• Partner główny
    Logo Orlen

Strona główna

Kryzys w Egipcie zagraża geostrategicznym interesom USA

  • photo
    photo
  • Platformy wiertnicze firmy Nexen na Morzu Północnym - fot. Nexen

Narastający kryzys w Egipcie stanowi poważny problem polityczny i militarny dla rządu USA. Nie tylko ze względu na znaczne wsparcie finansowe dla egipskiej armii, która odsunęła od władzy pierwszego legalnie wybrane prezydenta, Mohammada Mursiego. Również z powodu ogromnego znaczenia Egiptu dla działań sił zbrojnych USA. Nie tylko w regionie Bliskiego Wschodu. 



Eskalacja przemocy w Egipcie poważnie skomplikowała sytuację amerykańskiej administracji. Prezydent Obama i jego współpracownicy bardzo starali się nie nazywać odsunięcia prezydenta Mohammeda Mursiego od władzy "przewrotem wojskowym". Nawet, jeśli zarówno światowa jak i amerykańska opinia publiczna nie może inaczej ocenić sytuacji z jaką mamy do czynienia.

Czytaj też - Barack Obama odwołuje egipsko-amerykańskie manewry wojskowe

Jednak zgodnie z amerykańskim prawem nazwanie rzeczy po imieniu zmusiłoby USA do wstrzymania wszelkiej pomocy wojskowej dla Egiptu. A mówimy tu o sumie około półtora miliarda dolarów rocznie. Oczywiście nie jest to bezinteresowny wkład w obronność bliskowschodniego kraju. W zamian za dostęp do ogromnych funduszy i nowoczesnych technologii USA uzyskuje całkiem wymierne korzyści. Które obecnie są zagrożone.

Kanał Sueski i tranzyt powietrzny 

Egipt jest bardzo istotny krajem tranzytowym dla operacji USA w Afganistanie, na bliskim wschodzie i w basenie Morza Śródziemnego. Zgodnie z danymi U.S. Central Command w ubiegłym roku ponad 2000 amerykańskich samolotów wojskowych przeleciał przez przestrzeń powietrzną Egiptu, wspierając misje w Afganistanie i na całym Bliskim Wschodzie.  

Czytaj również - Masowe zamieszki w Egipcie

O wiele istotniejszy jest jednak Kanał Sueski, zarówno w kontekście szybkości, jak i kosztów operowania okrętów wojennych i realizacji dostaw dla sił zbrojnych USA. W ciągu roku kanał przebywa niemal pięćdziesiąt okrętów Piątej Floty, wliczając w to największe amerykańskie lotniskowce. Okręty US Navy mogą zawsze liczyć na "uprzywilejowane" traktowanie przy przekraczaniu Kanału Sueskiego, zamiast czekać w nieodmiennie długiej kolejce.

Tak więc amerykańska pomoc wojskowa dla Egiptu, kiedy obierzemy ją ze szczytnych haseł i dyplomatycznych ozdobników, jest w zasadzie rodzajem "bakszyszu". A "bakszysz", to nic innego jak pół-oficjalna w tej części świata łapówka za "ochronę" i bezpieczny przejazd. Amerykanie płacą więc od dziesięcioleci, zarówno za spokój swych samolotów i okrętów, jak również za "ochronę" swego najważniejszego w rejonie sojusznika - Izraela.

Cena skuteczności, koszty politycznej poprawności

W tej sytuacji administracja Obamy stąpa w kwestii Egiptu po wąskiej ścieżce pomiędzy kosztami militarnymi a politycznymi. Oczywiście brak zdecydowanego i szybkiego potępienia  przewrotu wojskowego jaki nastąpił w Egipcie, spotkały się z ostrą krytyką amerykańskiej opozycji i obrońców praw człowieka. Z drugiej strony, zamrożenie pomocy i silne"schłodzenie" stosunków z Egiptem może kosztować Amerykę bardzo wiele. Zwłaszcza w kontekście działań wojskowych, na co w okresie ostrych cięć budżetowych i poszukiwania oszczędności Departament Obrony nie może sobie pozwolić.

Wstrzymanie pomocy finansowej dla Egiptu nie skończyłoby się raczej całkowitym zamknięciem przestrzeni powietrznej i wodnej dla amerykańskich samolotów i okrętów. Przynajmniej nie od razu. Jednak gdyby tak się stało, to amerykańskie siły zbrojne poniosłyby ogromne koszty i znacznie wzrósłby czas tranzytu strategicznych zasobów i sił. Na przykład bez dostępu do Kanału Sueskiego, okręty US Navy musiałby w drodze do Zatoki Perskiej opływać całą Afrykę.

Oczywiście jest to ekstremalny scenariusz, ale nawet rozluźnienie związków z USA wystawia Egipt na inne pokusy. Już teraz do tego kraju wędrują ogromne sumy pieniędzy z krajów Zatoki Perskiej, które zawsze chętnie będą wspierać każdego, kto trzyma z daleka od władzy ekstremistów z Bractwa Muzułmańskiego. Będacy u włdzy wojskowi mogą więc poczuć, że amerykańskich pieniędzy nie potrzebują aż tak bardzo.

Nie trzeba też wiele, aby Egipcjanie przypomnieli sobie o niechęci do nacisków ze strony zachodnich mocarstw i potęgi jaką daje im strategiczna lokalizacja. Lekcja nie jest odległa w czasie, jak choćby zamknięcie Kanału Sueskiego w wyniku arabsko-izraelskiej wojny sześciodniowej w 1967 roku. Wielu pamięta też, że to właśnie USA popierało reżim Hosniego Mubaraka niemal do pierwszych dni rewolucji 2011 roku. Barack Obama był tego świadom, mówiąc w miniony czwartek - Wszyscy obwiniają Amerykę, ale tylko sami Egipcjanie mogą rozwiązać własne problemy.

Niezręczna splot sytuacji

Prezydent jest więc obecnie w niezręcznej sytuacji. Z jednej strony stara się utrzymać dobre stosunki z Egiptem, z drugiej, zachować wizerunek obrońcy demokracji i praw człowieka, które w tym kraju są masowo łamane. Odwołanie wspólnych manewrów wojskowych, czy wstrzymanie dostaw myśliwców F-16 to symboliczne gesty i nie wystarczą na długo. Ciosy politycznych przeciwników padają coraz celniej.

Prezydent Obama potępia przemoc w Egipcie, ale Ameryka ciągle daje na to pieniądze - komentował na Twitterze republikański senator Rand Pau, który w lipcu nieskutecznie forsował w Senacie wstrzymanie pomocy dla Egiptu. - Nasza polityka zagraniczna zawodzi na całym Bliskim Wschodzie: chaos w Libii, wojna domowa w Syrii, odrodzenie terrorystów w Iraku i teraz Egipt - wtóruje mu inny republikanin, Lindsey Olin Graham i konstatuje.

Tak więc administracja prezydenta Obamy ma obecnie do rozwiązania wiele powiązanych ze sobą kwestii i sprzecznych interesów krzyżujących się w Egipcie. A najważniejsza z nich pozostaje utrzymanie w sferze swych wpływów kraju, w którym brutalna wojskowa junta obaliła legalnie wybranego prezydenta, przedstawiciela fundamentalnych ruchów muzułmańskich.

Juliusz Sabak

Komentarze