- KOMENTARZ
- W CENTRUM UWAGI
ETS nie upadł, ale przestał być nietykalny. Bruksela przyznaje, że system wymaga zmian
W Brukseli nie doszło do wywrócenia stolika, ale wyraźnie zmienił się ton rozmowy o ETS. Coraz mocniej słychać dziś, że transformacja energetyczna bez kontroli kosztów może osłabić całą europejską gospodarkę, która bez większej elastyczności zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do granicy wytrzymałości.
Za nami szczyt Rady Europejskiej w Brukseli. Premier Donald Tusk po jego zakończeniu mówił o zmianie podejścia do systemu ETS i podkreślał, że Polska znajdzie się w grupie państw, które mają skorzystać z pomocy możliwej dzięki wykorzystaniu rezerw uprawnień do emisji CO2. Zaznaczył również, że udało się uzyskać deklarację w sprawie wydłużenia wsparcia dla przemysłu energochłonnego. To istotny sygnał, bo w Brukseli ważą się dziś decyzje, które wykraczają daleko poza samą politykę klimatyczną i dotyczą wprost kosztów energii, konkurencyjności europejskiej gospodarki oraz odporności państw członkowskich na kolejne wstrząsy.
Nowy ton wobec ETS
Moment tej debaty nie był przypadkowy. Europa funkcjonuje dziś w warunkach niemal nieustannego kryzysu. Ledwo zaczęła wychodzić z wojennych zawirowań i wcześniejszych szoków gospodarczych, a już musi mierzyć się z kolejną falą presji cenowej, narastającymi napięciami geopolitycznymi, coraz bardziej agresywną polityką handlową Chin oraz decyzjami administracji Donalda Trumpa, którego decyzje praktycznie do zera ograniczają przewidywalność prowadzenia biznesu. Skutki tych procesów przekładają się bezpośrednio na rachunki za energię, koszty produkcji i codzienne decyzje przedsiębiorstw w całej Europie. Właśnie dlatego Bruksela została zmuszona do zmierzenia się z pytaniem znacznie bardziej fundamentalnym niż kolejne deklaracje o transformacji i odporności. Chodzi już nie tylko o tempo zmian, lecz o to, czy europejska gospodarka w obecnym kształcie jest jeszcze w stanie udźwignąć koszt modelu transformacji bez utraty konkurencyjności i bez dalszego osłabiania przemysłu.
W tym właśnie kontekście coraz częściej podkreśla się, że po szczycie równie istotne jak same ustalenia jest to, na co ostatecznie nie było zgody. Nie zdecydowano się ani na zawieszenie systemu ETS, ani na jego rozmontowanie, choć część państw członkowskich wyraźnie naciskała na głębszą rewizję tego mechanizmu. Zamiast tego w konkluzjach RE zapisano pakiet tymczasowych i ukierunkowanych działań wobec skoków cen energii, zapowiedź konkretnych kroków służących obniżeniu cen energii elektrycznej, współpracę KE z państwami członkowskimi przy krajowych środkach osłonowych oraz przegląd systemu ETS. Sam sposób sformułowania tych zapisów pokazuje, że Bruksela nie może już dłużej ignorować wysokich cen energii jako argumentu państw o bardziej emisyjnym miksie, lecz zaczyna postrzegać je jako problem, który uderza w całą unijną gospodarkę.
Bruksela stawia na korektę, nie na rewolucję
Pewną logikę, która stała za podejściem Brukseli jeszcze przed samym szczytem, dobrze uchwycił niemiecki Tagesspiegel. Serwis opisał plan Ursuli von der Leyen nie jako próbę jednego, spektakularnego politycznego ruchu, który nagle obniży ceny energii w całej Europie, lecz jako pakiet kilku równoległych działań, mających krok po kroku zmniejszać presję kosztową. W tym ujęciu Komisja stawia przede wszystkim na obniżanie kosztów wytwarzania energii, większy udział OZE w miksie, rozwój i lepsze wykorzystanie istniejących sieci, a także na szersze stosowanie długoterminowych kontraktów PPA, które mają dawać przemysłowi większą przewidywalność cenową. Jednocześnie Bruksela nie chce przedwcześnie rezygnować z dostępnych mocy, w tym z istniejących elektrowni jądrowych, oraz zamierza ułatwiać pomoc dla sektorów energochłonnych, które najmocniej odczuwają skutki drogiej energii.
To dobrze pokazuje, dlaczego po brukselskim szczycie nie można mówić ani o zwycięstwie zwolenników twardego rozmontowania systemu, ani o pełnym triumfie obozu broniącego status quo. Reuters jeszcze przed spotkaniem wskazywał, że Niemcy były gotowe zaakceptować co najwyżej ograniczone korekty, obawiając się osłabienia inwestycyjnego impulsu, jaki daje ETS. Z drugiej strony Włochy oraz część państw Europy Środkowej naciskały na dalej idące zmiany, w tym na wydłużenie darmowych uprawnień dla przemysłu i bardziej zdecydowany przegląd całego mechanizmu. Ostatecznie Unia wybrała ścieżkę środka. ETS nie znika z europejskiej polityki klimatycznej, ale ma zostać skorygowany w taki sposób, by lepiej reagował na wahania cen i uwzględniał to, że poszczególne państwa wchodzą w transformację z odmiennym bagażem gospodarczym i energetycznym.
Polska i Włochy jednym głosem?
Z polskiej perspektywy to jeden z ważniejszych efektów tego szczytu. Warszawa nie wywalczyła zawieszenia ETS, ale wymusiła zmianę tonu całej unijnej debaty o tym systemie. Polska wraz z grupą dziesięciu państw domagała się głębszego przeglądu mechanizmu i dłuższego utrzymania darmowych uprawnień dla przemysłu. Po szczycie Donald Tusk podkreślał, że Polska ma znaleźć się w gronie krajów, które skorzystają z działań wokół rezerw uprawnień, a także z przedłużenia wsparcia dla przemysłu energochłonnego. To wciąż bardziej sygnał polityczny niż zamknięta legislacja, ale już dziś widać, że Polska przestała być tylko recenzentem unijnej polityki i zaczęła realnie wpływać na kierunek korekty ETS. Trzeba jednak zachować proporcje.
Bruksela zgodziła się, że specyfika poszczególnych państw musi być mocniej uwzględniana, zwłaszcza tam, gdzie miks energetyczny pozostaje bardziej emisyjny, a przemysł silniej odczuwa koszty energii. Otworzono też drogę do użycia rezerwy stabilności rynkowej i łagodniejszego podejścia do darmowych uprawnień. Jednocześnie sam trzon systemu został obroniony, a wiele państw nadal uważa ETS za konieczny element unijnej polityki.
Podobnie ten kompromis odczytują Włosi, a po spotkaniu dziennik ANSA zwracał uwagę, że Rzym liczył na szybsze i mocniejsze sygnały w sprawie ETS. Tymczasem przegląd systemu został przesunięty na lipiec, a nie na wcześniejszy termin, którego oczekiwały Włochy. Sama Giorgia Meloni należała jednak do grona liderów najmocniej podnoszących w Brukseli temat rachunków za energię i potrzeby większej elastyczności po stronie Unii.
Jednocześnie jest jeszcze jeden istotny element, czyli pieniądze i skala interwencji. W unijnym przekazie pojawia się zapowiedź zastosowania środków o charakterze czasowym i celowanym, które mają ograniczać skutki wzrostu cen energii w krótkim terminie. Komisja sygnalizuje także gotowość do dalszego poluzowania zasad pomocy publicznej, tak aby państwa członkowskie mogły łatwiej wspierać odbiorców najbardziej narażonych na wzrost kosztów energii, w tym przede wszystkim przemysł energochłonny.
Istotnym elementem tego pakietu ma być również wzmocnienie roli rezerwy stabilności rynkowej, czyli mechanizmu wpływającego na podaż uprawnień do emisji na rynku. Równolegle zapowiedziano bardziej realistyczne podejście do dalszego ograniczania liczby dostępnych uprawnień, a także utrzymanie bezpłatnych uprawnień dla części przemysłu również po 2035 roku. Z punktu widzenia przedsiębiorstw oznaczałoby to dłuższy okres dostosowawczy i mniejszą presję kosztową w najbliższych latach. Do tego dochodzi zapowiedziany pakiet inwestycyjny o wartości 30 mld euro, finansowany z wpływów z systemu ETS. Środki te mają zostać przeznaczone na wsparcie inwestycji związanych z transformacją, w szczególności w sektorach najbardziej narażonych na wysokie koszty energii i presję konkurencyjną.
Bruksela coraz wyraźniej widzi, że problemu wysokich cen energii nie da się już spychać na margines, ale jednocześnie wciąż nie chce wykonać ruchu, który mógłby zostać odebrany jako wycofanie się z własnej polityki klimatycznej. Presja na zmianę jest wyraźna, jednak Ursula von der Leyen pilnuje, by korekta nie przerodziła się w podważenie całej konstrukcji systemu, który nadal uznawany jest za ważne narzędzie transformacji.
