• Partner główny
    Logo Orlen

Analizy i komentarze

Zima dopiero się zaczyna. A kryzys energetyczny pogłębia [KOMENTARZ]

Fot. Flickr

O tym, że Europa ma problem z energią, wiedzą już wszyscy. Właściwie wiadomo o tym było od wakacji, a już we wrześniu i październiku się rozpoczął od dramatycznych wzrostów rynkowych cen gazu.

Czarne wrony

Sam już w sierpniu opisałem niepokojące dane dotyczące przepływu niebieskiego paliwa przez stację Mallnow na granicy polsko-niemieckiej. Wówczas nie było klarowne, jak rozwinie się sytuacja, ale jeden ze scenariuszy zakładał kryzys gazowy w Europie. Również w kresie letnim ci, którzy obserwują rynek dostrzegli, że europejskie magazyny Gazpromu są opróżniane, by pokryć bieżące zapotrzebowanie. Był to ruch zupełnie niezrozumiały, gdyż to właśnie w lat zapełnia się magazyny „pod sam sufit" przed sezonem grzewczym.

Kilka jaskółek, czy może wron, zwiastowało trudny dla Europy okres. Nawet ci, którzy dostrzegali te wszystkie ruchy nie mogli przewidzieć tego, co wydarzyło się w ostatnim kwartale. A wydarzyło się coś niebywałego. Jeszcze do początków września rynkowa cena gazu za rosła dosyć stabilnie, podążając zresztą za ropą, cena tych surowców jest oczywiście   ze sobą związana, choć, jak pokazują ostatnie miesiące, nie zawsze.

Jeszcze na początku roku cena gazu na holenderskiej giełdzie TTF nie przekraczała 20 euro. W ubiegłym roku notowania wynosiły nawet 5 euro/MWh. Przez okres letni obserwowaliśmy stabilny wzrost, jak wspomniano, korelujący z ceną ropy. We wrześniu zaczęły się dziać cuda -- pod koniec miesiąca cena dochodziła do 80 euro/MWh. To właśnie wtedy stało się jasne dla szerszej publiczności, że tej zimy europejskie magazyny gazu nie będą napełnione na takim poziomie, jak powinny.  

Ponadto, do rynków dotarło, że Gazprom wcale nie jest taki chętny do sprzedaży Europie większej ilości gazu niż to wynika z umów długoterminowych. Pokazywały to właśnie dane ze stacji Mallnow, wiele gazociąg łączących Rosję z naszym kontynentem stało praktycznie pustych.

Tylko czemu Gazprom, mając klientów bardzo potrzebujących jego produktu, nie chciał go sprzedać i zarobić? Odpowiedź jest taka sama jak zawsze -- Gazprom to narzędzie polityczne Kremla. To właśnie temu koncernowi ewidentnie zależało na tym, aby Europa miała niedobory gazu. Po czym to widać? Po pierwsze po tym, że opróżniał magazyny w lato, a po drugie po tym, że tłoczy najmniejszy wolumen gazu, jaki może do Europy.

Wszystko wyjaśniło się w drugiej połowie października, gdy cel całej operacji przedstawił prezydent Rosji Władimir Putin. „Jeśli tylko druga nitka gazociągu Nord Stream 2 zostanie zapełniona gazem technicznym, a niemiecki regulator wyda zezwolenie, Rosja następnego dnia może zacząć dostawy tym gazociągiem" -- powiedział Putin.  

Koło się domknęło i wszystko stało się jasne -- Rojsa chce zagłodzić gazowo Europę, aby ta szybciej wydała zgodę na Nord Stream 2. Bo poza zgodą Federalnej Agencji Sieci, jest jeszcze wiele innych wątpliwości prawnych wobec gazociągu.

BNetzA, bo tak w skrócie nazywa się agencję, nie zatwierdziła certyfikacji gazociągu, w połowie listopada orzekając, że stanie się to wówczas, gdy operator, czyli Nord Stream 2 AG stanie się podmiotem prawa niemieckiego, a jak na razie jest niemożliwe, gdyż spółka zarejestrowana jest w Szwajcarii. Później BNetzA poinformowała, że do certyfikacji nie dojdzie co najmniej przez najbliższe pół roku.

Od końca października do połowy listopada ceny gazu nieco opadły z rekordowych ok. 120 euro/MWh na początku października do 65-80 euro i wydawało się, że napięcie nieco opadło. To wciąż poziom cenowy daleki od stabilizacji, bardzo wysoki, ale spółki energetyczne, politycy i odbiorcy mogli chwilowo odetchnąć z ulgą.

W listopadzie nadeszły sprzeczne informacje ze strony rosyjskiej. Putin zadeklarował, że Gazprom zacznie napełniać europejskie magazyny gazu, pewnie właśnie z tymi słowami związane było obniżenie cen, jednak okazało się chwilowe. Rzeczywiście Gazprom uzupełnił magazyny, ale w niewielkim stopniu. W krajach, gdzie koncern posiada magazyny 30 listopada sytuacja nie wyglądała najlepiej. W Niemczech, gdzie są cztery -- Jemgum, Rehden, Katarina i Etzel, na koniec przedostatniego miesiąca roku ogół magazynów zapełniony był w 65%, obecnie to 55% (stan wszystkich magazynów określanych „obecnie" to stan na 23 grudnia). W Austrii, gdzie znajduje się należący do Gazpromu magazyn Haidach, wypełnionych było 30 listopada 46%, obecnie już tylko 35%. Nieco lepiej sytuacja wygląda w Czechach, gdzie na koniec listopada mieliśmy 71% wypełnienia, a obecnie 61%. Tam znajduje się będący w posiadaniu Rosjan magazyn Damborice. Bergermeer -- tak nazywa się holenderski magazyn, w tym kraju wypełnienie na poziomie 55% było 30 listopada, teraz to już zaledwie 39% [\[1\]](#_ftn1).

Żeby była jasność -- wszystkie te kraje mają inne magazyny należące do rodzimych bądź zagranicznych europejskich spółek. Magazyny Gazpromu mają znacznie niższy poziom wypełnienia niż podane wyżej liczby i po prostu ciągną całość mocno w dół. Mamy też różnice w udziale magazynów Gazpromu w ogólnej pojemności w danym państwie.

Grudniowa drożyzna i ceny energii

W połowie listopada nadeszła informacja, która podpaliła rynek, a ceny wystrzeliły jak fajerwerki - Gazprom nie zarezerwował dodatkowych przepustowości na gazociągu Jamał na przyszły rok. Zdecydowana większość sezonu grzewczego będzie miała miejsce w 2022 r. Najpierw ceny powędrowały do poziomu ok. 90 euro/MWh, by 21 grudnia osiągnąć szczyt 180 euro/MWh, jednocześnie przez gazociąg jamalski ponownie płynie niewiele.

Oczywiście ceny gazu pociągają za sobą ceny energii. Na rynku dnia następnego 1 MWh energii potrafił dojść do ponad 400 euro we Francji, w Niemczech czy w Hiszpanii. Francja jest osobliwym przypadkiem i dowodem na funkcjonowanie prawa Murphy'ego. Ceny w tym kraju rosły, gdyż mimo dominacji atomu, ok. 15% energii produkuje on z gazu. Na domiar złego, w połowie grudnia doszło do awarii w dwóch reaktorach w elektrowni w Civaux i musiały one zostać odłączone od sieci. Francja musiała zapełnić lukę importem dalej pogłębiając kryzys.

To wszystko sprawia, że ceny energii elektrycznej oraz gazu dla odbiorców na całym kontynencie wzrosną od przyszłego roku. Wiemy już, że w Polsce będzie to odpowiednio 20% i 54%. W Wielkiej Brytanii analitycy spodziewają się 30-procentowego wzrostu rachunków za energię, we Włoszech - 25%. Wiele państw zdecydowało się na pokrycie przynajmniej części rachunków, zwłaszcza uboższych. Hiszpania na taką pomoc wyda w przyszłym roku 100 milionów euro, Francja - 580 milionów a Polska - nawet 3 mld zł.

Na ceny energii ma też wpływ spory wzrost cen uprawnień do emisji CO2. Rzecz jasna jest on mniejszy niż dla większośc UE niż wpływ gazu. Dla Polski ETS stanowi znacznie większy problem, nasze spółki energetyczne wskazują, że ponad połowa kosztów energii to ETS.

Gorsza sytuacja gospodarstw domowych to nie wszystko. Przez astronomiczne ceny gazu i całą wyżej opisaną sytuację przez nasz kontynent przetoczyła się skala bankructw różnego rodzaju firm energetycznych. W największym stopniu dotyczy to spółek zajmujących się obrotem energii, ale tak naprawdę bać się czego ma również przemysł i każda energochłonna branża. Nie mówiąc już, że w ubiegłym roku ponad 100 spółek z sektora oil&gas nie przeżyło starcia z koronawirusem.

Co dalej? Europa musi przetrwać zimę, dosyć łatwo ograna przez Gazprom i Putina. Musi też zabezpieczyć się przed podobnymi sytuacjami w przyszłości. Niewiele jest możliwości dywersyfikacji dostaw, wciąż do Europy płyną tankowce z LNG z USA, ale w obecnej sytuacji nie rozwiązują problemu. Należy również pamiętać, że obecna sytuacja jest wynikiem kilku niefortunnych okoliczności, które zbiegły się w czasie. Sytuacja jest bezprecedensowa, choć nikt nie ma gwarancji, że się nie powtórzy.  


[\[1\]](#_ftnref1) https://agsi.gie.eu/#/

Komentarze