Polska neutralność klimatyczna: strategiczne kupowanie czasu [ANALIZA]

16 grudnia 2019, 11:13
Zrzut ekranu 2019-12-16 o 11.12.26
Fot. Krystian Maj / KPRM / Flickr

Jaka logika kryje się za decyzją Polski w sprawie celu neutralności klimatycznej? Chodzi przede wszystkim o kupienie czasu dla budowy strategicznie lepszej pozycji negocjacyjnej z Unią Europejską.

Podczas ostatniego szczytu przywódców Unii Europejskiej doszło do porozumienia między państwami członkowskimi ws. osiągnięcia przez UE celu neutralności klimatycznej do 2050 roku. Polska – jako jedyny kraj członkowski – nie zadeklarowała gotowości do wdrożenia tego celu. Rząd zakomunikował, że uzyskał „rabat klimatyczny”, opozycja – że premier Morawiecki kupczy zdrowiem Polaków i walką z globalnym ociepleniem. Na obie te interpretacje trudno przystać, gdyż prawda jest znacznie bardziej złożona.

Przede wszystkim, warto zauważyć, że na obecnym etapie dyskusji o unijnej neutralności klimatycznej strona polska zadeklarowała, że nie jest gotowa zadeklarować wdrożenia tego celu. Taki komunikat nie zamyka sprawy – w zasadzie można mówić, że ostatni szczyt to dopiero początek negocjacji, jakie czekają UE w kwestii klimatu.

Charles Michel, przewodniczący Rady Europejskiej, w konkluzjach po szczycie zaznaczył, że ambicją UE jest uczynienie z Europy pierwszego neutralnego klimatycznie kontynentu. „Wzięliśmy także pod uwagę, że dla jednego państwa członkowskiego niezbędnym jest więcej czasu nim będzie ono w stanie zaimplementować ten cel. Będziemy mieli okazję w czerwcu 2020 roku, by powrócić do kwestii tego państwa ponownie” – dodał.

Zanim jednak nastąpi czerwiec 2020 roku, UE czeka zapowiedziana przez Komisję ofensywa legislacyjna, która nałoży się w czasie na dyskusje o nowej perspektywie budżetowej. To właśnie ten czas będzie kluczowy dla Polski, która dyskusje o neutralności klimatycznej chce zespolić z rozmowami na temat finansowania drogi do tego celu. Nie jest bowiem tajemnicą, że np. kwota przeznaczona dla państw UE odchodzących od węgla, która pojawiła się w czasie debaty w Brukseli – 100 mld euro – jest z punktu widzenia potrzeb symboliczna. Podobną wysokość miały osiągnąć koszty wdrożenia Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku (PEP2040). Autor tego dokumentu, minister Krzysztof Tchórzewski, oszacował bowiem potrzeby finansowe tego projektu na ponad 400 mld zł. Tymczasem Warszawa będzie musiała walczyć o ten niewielki pieniężny tort m.in. z Berlinem (na który naciskają już landy węglowe, chcące rekompensat za cel dekarbonizacji do 2038 r.), Pragą (Czechy są trzecim unijnym konsumentem węgla brunatnego) czy Atenami (kłopoty budżetowe Grecji będą wymagały kroplówki dla jej energetyki, która zużywa niewiele mniej węgla brunatnego od czeskiej).

Tymczasem, z technologicznego punktu widzenia, Polska nie jest na takie negocjacje gotowa – nie ma bowiem opracowanej strategii transformacji energetycznej, a to właśnie energetyka jest kluczowym sektorem dla klimatycznej neutralności. Los Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku jest niepewny – wspomniany już wyżej autor PEP2040, minister Krzysztof Tchórzewski, zniknął z rządu z całym swoim resortem. Jego działka została rozparcelowana; ostatnio bardzo aktywnie działa na niej minister Jadwiga Emilewicz, która 9 grudnia stwierdziła, że przedstawi pięć scenariuszy transformacji energetycznej Polski, które zawierają się w Krajowej Strategii Niskoemisyjnej. Jednakże na ten moment nie wiadomo, jakimi torami pójdzie polska energetyka – znane są tylko poszczególne wycinki, które muszą być zespolone w jedną, spójną całość. Prowadzenie gry z Brukselą bez uporządkowania własnego zaplecza i wytyczenia planu dekarbonizacji byłoby niezmiernie trudne – zwłaszcza, że obecny profil polskiej gospodarki praktycznie przekreśla możliwość osiągnięcia celu neutralności w terminie do 2050 roku.

O realności neutralności klimatycznej do 2050 roku dla Polski celnie napisał na swym blogu prof. Konrad Świrski. „Jeśli więc optujemy za szybkim podpisaniem konkluzji szczytu i bezwarunkową zgodą na propozycje UE to musimy od razu pokazać… zamknięcie wszystkich naszych elektrowni węglowych (a więc 80% elektrowni zawodowych, 74% ciepłownictwa) oraz także gazowych (więc i dodatkowe procenty). Cel jest oczywiście nieosiągalny w żadnym wypadku nawet przy prawie nieograniczonych środkach finansowych (które i tak nie wiadome jakie będą), bo nie da się takiej transformacji energy-mix zrobić w takim czasie (problem realności budowy i czasu budowy źródeł i przebudowy systemu)” – stwierdził.

Z analizy prof. Świrskiego wynika, że odstępstwo od celu neutralności jest dla strony polskiej logiczną konsekwencją obecnego stanu gospodarki. Pozostaje jednak pytanie, jak zareagują na to pozostałe państwa UE. Patrząc z tej perspektywy, z perspektywy nałożenia na Polskę niewykonalnego obowiązku, Warszawa ma przede wszystkim minimalizować straty własne i maksymalizować korzyści. Te zaś nie muszą być stricte finansowe – mogą dotyczyć m.in. doboru technologii. W toku dyskusji w Brukseli Polska, Czechy i Węgry zdołały obronić energetykę jądrową jako potencjalną opcję technologiczną dla transformacji energetycznej. To spore osiągnięcie, zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie antyatomowe zakusy unijnych potęg pokroju Niemiec.

Warszawa kupuje też czas na innej płaszczyźnie. W maju przyszłego roku Polskę czekają wybory prezydenckie, w których wystartuje obecnie urzędujący prezydent Andrzej Duda, wywodzący się z rządzącego obozu Prawa i Sprawiedliwości. Uzyskanie „rabatu klimatycznego” lub chociaż walka o niego będą niewątpliwym atutem dla gospodarza Belwederu, z kolei wszelkie porażki na tym polu przysłużą się jego wyborczym kontrkandydatom.

Polskę czekają miesiące trudnych negocjacji. Nie rozpoczynają się one źle – co prawda nie można mówić na razie o „rabacie klimatycznym”, ale zwrot „klimatyczny kredyt zaufania” wydaje się już na miejscu. Unia – której bardzo zależy na utrzymaniu prestiżowej pozycji światowego lidera ochrony klimatu – może udzielić Warszawie takiego kredytu, zwłaszcza, że w rozmowy ze strony polskiej zaangażowany będzie wyspecjalizowany resort pod kierownictwem doświadczonego polityka, Michała Kurtyki. Jednak próżno liczyć na szerokie ulgi. Polska gra na czas, próbując zwiększyć pulę kart atutowych poprzez złączenie dyskusji klimatycznych z finansowymi. Jak przebiegną te negocjacje – trudno powiedzieć, jednak obranie takiej strategii jest słuszne, gdyż kart z talii klimatu Warszawa nie ma zbyt wiele (a większość z nich to blotki). W tej niepewnej grze nie będzie łatwych rozdań, a Polska startuje z osłabionej wieloletnimi zaniedbaniami pozycji.

Można jednak z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że czasy niefrasobliwości przy przeprowadzaniu transformacji energetycznej nad Wisłą skończyły się. Następny dokument, będący - podług wszelkich możliwości - mapą drogową do głębokiej dekarbonizacji, powinien być wdrażany z żelazną konsekwencją – zaniechania mogą być bowiem obłożone rozmaitymi mechanizmami sankcyjnymi ze strony unijnego prawa.

KomentarzeLiczba komentarzy: 21
Adam S
sobota, 28 grudnia 2019, 23:52

Wszyscy zieloni pomijają w tych "ambicjach klimatycznych" i wielkich obietnicach jeden, katastrofalny szczegół. Jak by kota ogonem nie obrócić, "neutralność klimatyczna" po przełożeniu na język i interes zwykłego obywatela będzie oznaczać "drogi prąd i paliwa". Wiemy jakie ceny prądu mają przodownicy w "zielonej energii", Dania i Niemcy - najwyższe w UE, pomimo bycia technologicznymi i finansowymi potęgami. Skoro oni nie mogą tego sobie załatwić tanio, to nikt nie może. Łatwo przewidzeć że wiele krajów tych "ambicji" koniec końców nie spełni, a co najmniej u części skończy się to powtórką z żółtych kamizelek i przegranymi wyborami jeśli będą próbować, ale obiecywać można, do 2050 sporo kadencji rządów jeszcze, więc ci co dziś obiecują jeszcze czują się pewnie że w najgorszym wypadku kiedy się trzeba będzie oficjalnie wycofać i przyznać że to było głupie i nadmiernie ambitne, będą już na emeryturze i będzie można zwalić winę na następców, że nie dali rady dokończyć. Polska jest przykładem kraju który może do takich dołączyć, (naobiecywać kosmos, a potem powiedzieć że niestety nie wyszło) albo stanąć okoniem Unii i też grać na czas, aż tamci nie wytrzymają kosztów, zrobią ww. scenariusz u siebie, i dopiero wtedy dadzą nam spokój. Tymczasem w Chinach w budowie jest 259 gigawatów mocy bloków węglowych, kilkakrotnie więcej niż cała polska energetyka posiada, i "ambicje klimatyczne" unijnych zielonych oni mają tam, gdzie światło nie dochodzi... Tak więc cokolwiek byśmy nie zrobili, klimatu nie uratujemy, ale własny sukces gospodarczy zamienić w kryzys drożyzną energetyczną możemy, oby nasi politycy byli dość sprytni aby tego nie zrobić.

Jerzy Lipka
sobota, 21 grudnia 2019, 11:37

Nie ma możliwości w kraju wysoko-uprzemysłowionym i rozwiniętym otrzymywać z OZE więcej niż 30-40% energii elektrycznej (chodzi o fotowoltaikę i wiatraki). przykład Niemiec dobitnie to pokazuje. kraj o dużo większych możliwościach technologicznych i finansowych niż my, w Energiewende wpompowali już setki miliardów EURO, cały kraj zabudowany wiatrakami i panelami fotowoltaicznymi i co? Udział wiatraków morskich czy lądowych włącznie z fotowoltaiką poniżej 30% całej produkowanej rocznie energii (2018 rok), a efekty w postaci zmniejszenia emisji CO2 znikome. Zupełnie inaczej jest w przypadku energetyki jądrowej i przykład wielu krajów jak Francja, czy Szwecja pokazuje że to właściwa droga do dekarbonizacji i zero-emisyjności. I do umiarkowanych cen energii. Przykład - dwa kraje o podobnym poziomie podatków Dania (OZE i węgiel) i Szwecja (atom i woda) w pierwszym mamy ceny energii dla odbiorców indywidualnych 31 eurocentów/kWh, w drugim 18 eurocentów/kwh. To o czymś świadczy. Nasz narodowy intertes to budowa w Polsce elektrowni jądrowych. OZE może pełnić rolę pomocniczą.

Boczek
czwartek, 19 grudnia 2019, 20:24

80% to mało? Dość karkołomna teza. H2 magazynuje się niskociśnieniowo w bezpiecznych i wiecznych (nie zużywających się) wodorkach metali - jak na 212A, przy 3-4 krotnie mniejszej objętości niż w przypadku H2 płynnego. Niemiecki próby pokazały, że nawet przestrzelenie takiego cylindra kulą karabinową nie prowadzi do uwolnienia H2. Realna sprawność ogniw w warunkach lądowych to 70%. Wytwarzanie H2 to 60% - 0,7 x 0,6 daje 42% przy bezkosztowym paliwie jakim jest wiatr i słońce. Przeciętna sprawność elektrowni węglowych to 35-38% + straty przesyłania, co daje w gniazdku 25-30%. Zaletą OZE jest produkcja rozproszona i duży udział konsumpcji lokalnej ograniczającej przesyłanie na duże odległości. Ponadto w przypadku W zdecentralizowana produkcja energii elektrycznej uniemożliwia wyłączenie zasilania bo inaczej niż w przypadku kilku elektrowni i stacji elektroenergetycznych, czy koparek w odkrywkowych, nie można zbombardować dziesiątek i setek tysięcy źródeł zasilania.

Po trzecie sankcje
wtorek, 24 grudnia 2019, 07:58

Jak już napisałeś o wydajności naszych elektrowni węglowych to ich średnia wydajność jest niska zapewne około 30% (chyba że masz inne dane) natomiast w Japonii 40%. Tutaj jest moim zdaniem duży potencjał zaoszczędzenia emisji.

Jaro_747
poniedziałek, 16 grudnia 2019, 21:12

Pan autor jakoś zapomniał napisać, że rząd Pis kompletnie zmarnował cztery lata swoich rządów w tym temacie. Mało tego - urządził producentom energii wiatrowej prawdziwą rzeź.

Aecjusz
wtorek, 17 grudnia 2019, 08:23

Energia wiatrowa w naszych realiach nigdy nie będzie podstawowym źródłem, co najwyżej trzeciorzędnym uzupełniającym. To nie o wiatr tu chodzi.

MacGawer
wtorek, 17 grudnia 2019, 10:08

Można to poprzeć liczbami. W tej chwili mamy ok. 10 GW mocy zainstalowanej, opłacalne byłoby podwojenie mocy. Kolejne turbiny będą stawiane w mniej wietrznych miejscach więc nawet nowsze technologie nie zapewnią większej energii. Z 10 GW uzyskaliśmy ok. 15 TWh więc z 20-tu będzie ok. 30 TWh przy popycie zmierzajacym do 200 TWh. Warto stawiać kolejne wiatraki ale to ciągle będzie trzeciorzędne źródło. Podobnie jak PV która z powodów technicznych nie jest w stanie dostarczyć więcej niż 30 TWh rocznie. Ale gdy zsumuje się wszystkie OZE to ziarnko do ziarnka...

czwartek, 19 grudnia 2019, 15:14

No tak. A co jeśli nie ma wiatru i słońca? Co wtedy? Jak zasilić kraj?

pamiętliwy 1960
wtorek, 17 grudnia 2019, 07:44

Pan Autor grzecznie zapomniał również, o zmarnowanych w tym temacie ośmiu latach rządów PO-PSL i wszystkich pozostałych partii we wszelkich konfiguracjach od PZPR rozpoczynając, które miały okazję sprawować w Polsce władzę.

Boczek
środa, 18 grudnia 2019, 09:20

Akurat 8 lat PO to były najlepsze lata (pomimo początkowych problemów) - znakomita legislacja, nie podrażająca energii - inaczej niż w Niemczech. Gdyby PiS nie zerwał rozbudowy, to 2020 osiągnęlibyśmy już 20% z OZE. Przypomnę - Niemcy to 30%.

Swen
niedziela, 22 grudnia 2019, 21:16

I tak samo jak Niemcy mieli byśmy ciągle to większe ceny energii i już kilka razy otarli byśmy się o blackout? Cudowna wizja.

Boczek
sobota, 4 stycznia 2020, 17:22

Przecież dotarliśmy już do 15% bez podwyżki cen. Bo mieliśmy mądry, ekonomiczny system z komponentem konkurencji, czego Niemcy nie mieli.

Po trzecie sankcje
poniedziałek, 16 grudnia 2019, 20:32

Powinniśmy ASAP wdrożyć maksymalne ułatwienia dla geotermii i małych lokalnych spiętrzeń wodnych - to kwestia bezinwestycyjna. Tym bardziej, że kraj ma mało wody. Trzeba tylko poprawić prawo. Zawsze złapiemy kilka % eko energii na zasadzie oddolnej przez te lata do 2050 czy 2080.

Reklama
Tweets Energetyka24