Reklama
  • W CENTRUM UWAGI
  • ANALIZA

Czy w Polsce potrzeba trzech terminali LNG?

Autor. Canva

Rząd zapowiedział budowę drugiego pływającego terminalu FSRU w Zatoce Gdańskiej. Po jego uruchomieniu Polska będzie dysponować trzema terminalami LNG, a łączne zdolności importowe kraju sięgną 50 mld m sześc. gazu rocznie. Decyzja ma wzmacniać bezpieczeństwo dostaw i pozycję Polski w regionie, ale już dziś rodzi pytanie, czy to dobry moment na tak dużą inwestycję gazową.

Impulsem do ogłoszenia decyzji o budowie kolejnego terminalu LNG było zakończenie wiążącej procedury Open Season dla projektu FSRU 2. Na początku tygodnia Gaz-System poinformował, że cztery podmioty zakontraktowały długoterminowy dostęp do usług planowanej jednostki. Ponieważ zainteresowanie rynku okazało się większe od pierwotnych założeń, operator zdecydował o zwiększeniu planowanych zdolności regazyfikacyjnych terminalu z 4,5 mld m sześc. do 6,1 mld m sześc. gazu rocznie. Przesądza to o budowie drugiego pływającego terminalu FSRU w rejonie Gdańska, który ma powstać w sąsiedztwie pierwszej jednostki tego typu. Uruchomienie nowej infrastruktury zaplanowano na 2030 r., choć zawarte umowy pozostają jeszcze uzależnione od ostatecznej decyzji inwestycyjnej.

Od Świnoujścia do dwóch jednostek w Gdańsku

Nowa jednostka będzie trzecim elementem polskiej infrastruktury LNG. Pierwszym jest działający terminal LNG w Świnoujściu, który od lat stanowi jeden z głównych filarów dywersyfikacji dostaw gazu do Polski. Po zakończonej rozbudowie jego zdolności regazyfikacyjne wynoszą 8,3 mld m sześc. rocznie. To poziom odpowiadający niemal połowie rocznego zapotrzebowania krajowych odbiorców na gaz. Z terminalu korzysta przede wszystkim Orlen, który sprowadza do Świnoujścia ładunki LNG z rynku globalnego. W 2025 r. do terminalu trafiło blisko 6 mln ton skroplonego gazu.

Drugim elementem tej układanki jest pierwszy terminal FSRU w Zatoce Gdańskiej. Planowana jednostka ma dysponować zdolnością regazyfikacji na poziomie około 6,1 mld m sześc. rocznie. Jej uruchomienie planowane jest na przełom 2027 i 2028 r., a pełne moce tego terminalu zostały wcześniej zarezerwowane przez Orlen. Dla koncernu oznacza to dalsze zwiększenie możliwości importu LNG i wzmocnienie własnej pozycji na rynku gazu.

Reklama

FSRU 2 zmienia układ sił na rynku

FSRU 2 ma być kolejnym krokiem, ale jego znaczenie jest inne niż w przypadku pierwszej jednostki w Gdańsku, a tym razem dostęp do terminalu nie trafił wyłącznie do jednego dominującego podmiotu. Gaz-System poinformował, że długoterminowe rezerwacje złożyły cztery firmy, a wśród użytkowników znalazły się między innymi PGE, Enea, Orlen i Unimot. Łącznie zakontraktowano 47 slotów rocznie w latach 2030–2039 oraz 35 slotów rocznie w latach 2040–2044. Po zwiększeniu parametrów technicznych terminalu FSRU 2 do 58 slotów rocznie poziom rezerwacji w całym okresie świadczenia usług ma wynosić około 74 proc. Dla Gaz-Systemu jest to argument, że projekt ma potwierdzenie rynkowe, a więc nie jest wyłącznie inwestycją planowaną administracyjnie, lecz odpowiedzią na deklarowane zapotrzebowanie uczestników rynku.

Osobne znaczenie ma decyzja PGE, czyli największej grupy elektroenergetycznej w kraju. Spółka podpisała z Gaz-Systemem umowę na korzystanie z usług regazyfikacji LNG w planowanym terminalu FSRU 2, a szacowany poziom jej zaangażowania finansowego wynosi około 2,8 mld zł w okresie 15 lat od uruchomienia jednostki. Równolegle PGE przystąpiła do umowy współdzielenia slotów z operatorem i pozostałymi użytkownikami terminalu, co ma zapewnić większą elastyczność w korzystaniu z nowej infrastruktury. W ten sposób PGE chce zabezpieczyć własny dostęp do paliwa potrzebnego w procesie transformacji energetycznej, szczególnie w kontekście rozwoju źródeł gazowych, które mają wspierać stabilność systemu.

Podobny kierunek widać w decyzji Enei. Umowę podpisała Enea Trading, która uzyskała prawo do 7 slotów regazyfikacyjnych rocznie przez 15 lat od 2030 r. Szacowana wartość opłat za usługi regazyfikacji w tym okresie wynosi około 1,23 mld zł. Enea podkreśla, że dostęp do terminalu zwiększy możliwości dywersyfikacji źródeł dostaw gazu, ograniczy ekspozycję na zmienność rynku i pozwoli lepiej zarządzać kosztami zakupu paliwa.

Reklama

Swoje miejsce w projekcie zabezpieczył również Orlen. Koncern zarezerwował 12 slotów rocznie w latach 2030–2039, co odpowiada możliwości odbioru około 1,25 mld m sześc. gazu ziemnego po regazyfikacji rocznie. Po uwzględnieniu terminalu w Świnoujściu, pierwszego FSRU w Gdańsku, rezerwacji w FSRU 2 oraz dostępu do terminalu w Kłajpedzie łączne możliwości importowe LNG Grupy Orlen mają przekroczyć 16 mld m sześc. gazu rocznie. Unimot z kolei wskazywał, że jego rezerwacja pozwala na obsługę do 12 dostaw LNG rocznie.

Według Gaz-Systemu realizacja obu jednostek FSRU w Zatoce Gdańskiej, razem z terminalem w Świnoujściu, Baltic Pipe oraz połączeniami transgranicznymi, ma zasadniczo zmienić pozycję Polski na mapie gazowej regionu. Operator wskazuje, że od 2030 r. Polska będzie dysponować niemal 50 mld m sześc. rocznych zdolności importowych gazu. Ta liczba obejmuje nie tylko LNG, ale także inne kierunki dostaw i połączenia z sąsiednimi systemami. W założeniu ma to pozwolić Polsce nie tylko zaspokajać własne potrzeby, ale także odgrywać większą rolę w dostawach dla Europy Środkowej i Wschodniej. Gaz z terminali nad Bałtykiem mógłby trafiać do krajowego systemu, a następnie przez interkonektory do naszych sąsiadów, w tym na południe regionu.

Gdzie kończy się bezpieczeństwo, a zaczyna ryzyko

Dopiero po zestawieniu skali planowanych zdolności importowych z realnymi potrzebami rynku widać, że projekt FSRU 2 wykracza poza prostą logikę dodatkowego zabezpieczenia dostaw. Jeśli traktować go wyłącznie jako element wzmacniający odporność systemu, uzasadnienie jest stosunkowo czytelne, ponieważ po kryzysie energetycznym państwo chce mieć więcej punktów wejścia gazu do kraju, większy margines bezpieczeństwa oraz możliwość sprowadzania LNG z różnych kierunków. Jeżeli jednak FSRU 2 ma pełnić rolę nie tylko dodatkowego zabezpieczenia krajowego systemu, lecz jednego z filarów polskich ambicji hubowych, poprzeczka dla tej inwestycji znajduje się znacznie wyżej. W takim ujęciu nie chodzi już wyłącznie o samą możliwość sprowadzenia większych ilości gazu do Polski. Decydujące staje się to, czy dla tego surowca znajdą się stabilni odbiorcy w kraju i poza jego granicami, a więc czy rynek rzeczywiście będzie w stanie wypełnić infrastrukturę projektowaną z myślą o znacznie szerszej roli niż tylko zabezpieczenie krajowego zapotrzebowania.

Gaz-System wskazuje, że od 2030 r. Polska ma dysponować niemal 50 mld m sześc. rocznych zdolności importowych gazu. Sama skala tych możliwości pokazuje jednak, że projekt nie jest planowany wyłącznie pod krajowe potrzeby. Aby ta strategia się obroniła, Polska musiałaby stać się realnym punktem dystrybucji surowca dla Europy Środkowej. To ambitna koncepcja, ale jej powodzenie będzie zależeć nie od deklaracji, lecz od cen, kontraktów, przepustowości połączeń transgranicznych i faktycznego zainteresowania odbiorców.

Reklama

Ostudzony entuzjazm

Na ten problem zwracają uwagę eksperci ostrożniej podchodzący do entuzjazmu wokół FSRU 2. W ich ocenie sama decyzja o budowie drugiej pływającej jednostki w Gdańsku może być racjonalna z punktu widzenia odporności systemu, ale dużo trudniej jednoznacznie obronić ją z perspektywy przyszłego wykorzystania infrastruktury. Paweł Czyżak, dyrektor programu europejskiego w think-tanku Ember, w rozmowie z Energetyką24 podkreśla, że w obecnych warunkach kluczowe znaczenie mają prognozy popytu, tempo rozbudowy infrastruktury LNG w Europie oraz realne możliwości przesyłania gazu dalej do regionu.

Patrząc na prognozy zapotrzebowania na gaz oraz skalę rozbudowy infrastruktury gazowej w regionie, trudno mi jednoznacznie powiedzieć, czy rzeczywiście potrzebujemy drugiego terminalu FSRU. Istnieje dość istotne ryzyko, że ta infrastruktura nie będzie w pełni wykorzystywana, a to rodzi pytania o jej opłacalność. Nie wiem, czym dokładnie kierowali się decydenci, podejmując tę decyzję. Oczywiście można wskazać argumenty związane z bezpieczeństwem dostaw, bo dwa terminale dają większą odporność systemu niż jeden. Z drugiej strony mówimy jednak o dużym wydatku publicznym. Jeżeli terminal miałby pracować poniżej swoich możliwości, to taka inwestycja staje się kontrowersyjna.
mówi Czyżak

Tak postawiona diagnoza nie podważa samego argumentu bezpieczeństwa, ale pokazuje jego granice. W przypadku infrastruktury krytycznej pewien nadmiar mocy jest naturalny, bo system gazowy nie może być projektowany wyłącznie pod scenariusz spokojnego rynku i pełnej przewidywalności dostaw. Państwo potrzebuje rezerwy, alternatywnych kierunków importu i odporności na sytuacje kryzysowe. Inaczej ocenia się jednak rezerwę bezpieczeństwa, a inaczej projekt, który ma być jednocześnie inwestycją komercyjną, narzędziem konkurencji i fundamentem regionalnego hubu. Wtedy kluczowe jest nie tylko samo powstanie terminalu, lecz także jego realne wykorzystanie. A ekonomia terminali LNG jest stosunkowo bezwzględna. Im większy wolumen surowca przechodzi przez instalację, tym łatwiej uzasadnić koszty jej budowy, utrzymania i obsługi. Jeśli wykorzystanie infrastruktury będzie niższe od oczekiwań, koszty nie znikną, lecz zostaną rozłożone na użytkowników terminalu, opłaty za regazyfikację, taryfy albo pośrednio na działalność spółek, które zarezerwowały dostęp do jego usług.

Reklama

W przypadku PGE i Enei własny dostęp do globalnego rynku LNG może wzmacniać bezpieczeństwo paliwowe i elastyczność zakupową, ale oznacza też wieloletnie zobowiązania. Ich sens będzie zależał od tego, czy gaz pozostanie ważnym paliwem w krajowej elektroenergetyce oraz czy import przez FSRU okaże się konkurencyjny cenowo. Dlatego kluczowe pytanie nie brzmi, czy kolejny terminal zwiększa odporność systemu, bo ją zwiększa, lecz czy skala tej rozbudowy odpowiada kierunkowi, w którym zmierza europejski rynek gazu.

Europa buduje terminale szybciej niż rośnie popyt

Z zestawienia IEEFA wynika, że planowane zdolności importowe terminali LNG w Europie rosną znacznie szybciej niż prognozowane zapotrzebowanie na skroplony gaz. Infrastruktura ma w najbliższych latach przekraczać poziom 400 mld m sześc. rocznie, podczas gdy popyt na LNG po wzroście wywołanym kryzysem energetycznym ma stopniowo spadać i pod koniec dekady znajdować się zdecydowanie niżej.

Wykres
Wykres
Autor. LEEFA

To istotny kontekst dla oceny polskiej inwestycji. FSRU 2 powstawałby w Europie, w której coraz większym wyzwaniem może być nie brak infrastruktury LNG, lecz jej nadmiar wobec słabnącego popytu na gaz. W takim układzie nowe terminale będą musiały rywalizować nie tylko o dostęp do surowca, ale przede wszystkim o klientów gotowych z nich korzystać. Polska nie wchodzi więc na pusty rynek, lecz do segmentu, w którym wiele państw ma już własne moce importowe albo właśnie je rozbudowuje.

Ten wątek szczególnie mocno wybrzmiewa w ocenie Czyżaka, który wskazuje, że polskie ambicje gazowe pojawiają się relatywnie późno wobec inwestycji prowadzonych już przez inne państwa.

Reklama
Wchodzimy do tego wyścigu dość późno. Polska rozbudowuje infrastrukturę gazową w momencie, gdy Europa jako całość zmierza raczej w stronę ograniczania zużycia gazu. Trudno wskazać scenariusz, w którym długoterminowe zapotrzebowanie na gaz w Europie miałoby istotnie rosnąć. Bardziej prawdopodobne jest, że będzie ono stopniowo spadać. Oczywiście w krajach takich jak Polska może dojść do przejściowego wzrostu zużycia, ponieważ część węgla będzie zastępowana gazem. To jednak raczej perspektywa średnioterminowa, a nie trwały trend na dekady.
Uważa Paweł Czyżak

To ważne rozróżnienie. Polska może rzeczywiście potrzebować więcej gazu w najbliższych latach, szczególnie jeśli nowe bloki gazowe będą przejmować część roli wycofywanych jednostek węglowych. Nie oznacza to jednak automatycznie, że kraj będzie potrzebował tak dużych zdolności importowych przez dekady. Gaz jako paliwo przejściowe ma sens tylko wtedy, gdy pozostaje przejściowe, a im więcej infrastruktury i długoterminowych zobowiązań powstaje wokół niego, tym większe ryzyko, że przejściowość zostanie zastąpiona trwałym uzależnieniem od paliwa, którego Europa chce stopniowo używać mniej.

Na ograniczenia tej wizji zwraca uwagę ekspert, według którego opłacalność FSRU 2 będzie zależała przede wszystkim od tego, czy terminal będzie realnie i intensywnie wykorzystywany.

Trudno dziś jednoznacznie ocenić opłacalność takiego projektu, ponieważ terminale gazowe mają sens przede wszystkim wtedy, gdy są intensywnie wykorzystywane. Jeżeli mówimy o utylizacji na poziomie około 50 procent, to jest to bardzo mało. Wydaje mi się, że pierwotna wizja zakładała, iż część gazu mogłaby być przesyłana dalej, między innymi na Słowację. Słowacja, Węgry czy Austria to kraje, dla których odcięcie się od rosyjskiego gazu nadal pozostaje dużym wyzwaniem. W tym sensie można sobie wyobrazić scenariusz, w którym część surowca z Polski trafiałaby właśnie na południe Europy Środkowej.
Stwierdził Czyżak

Jednocześnie sam terminal, nawet jeśli zwiększa techniczne możliwości sprowadzania LNG, nie tworzy automatycznie hubu gazowego. Do tego potrzebne są stabilne przepływy, odbiorcy gotowi rezerwować przepustowość, konkurencyjna cena surowca oraz sprawne połączenia z sąsiednimi rynkami. Polska może więc stać się jedną z bram dostępu do LNG dla Europy Środkowej, zwłaszcza dla państw, które nadal szukają alternatywy wobec rosyjskiego gazu, ale nie jest to efekt gwarantowany samym powstaniem nowej jednostk.

Największa niepewność wokół FSRU 2 nie dotyczy samego pytania, czy Polska będzie miała gdzie przyjąć LNG, ale tego, czy dostęp do dodatkowej infrastruktury przełoży się na realnie korzystne warunki zakupu gazu. Terminal zwiększa możliwości importowe, ale nie rozwiązuje podstawowego problemu rynku LNG, czyli zmienności cen i konkurencji o ładunki. Skroplony gaz nie jest przypisany do jednego kierunku ani jednego odbiorcy. LNG płynie tam, gdzie w danym momencie można uzyskać najlepszą cenę, dlatego w okresach napięcia Europa musi rywalizować o dostawy z Azją, a polskie spółki, nawet mając zarezerwowane sloty w terminalu, nadal będą wystawione na globalne wahania cen, ograniczoną dostępność ładunków i konkurencję ze strony innych sposobów bilansowania systemu.Na ten problem wyraźnie zwraca uwagę Paweł Czyżak

Kluczowe pytanie brzmi, na ile globalny bilans popytu i podaży gazu rzeczywiście się domyka. W tej chwili sytuacja jest napięta, a Europa musi konkurować o LNG z Azją, co automatycznie podbija ceny. Pytanie więc nie dotyczy wyłącznie tego, czy będziemy mieli terminal, ale również tego, czy gaz będzie fizycznie dostępny i po jakiej cenie. Import LNG z USA do Europy w ostatnim czasie wyraźnie spadł, co dodatkowo pokazuje skalę niepewności. Trzeba też pamiętać, że popyt na gaz rośnie również w samych Stanach Zjednoczonych.
mówi Paweł Czyżak
Reklama

Amerykański wymiar dywersyfikacji

W tym miejscu pojawia się również wątek amerykański. FSRU 2 nie jest oczywiście terminalem przypisanym wyłącznie do amerykańskiego LNG, ponieważ jego użytkownicy będą mogli kontraktować surowiec na rynku globalnym. Mimo to kierunek amerykański pozostaje kluczowy, bo po odejściu od rosyjskiego gazu dostawy z USA stały się dla Europy ważnym narzędziem dywersyfikacji. W Polsce ten kontekst obejmuje także energetykę jądrową i zakupy wojskowe, dlatego rozmowa o LNG dotyczy również ryzyka przesuwania kolejnych obszarów bezpieczeństwa w stronę USA.

Coraz mniej osób ma pewność, że w sytuacji realnego kryzysu Stany Zjednoczone będą gotowe aktywnie wspierać Europę. W tym kontekście pojawia się pytanie, czy powinniśmy dalej pogłębiać zależność od amerykańskich surowców. Już dziś jesteśmy od nich w znacznym stopniu uzależnieni. Nie wiem, czy z punktu widzenia niezależności, dywersyfikacji i długoterminowego bezpieczeństwa państwa jest to najlepsza strategia. Mamy już duży projekt jądrowy realizowany z udziałem amerykańskiej technologii oraz inne kontrakty gazowe. Dokładanie kolejnych elementów do tej puli zależności, zwłaszcza przy niestabilności polityki administracji Donalda Trumpa, budzi moje obawy.
uważa Paweł Czyżak

Dlatego FSRU 2 warto oceniać nie tylko przez pryzmat tego, ile gazu Polska będzie mogła sprowadzić, ale także tego, jaką rolę gaz ma realnie pełnić w systemie energetycznym po 2030 r. Jeżeli nowe bloki gazowe będą pracować głównie jako źródła bilansujące OZE, ich znaczenie dla bezpieczeństwa mocy może być duże, ale zużycie paliwa nie musi rosnąć proporcjonalnie do zainstalowanej infrastruktury. To istotna różnica, bo terminal LNG jest inwestycją wolumenową, która najlepiej broni się przy regularnym przepływie dużych ilości surowca, podczas gdy energetyka coraz częściej będzie potrzebowała gazu raczej jako elastycznej rezerwy niż paliwa pracującego w podstawie systemu. Jeśli transformacja przyspieszy, a magazyny energii, zarządzanie popytem, OZE i w przyszłości atom ograniczą liczbę godzin pracy jednostek gazowych, ekonomika kolejnych mocy LNG stanie się znacznie trudniejsza do obrony.

Reklama

Zobacz również

Reklama