Reklama
  • WIADOMOŚCI

Atom wyłączony, problem został. Berlin szuka miejsca na odpady promieniotwórcze

brama brandenburska o wschodzie słońca, brama jest ciemna, słońce za nią
Brama Brandenburska
Autor. Envato / @luisaaa73

Niemcy chcą przyspieszyć jedną z najtrudniejszych decyzji po wyjściu z atomu. Rząd w Berlinie planuje wskazać lokalizację składowiska odpadów promieniotwórczych do 2050 r., choć obecne procedury mogłyby przeciągnąć poszukiwania aż do 2074 r.

Federalny minister środowiska Carsten Schneider z SPD chce zmienić niemieckie prawo tak, aby szybciej wybrać miejsce, w którym przez milion lat mają być izolowane odpady po energetyce jądrowej. Najważniejszym elementem jego planu jest odejście od czasochłonnej budowy podziemnych kopalń badawczych w kilku potencjalnych lokalizacjach i zastąpienie ich nowoczesnymi metodami rozpoznania geologicznego, w tym wierceniami z powierzchni, wierceniami kierunkowymi oraz badaniami sejsmicznymi, co według resortu mogłoby skrócić procedurę o ponad dwie dekady.

Stary termin już nierealny. Niemcy zmieniają procedury

Schneider poinformował, że projekt ustawy jest gotowy i został przekazany do uzgodnień międzyresortowych, a celem rządu jest przyjęcie nowych przepisów przez gabinet jeszcze w tym roku. Minister przekonuje, że Niemcy muszą szybciej dojść do wiążącej decyzji, ponieważ obecny model poszukiwań okazał się zbyt wolny, zbyt kosztowny i coraz trudniejszy do obrony politycznie, szczególnie w sytuacji, w której pierwotny ustawowy termin wyboru lokalizacji do 2031 r. jest już uznawany za nierealny.

Sprawa dotyczy około 27 tys. m3 wysokoaktywnych odpadów promieniotwórczych, przede wszystkim zużytego paliwa jądrowego, które powstało w czasie ponad sześciu dekad wykorzystywania energetyki jądrowej w Niemczech. Kraj wyłączył ostatnie elektrownie jądrowe w kwietniu 2023 r., jednak problem odpadów pozostał i nadal obciąża państwo, ponieważ materiały te są przechowywane w naziemnych składowiskach przejściowych rozmieszczonych w różnych krajach związkowych.

Reklama

Obowiązująca procedura wyboru lokalizacji została podzielona na trzy etapy i opiera się na zasadzie tzw. białej mapy, co oznacza, że punktem wyjścia jest analiza całego terytorium Niemiec, a dopiero później wykluczane są obszary niespełniające wymogów geologicznych oraz kryteriów bezpieczeństwa. Badane są różne formacje skalne a celem jest znalezienie miejsca, które zapewni długoterminową izolację odpadów od ludzi i środowiska.

Pierwszy etap ma zakończyć się wskazaniem kilku regionów do dalszych badań. Federalna Spółka ds. Składowania Końcowego (BGE) zakłada, że do końca 2027 r. przedstawi propozycję regionów lokalizacyjnych, które później mają zostać sprawdzone przez Federalny Urząd ds. Bezpieczeństwa Gospodarki Odpadami Jądrowymi. Według niemieckich mediów lista może obejmować kilka albo kilkanaście obszarów, a po jej ocenie i decyzji ustawodawcy rozpoczęłyby się bardziej szczegółowe badania geologiczne.

To właśnie na tym etapie rząd chce wprowadzić największe przyspieszenie. Zamiast prowadzić długie rozpoznanie z powierzchni, a następnie budować podziemne kopalnie badawcze w najbardziej obiecujących lokalizacjach, Berlin chce połączyć kolejne fazy postępowania i zastosować bardziej elastyczny model badań, w którym kolejne lokalizacje byłyby zawężane. BGE już wcześniej wskazywała, że wybór miejsca do połowy stulecia jest możliwy tylko przy zmianach prawnych, szybszych pozwoleniach, łatwiejszym dostępie do gruntów i sprawniejszym podziale kompetencji między administracją federalną oraz krajami związkowymi.

Atomowe odpady czekają na lokalizację

Plan Schneidera wzbudza jednak spór, ponieważ część ekspertów ostrzega, że przyspieszenie nie może odbywać się kosztem jakości rozpoznania geologicznego. Cytowany przez ZDF ekspert ds. bezpieczeństwa składowisk Klaus Fischer Appelt z RWTH Aachen ocenił, że badania prowadzone z powierzchni są z natury mniej dokładne niż rozpoznanie w podziemnej kopalni badawczej, a w razie błędnej oceny mogłoby wzrosnąć ryzyko, że wybrana lokalizacja okaże się później problematyczna na etapie postępowania licencyjnego.

Reklama

Inni specjaliści podchodzą do propozycji ostrożniej, ale nie odrzucają jej całkowicie. Analitycy z Öko Institut wskazują, że nawet jeżeli na końcowym etapie trzeba byłoby zbudować podziemny obiekt badawczy tylko w jednej lokalizacji, Niemcy mogłyby mimo to zaoszczędzić dużo czasu i pieniędzy, ponieważ uniknęłyby prowadzenia pełnej, kosztownej procedury podziemnej w kilku miejscach jednocześnie.

Tłem obecnych zmian jest analiza przygotowana przez Öko Institut na zlecenie państwa, według której przy utrzymaniu dotychczasowego modelu wybór lokalizacji mógłby nastąpić dopiero w 2074 r. Oznaczałoby to opóźnienie o ponad cztery dekady wobec wcześniejszego celu 2031 r. i pokazywałoby, że niemiecki system, zaprojektowany po doświadczeniach sporu wokół Gorleben i po decyzji o odejściu od energetyki jądrowej, stał się procedurą wyjątkowo ostrożną, ale jednocześnie bardzo długą.

Nawet przy realizacji planu Schneidera rok 2050 nie oznaczałby jednak początku działania składowiska. Byłby to jedynie termin wskazania lokalizacji, po którym konieczne byłyby jeszcze procedury licencyjne, projektowanie, uzyskanie zgód, budowa obiektu i przygotowanie transportu odpadów. ZDF zwraca uwagę, że w praktyce pierwsze odpady mogłyby trafić do gotowego składowiska dopiero pod koniec obecnego stulecia albo nawet później, ponieważ podobne inwestycje wymagają wielu dekad prac przygotowawczych i budowlanych.

Do tego czasu Niemcy będą musiały utrzymywać składowiska przejściowe, których pozwolenia będą wygasać wcześniej niż powstanie obiekt docelowy. Oznacza to konieczność przedłużania zezwoleń i dalszego przechowywania zużytego paliwa w instalacjach naziemnych, co rodzi pytania o koszty, stan techniczny pojemników, ochronę przed zagrożeniami terrorystycznymi i wojennymi oraz akceptację społeczną w regionach, które miały być tylko czasowymi miejscami przechowywania odpadów.

Koszty pozostają jednym z najważniejszych elementów sporu o niemiecki atom. Schneider wskazuje, że pieniądze odłożone wcześniej przez koncerny energetyczne, wynoszące 24,1 mld euro, nie wystarczą na pokrycie wszystkich przyszłych wydatków, a różnica będzie musiała zostać sfinansowana z budżetu państwa. Według relacji ZDF samo utrzymanie składowiska w Lubminie oraz demontaż dawnych elektrowni jądrowych wschodnich Niemiec kosztują rocznie około 230 mln euro.

Reklama

Zobacz również

Reklama