Reklama
Reklama
  • ANALIZA
  • OPINIA
  • WIADOMOŚCI

Finansjeryzacja natury – od wspólnego dobra do aktywa spekulacyjnego

money-and-plant-2026-03-26-04-35-25-utc
money-and-plant-2026-03-26-04-35-25-utc
Autor. Chatham172 / Envato

Rekordowe emisje CO2 i aktywa „zielonych” funduszy oraz coraz droższy prąd. Unijny system handlu uprawnieniami miał ratować klimat, a w praktyce stał się polem do spekulacji, za którą płacą zwykli obywatele.

Reklama

Jak wskazuje raport Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA), globalne emisje CO2 wzrosły w 2022 roku o 0,9 proc., do rekordowych 36,8 mld ton. W tym samym roku aktywa funduszy ESG miały, według prognozy Bloomberg Intelligence, przekroczyć 41 bilionów dolarów. Pieniędzy w „zielonych finansach” jest więcej niż kiedykolwiek, a emisje nadal rosną.

Finansjeryzacja natury

To, co przez wieki było fundamentem ludzkiego życia, czyli elementy natury takie jak powietrze, naturalny obieg wody czy różnorodność biologiczna lasów deszczowych, zostało przypisane i skondensowane pod postacią instrumentów pochodnych, a następnie sprzedane na całym świecie.

Biosfera przestaje być dobrem wspólnym, stając się aktywem spekulacyjnym w portfelu inwestycyjnym. Ten proces nazywa się finansjeryzacją natury.

Działanie obecnych mechanizmów rynkowych nie jest odpowiednim rozwiązaniem do uratowania środowiska czy zapobiegania katastrofom klimatycznym, a jedynie przykrywką do tego, co się rzeczywiście dzieje.

Fikcyjne towary - teoria

Już w 1944 r. węgierski ekonomista Karl Polanyi w książce „The Great Transformation” pisał, że ujęcie ziemi i przyrody jako towaru jest fikcją prowadzącą do destrukcji ekologicznej oraz społecznej. Autor zauważył, że w gospodarce rynkowej istnieją rzeczy, które są sprzedawane i kupowane na rynku, ale nie zostały wyprodukowane z myślą o sprzedaży. Te tzw. towary fikcyjne istnieją niezależnie od rynku, a rynek próbuje je zawłaszczyć. Według Polanyi’ego są to praca, pieniądze oraz natura.

Systemy handlu emisjami czy kredyty węglowe robią dokładnie to, przed czym ostrzegał autor książki. Rynki dążą do totalnej ekspansji i podporządkowania sobie wszystkich sfer, próbując zamienić dobro wspólne w towar rynkowy.
Reklama

Dlaczego to nie działa? W przypadku zwykłego towaru, jak torebka, gdy cena rośnie, rośnie również produkcja, bo podaż jest elastyczna. Natomiast w przypadku natury, towaru fikcyjnego, gdy cena wody wzrośnie, deszcz nie zaczyna padać częściej, a podaż jest nieelastyczna. Rynek nie potrafi naprawić natury za pomocą ceny, za to może doprowadzić do jej zniszczenia.

Polski wyjątek

Świetnym przykładem na to, że odpowiedzialność za środowisko może być realizowana inaczej niż poprzez emitowanie instrumentów pochodnych, jest Polska w latach dziewięćdziesiątych. Chcąc restrukturyzować dług pozostały z czasów PRL, rząd zadecydował, że będzie przekonywać wierzycieli do ekokonwersji, czyli umorzenia części zadłużenia na rzecz inwestowania w ochronę środowiska we współpracy z krajami zachodnimi.

Dzięki wysokim opłatom za emisję, których środki trafiały do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, sfinansowano projekty takie jak oczyszczalnia ścieków „Czajka” w Warszawie, instalacje do odsiarczania spalin w Elektrowni Bełchatów czy sieci wodociągowe i kanalizacja na wsiach. Według raportu OECD z 1995 roku polska ekokonwersja była wzorem tego, jak można finansować budowę infrastruktury ekologicznej.

Reklama

Wszystko zmieniło się po dołączeniu Polski do Unii Europejskiej. Wraz z przyjęciem systemu EU ETS polska gospodarka, oparta w 90% na węglu, doznała szoku związanego z regulacją. Stała kwota za emisję, uregulowana przez prawo administracyjne, została wymieniona na płynne aktywa finansowe, których ceny narzucały giełdy w Londynie i Lipsku. Skutkiem tego pieniądze, które wcześniej trafiały do funduszu, a następnie do inwestycji na rzecz środowiska, szły na zakup uprawnień do emisji czy do spekulantów.

Problem uprawnień emisyjnych

System Handlu Uprawnieniami do Emisji (EU ETS), wprowadzony w 2005 roku, jest projektem kluczowym dla Unii Europejskiej i największym tego typu na świecie. Działa na zasadzie Cap and Trade: Komisja Europejska jako organ regulujący wyznacza limit zanieczyszczeń dla całego kontynentu, który musi się z roku na rok zmniejszać, realizując zakładane cele klimatyczne. Zgodnie z dyrektywą 2003/87/WE za każdą wyemitowaną tonę CO2 firmy przemysłowe i energetyczne muszą posiadać i umarzać pozwolenia EUA (European Union Allowance).

Cena uprawnień do emisji miała być konkretnym sygnałem, aby przy wysokich cenach warto było inwestować w nowe technologie, energie odnawialne czy energię atomową. Miał to być punkt, który zmusi fabryki i elektrownie do modernizacji, a tak zwane „trucie” miało stać się dla nich nieopłacalne biznesowo.
Reklama

Niestety w rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej: to, co miało być stabilnym i skutecznym narzędziem przemian ekologicznych w Europie, stało się jednym z najpopularniejszych i najbardziej zmiennych aktywów finansowych na świecie.

Finansjeryzacja atmosfery

Sektor finansowy wyczuł na rynku węglowym okazję do spekulowania i dywersyfikacji portfela. Uprawnienia do emisji stały się towarem takim jak ropa, złoto, miedź czy ostatnio popularne kryptowaluty. Popyt ze strony fabryk i faktyczny poziom produkcji i emisji CO2 przestały decydować o cenie na rynku.

Zamiast tego wycena zależy od światowych giełd, stóp procentowych banków centralnych oraz spekulacji nastawionych na zysk. Wyraźnie widać to w czasie kryzysu energetycznego na przełomie 2021 i 2022 roku. Wobec agresji Rosji na Ukrainę i związanego z nią szantażu gazowego ze strony Gazpromu, który ograniczył dostawy gazu do Europy przed zimą, gaz stał się bardzo drogi, dlatego powrócono do węgla.

Reklama

Ostateczne koszty takich wahań cen są przerzucane na końcowego odbiorcę – zwykłych obywateli, to oni mierzą się z wysokimi cenami energii. Przykładem jest Polska, w której energetyka w 70 proc. opiera się na węglu, a on emituje ogromne ilości CO2.

Mechanizm, który miał karać największych emitentów dwutlenku węgla, zamienił się w ukryty podatek regresywny. Najbardziej odczują go najuboższe gospodarstwa domowe, w których rachunki za energię elektryczną i ogrzewanie stanowią wysoką część wydatków.

Podobny mechanizm widać we Francji, gdzie protest tak zwanych „żółtych kamizelek” wybuchł po podniesieniu przez władze podatku paliwowego, który miał zachęcić do rezygnacji z samochodów i zmniejszyć emisje. Mieszkańcy, którzy dojeżdżali do pracy z prowincji, zostali obciążeni kosztami transformacji, podczas gdy korporacje i lotnictwo korzystały z ulg. Pojawiło się wtedy słynne hasło „Elity martwią się o koniec świata, my martwimy się o koniec miesiąca”, które idealnie oddaje hipokryzję zielonego kapitalizmu.

Reklama

ESG, a greenwashing

Według Bloomberg Intelligence aktywa zarządzane według kryteriów ESG przekroczyły w 2020 roku 35 bilionów dolarów, a do 2025 roku mogą sięgnąć 50 bilionów, czyli jednej trzeciej wszystkich aktywów inwestycyjnych na świecie. Rynki przedstawiają ofertę w bardzo zachęcający sposób, przekonując, że możemy zarabiać, czyniąc dobro. Pytanie, co faktycznie za tym stoi.

Dobrym przykładem jest certyfikacja BREEAM (Building Research Establishment Environmental Assessment Method), wykorzystywana przez korporacje i deweloperów, którzy chcą podnieść poziom swoich nieruchomości i spełnić wymogi ESG. Masowo ubiegają się oni o taki certyfikat, a jednym z kryteriów jest korzystanie z odnawialnych źródeł energii.

W praktyce firmy kupują na rynku Gwarancje Pochodzenia, czyli instrumenty poświadczające, że określona ilość energii została wytworzona przez odnawialne źródła. Firma płaci wtedy wyższą stawkę za prąd, a w zamian może ogłosić, że jest ekologiczna, mimo że nie posiada żadnych odnawialnych źródeł na swoim terenie, a prąd, którego używa, może pochodzić np. z elektrowni węglowej. Bycie ekologicznym jest możliwe za wykupieniem „abonamentu”, a certyfikat jest formą marketingu, a nie realną zmianą w organizacji.

Reklama

W systemie przyznawania kredytów istnieje metoda, która pozwala określić, czy kredytobiorca będzie w stanie spłacić zobowiązanie, a wyniki różnych systemów są ze sobą zgodne w 99%. W ESG jest przeciwnie: brakuje obiektywnego systemu, który pozwoliłby określić, co faktycznie jest ekologiczne, a co nie.

Z badania Berga, Koelbela i Rigobona, opublikowanego w „Review of Finance” w 2022 roku, wynika, że korelacja ocen ESG wystawianych przez różne agencje wynosi od 0,38 do 0,71. W praktyce ta sama firma może być liderem ESG według jednej agencji, a przeciętniakiem według drugiej.

Warto zerknąć na to, gdzie faktycznie trafiają środki. Miliardy dolarów z funduszy przeznaczonych na wsparcie ochrony klimatu, logicznie patrząc, powinny trafiać do koncernów emitujących ogromne ilości dwutlenku węgla, w celu budowy farm wiatrowych, elektrowni wodnych czy modernizacji sieci energetycznych. W rzeczywistości trafiają do gigantów technologicznych, takich jak Google, Microsoft, Amazon czy Apple, które dominują w portfelach funduszy ESG. To forma błędnej alokacji zasobów: rynek przyznaje fundusze tym, którzy nie potrzebują ich do zmniejszania emisji, zamiast tym, którzy generują olbrzymie ich ilości.

Reklama

Lata 2021–2022 pokazały, jak działa rynek, któremu oddano naturę: rekordowe aktywa w funduszach ESG szły w parze z rekordowymi emisjami, a rachunek za wahania cen uprawnień trafiał do odbiorców energii. Ratowanie środowiska nie powinno odbywać się wyłącznie w rękach rynku finansowego, bo nie da się naprawić planety za pomocą mechanizmów, które ją niszczą. Zamiast inwestować w papiery wartościowe, powinniśmy inwestować w infrastrukturę, która faktycznie ma moc zmniejszyć emisje.

Dominika Malinowska, studentka studiów magisterskich na Akademii Łazarskiego w Warszawie, analityk finansowy

Reklama