rokiem. Nie zauważa on jednak pewnych strukturalnych zmian w kwestii polityki poszczególnych państw, a także i całej UE. Rozeznanie analityka S&F nie uwzględnia np. upadku modelu niemieckiej Energiewende, która miała być polityką energetyczną oktrojowaną przez Berlin na inne kraje Unii (tak stanowiły umowy koalicyjne rządów Angeli Merkel). Obecnie schemat ten jest skompromitowany, a szanse na jego rozprowadzenie po Europie są praktycznie żadne. Widać to nie tylko po polityce gazowej, ale także po podejściu do energii jądrowej – kraje UE przeprosiły się z atomem, a decyzja Niemiec o odejściu od tej technologii jest powszechnie uważana za błąd. W takim tonie mówi o niej sama minister gospodarki i energii RFN. Koniec niemieckiego zamysłu dot. kolportażu Energiewende jest równocześnie ograniczeniem dla potencjalnych rosyjskich wpływów energetycznych w Europie. Nawet jeśli Berlin zdecydowałby się na powrót do relacji energetycznych z Rosją, to chętnych na wskrzeszenie Energiewende mogłoby już w Europie być znacznie mniej – lub nawet wcale. Co więcej, wraz z niemiecką wizją energetyczną zbankrutował też model „Wandel durch Handel”, czyli przekonanie, że z Rosją da się dogadać, jeśli tylko umożliwi się jej robienie lukratywnych interesów z Europejczykami.

Nie sposób też nie zauważyć działań wymierzonych w rosyjską flotę cieni, a także kilkunastu pakietów sankcji wdrożonych przez UE na dostawy energii z Rosji oraz zapowiadanych na 2027 dalszych, ostatecznych restrykcji w zakresie importu gazu. Jak powiedział komisarz ds. energii Dan Jørgensen, Unia dąży do tego, by od rosyjskiego dostawcy nie dotarła do niej ani jedna molekuła tego surowca.

Następną zmianą, jakiej Świdziński nie zauważa jest upadek psychologicznego straszaka w postaci wstrzymania dostaw energii z kierunku rosyjskiego. Przed 2022 rokiem samo ograniczenie tych importów (vide: handel gazem w II połowie roku 2021) było straszakiem na rynki i odbiorców. Obecnie jest to już nie obawa, tylko doświadczenie. UE przeszła przez szok zakręconych kurków – i poradziła sobie z tym. W tej kwestii Rosja już nigdy nie będzie dysponowała pozycją, którą chełpiła się jeszcze kilka lat temu. Moskwie będzie też trudno wymazać z europejskiej pamięci poczucie zagrożenia atakiem – i to nawet jeśli zmieni się reżim na Kremlu. Europejczycy zostali bowiem dotknięci nie tylko wojną przy samej granicy UE, ale także rozlaniem się jej po krajach Unii. Naloty dronów, niszczenie infrastruktury krytycznej, działalność siatek dywersantów – tego typu działania zostają przynajmniej częściowo w pamięci i politycznej, i instytucjonalnej. W zasobie tym pozostają też gotowe instytucje reagowania za nagrożenie – sankcje, konfiskaty, retorsje. Nawet przy jakiejś formie powrotu do handlu energetycznego z Rosją, te elementy pozostaną z UE i będą ograniczać możliwość oddziaływania Moskwy.

Ślepy na Polskę

Kolejny zarzut względem Świdzińskiego dotyczy kompletnego pominięcia przez niego polityki, którą wdraża obecnie Polska. Warszawa od dłuższego czasu pracuje bowiem nad koncepcją budowy hubu gazowego dla Europy Środkowej i Wschodniej, który idealnie wpasowywałby się w miejsce pozostawione przez Rosjan.

Terminal LNG w Świnoujściu, wzbogacony o trzeci zbiornik, a także gazociąg Baltic Pipe oraz nawet dwie nowe potencjalne jednostki do odbioru gazu skroplonego (z czego jedna jest już w budowie) dawałyby Polakom możliwość reeksportowania tego surowca do krajów regionu. Zainteresowana tym jest przede wszystkim Ukraina, ale także i Słowacja. Rozmowy trwają także z Czechami, gdzie kością niezgody jest kwestia budowy drugiego gazociągu (Stork II) o większej przepustowości. Co ciekawe, możliwościami odbioru surowca z Polski są też Węgry, które czekają z oficjalnymi działaniami (dotyczącymi procedury Open Season na drugą planowaną jednostkę do odbioru LNG) aż zakończy się kampania wyborcza (tj. do 12 kwietnia). Całość projektu odbywa się pod patronatem USA, gdzie niedawno polska delegacja rozmawiała na ten temat razem ze Słowakami. T właśnie Stany Zjednoczone mają bowiem odegrać rolę głównego dostawcy gazu dla regionu; Amerykanie chcą też rozwijać tu swoje technologie jądrowe – małych i dużych reaktorów.

Tymczasem w optyce Świdzińskiego Polska powinna najpewniej porzucić te ambicje i milcząco czekać na decyzję „rdzenia Europy” w sprawie relacji z Rosją. Idąc tym tropem, trzeba było też porzucić plany budowy całej tej polskiej infrastruktury gazowej. Przecież zdaniem analityka S&F można było oprzeć się na „taniej” energii z Rosji. Idąc logiką Świdzińskiego można też postawić tezę, że Polska powinna jak najszybciej zrezygnować z własnych planów atomowowych i porozumieć się z Białorusią ws. dostaw energii elektrycznej z elektrowni jądrowej w Ostrowcu, czego nikt poważny w energetyce nie proponuje, gdyż wiadomo, że z reżimem w Mińsku nie da się normalnie rozmawiać, a potencjalne straty z takiego układu znacznie przewyższają korzyści.

Strategy&Fiction

Podsumowując, wizja snuta przez Świdzińskiego zupełnie nie dostrzega zmian, jakie zaszły w świecie energetyki w ciągu ostatnich 4 lat. Nie tylko nie widzi on całej gamy technicznych szczegółów związanych z energetyką, ale też nie zauważa korekt polityki oraz przetasowań gospodarczych. Jego uwadze uszedł nawet fakt, że Unia Europejska, przestaje być organizacją wyłącznie pokojową, a zaczyna szerokie programy zbrojeń, finansowane długiem, czyli instrumentem, do którego „rdzeń” Europy podchodził sceptycznie. Co więcej, warto podkreślić, że te zmiany zachodzą w dużej mierze zgodnie z polskim interesem.

To wszystko oczywiście nie oznacza, że temat powrotu do energii z Rosji nigdy się w UE nie pojawi. Albo, że żaden kraj unijny nigdy nie zwiększy swych importów z tego kierunku. Albo że rygor sankcyjny względem Moskwy zawsze pozostanie ten sam. Nie, to wszystko może się zmienić w miarę np. narastania kryzysu energetycznego związanego z Iranem czy przetasowań na unijnej scenie politycznej. Natomiast uchwycenie wskazanych wyżej niuansów pozwala zauważyć, że w ciągu ostatnich 4 lat Rosja straciła coś, czego już nigdy nie odzyska jeśli chodzi o swoją dominację energetyczną nad Europą. I już sam ten fakt wykoleja narrację analityka S&F o niechybnej zdradzie Zachodu i stracie Polski w tej grze. Co ważne, w jego rozważaniach na ten temat nie pojawia się scenariusz bazowy dotyczący losów konfliktu na Ukrainie - a od tego wypadałoby zacząć.

Swoimi tezami Świdziński wpasowuje się w szereg utartych kolein myślowych i klisz, a także powtarza charakterystyczną dla ekipy Strategy&Future taktykę analityczną polegającą na dopasowaniu swoich analiz, prognoz czy rekomendacji do aktualnych nastrojów. Przykładem może być tu postulowane w 2022 r. przez Marka Budzisza, eksperta S&F, wydanie „deklaracji ideowej zapowiadającej powołanie polsko–ukraińskiego państwa federacyjnego” – co świetnie współgrało z ówczesnym nastrojem względem Ukrainy w Polsce, ale nie wytrzymywało zderzenia z podstawowymi wątpliwościami dotyczącymi prawnych, gospodarczych czy kulturowych właściwości takiego tworu.

Podobnie jest z prognozami Świdzińskiego dot. energii. Analityk nie stawia sobie przy tym podstawowych pytań dotyczących tego „powrotu do taniej energii z Rosji”: czy europejski biznes na pewno jej chce? A politycy? Jeśli tak, to w jakim wymiarze? Co z unijnym prawodawstwem ograniczającym jej dostępność? Którędy ta energia popłynie? Czy na pewno będzie tak tania? Co z infrastrukturą, która powstała, żeby rosyjskie dostawy zastąpić? Co z umowami zawartymi na dostawy substytucyjne? Co z wpływem polityki klimatycznej na redukowanie zużycia kopalin? Można odnieść wrażenie, że czytelnik ma tu do czynienia z analityką tiktokową, skierowaną dla ludzi żądnych wyrzutu dopaminy, a nie realnej wiedzy o świecie i rządzących nim mechanizmach.

Reklama