• Partner główny
    Logo Orlen

Analizy i komentarze

Rosja gazową cnotę straci, rubla nie zarobi [KOMENTARZ]

Fot. kremlin.ru

26 kwietnia Gazprom poinformował PGNiG, że od następnego dnia przestanie dostawy w ramach kontraktu jamalskiego do Polski. Pretekst to odmowa zapłaty za niebiskie surowiec w rublach. Jest to dziwny ruch z wielu powodów, bo Rosja praktycznie nic na tym nie zyskuje, rubla też nie zarobi.

31 marca prezydent Federacji Rosyjskiej podpisał dekret o płatności za gaz w rublach. Dotyczy on tzw. państw nieprzyjaznych, do których należą wszystkie państwa Unii Europejskiej. W dekrecie są furtki, za pomocą których Kreml może wyłączyć z obowiązku płacenia w rosyjskiej walucie za gaz. Jest to rzecz jasna decyzja jednostronna, która będzie podważana przez klientów w międzynarodowych trybunałach, ponieważ w kontraktach gazowych nie ma nic o obowiązku opłaty w rublach. Tyle, że procesy przed międzynarodowymi sądami trwają lata a gaz płynie lub nie płynie tu i teraz.

Oczywistą intencją władz rosyjskich jest wzmocnienie rubla na międzynarodowych rynkach. W pierwszych tygodniach inwazji na Ukrainę spadł on o ok. 80%, jednak na początku kwietnia, czyli tuż po dekrecie, powrócił do wartości sprzed zbrojnego najazdu. I już sam ten ruch sprawił, że obecnie rosyjska waluta jest warta najwięcej od listopada 2021 r. Zapewne do sukcesów przyczyniły się te europejskie kraje, które grzecznie założyły dwa rachunki w Gazprombanku (ma ich być dziesięć) a już na pewno te, które dokonały płatności w rublach ( Bloomberg twierdzi , że cztery).

Na czym one mają właściwie polegać? Kreml ułatwił maksymalnie procedurę właśnie poprzez bank należący do Gazpromu. Klient ma założyć w nim dwa rachunki – jeden w walucie w której płaci za gaz wedle umowy, najczęściej to euro i dolary, a drugi w rublach. Zapłata w środku płatniczym z kontraktu będzie po prostu przewalutowywana na ruble i transferowana dalej.

Sankcje? Wolne żarty

Sprytne? Może i tak, ale każdy, kto bierze udział w tym procederze, łamie unijne sankcje. Przynajmniej wedle Komisji Europejskiej. I co z tego? Kary za łamanie unijnych sankcji przez państwa członkowskie idą co prawda w miliony euro, ale wydaje się, że te kwoty tej wielkości nie przestraszą państw, które nie mają alternatywnych źródeł dostaw niż Rosja.

Czytaj też

Kary za złamanie sankcji wyznacza Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Jakiego mogą być rzędu? Zazwyczaj sięgały kilkudziesięciu milionów euro. W latach 2014-2016 łączna kwota nałożonych przez TSUE kar za łamanie sankcji przez państwa członkowskie wyniosła 339 mln euro. Ta liczba nie powala, a okres był gorący w tym obszarze, gdyż w 2014 r. pojawiły się pierwsze poważne sankcje na Rosję po bezprawnej aneksji Krymu oraz wejściu wojsk do Donbasu i Ługańska. Każde państwo miało uwzględnić w swoim prawie karnym maksymalną kwotę za łamanie unijnych sankcji. Słowem – państwa które dokonały lub dokonają opłat w rublach mogą machnąć ręką na konsekwencje łamania sankcji, przynajmniej pod kątem finansowym.

Państwa rozsądne i nierozsądne

Wracając do Polski i gazu. A także do Bułgarii, bo jej też odcięli paliwo. Polska miała plan przygotowywany od wielu lat. Jego finalny akt miał nastąpić 31 grudnia br., gdy kończy się kontrakt jamalski. I wedle tego scenariusza postępowały spółki gazowe i wszyscy inni zaangażowani w proces.

Rosja trochę się... spóźniła. Odcięcie gazu np. rok lub dwa lata temu naprawdę wywołałoby kryzys i chaos w Polsce, stalibyśmy przed perspektywą poważnych niedoborów, ucierpiałaby spora część gospodarki a skutki odczuliby prawie wszyscy. Zakręcenie kurka pod koniec kwietnia, gdy i tak planowo miał zostać zakręcony w grudniu nie sprawi nam poważnych problemów. Owszem, może być niekomfortowo, musimy precyzyjnie i oszczędnie zarządzać zasobami gazu, które mamy oraz walczyć o jak największe wykorzystanie pozostałych połączeń. Nie możemy rozsiąść się wygodnie w fotelu z cygarem i szklanką whisky przy kominku, musimy monitorować, reagować, oszczędzać. Ale absolutnie nie ma powodu do paniki, ani nawet zaniepokojenia.

Czemu? Dywersyfikacja, głupcze. Od kilkunastu lat Polska buduje alternatywne źródła dostaw gazu, aby uniezależnić się od Rosji, tak jak wiele innych państw Europy, które można zaliczyć do grona rozsądnych (Litwa, Łotwa, Estonia, Bułgaria, Rumunia). W Europie są również kraje nierozsądne, które pogłębiały swoją zależność od rosyjskiego gazu (Niemcy, Węgry).

Liczby

Bardzo ramowo – nasze roczne zużycie to 20 mld m3, 5 mld m3 wydobywamy w Polsce, 10 mld m3 dostarczał Gazprom a resztę – terminal LNG w Świnoujściu i inne źródła tj. rewers na Jamale. W sezonie grzewczym zużywana jest ok. połowa gazu z rocznej konsumpcji, import odpowiada okresowemu zapotrzebowaniu. To oznacza, że można spokojnie założyć, że Rosja do 27 kwietnia przesłała nam połowę rocznych dostaw.

Przepustowość terminala LNG w Świnoujściu to już 6,3 mld m3 rocznie, więc sam terminal może pokryć część luki po Gazpromie. W maju zostanie otwarty interkonektor z Litwą, dzięki któremu będziemy mogli kupować gaz z terminala LNG w Kłajpedzie (2 mld m3 rocznie). W lipcu z kolei zacznie działać połączenie gazowe ze Słowacją, co umożliwia przesył 5,7 mld m3 rocznie. Wspomniany rewers na Jamale daje nam możliwość zakupu 5,5 mld m3 przez rok. Last but not least, w odwodzie pozostają rezerwy magazynowe rzędu 2,7 mld m3, ale zapewne nawet ich nie ruszymy do jesieni. Bez dokładnego liczenia można spokojnie założyć, że będziemy w stanie pokryć dziurę importową wytworzoną przez Gazprom.

Czemu jesień jest kluczowa? Bo wówczas wszystkie gazowe niepokoje, o ile w ogóle jakieś będą, odejdą w niepamięć, ponieważ operacyjność ma wówczas osiągnąć Baltic Pipe o przepustowości 10 mld m3 rocznie, czyli możliwości przesłania niemal dokładnie tej samej ilości niebieskiego paliwa, którą sprzedawała nam Rosja. Pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski konsekwentnie powtarza, że data otwarcia Baltic Pipe to 1 października. Tak częste powtarzanie tej daty daje nadzieję, że nie będzie opóźnień (bo jak będą to złośliwi zrobią kompilację z każdą wypowiedzią ministra, w której powtarzał datę 1. października). Początkowo rura na dnie Bałtyku (ale ta dobra), która będzie przesyłać gaz z szelfu norweskiego (ale nie tylko) przez Danię ma mieć przepustowość 2-3 mld m3, w grudniu będzie działać już na pełnej – 10 mld m3. O tym przynajmniej zapewniają odpowiedzialni za projekt.

Desperacja i ośmieszenie

Trzeba oddać, że Putin ponownie podzielił Europę. Na państwa które płacą w rubelkach i te, które nie płacą. Nie trzeba chyba mówić na głos co myślimy o tych, które płacą. Oczywiście o ile doniesienia Bloomberga o 10 państwach z kontami w rublach i czterech, które zapłaciły się potwierdzą. Na razie wszyscy zaprzeczają.

Niemniej jednak wstrzmaniem dostaw do Polski i Bułgarii Rosja się ośmieszy, bo cały świat teraz zobaczy, że „wielka potęga" na jaką się kreuje, nie jest w stanie nawet wpłynąć czy zastraszyć średnich europejskich państw tj. Polska czy Bułgaria. To desperacka próba rzutem na taśmę wywołania niepokoju w naszej części Europy. Moskwa cnotę straci (czyli opinię niezawodnego dostawcy, którym szczycił się Gazprom przez dekady) i rubla nie zarobi (bo Polska i Bułgaria już ani w rublach, ani w innych walutach nie będą jej nic płacić).

Komentarze