• Partner główny
    Logo Orlen

Gaz

Wojny szpiegów o Nord Stream 2. Wywiady państw UE walczą z rosyjskim gazem?

Fot. Manish Prabhune / Flickr
Fot. Manish Prabhune / Flickr

Ostatnie miesiące to wyjątkowo trudny czas dla inwestorów zaangażowanych w budowę rurociągu Nord Stream 2. Choć projekt od samego początku budził liczne kontrowersje i sprzeciw części krajów członkowskich, to wielu ekspertów prorokowało, że szanse na zaszkodzenie mu są bardzo niewielkie i lepiej dogadać się z Rosjanami, niż kontynuować „antynordstreamową krucjatę”. Wydarzenia ostatnich kilku miesięcy każą jednak spojrzeć na tę kwestię z nieco innej perspektywy, ponieważ nad rosyjsko - niemieckim gazociągiem zbiera się coraz więcej czarnych chmur. Warto wykorzystać nadarzającą sie okazję.

Omawiane poniżej wydarzenia, choć w wielu przypadkach nie są ze sobą wprost powiązane, należy rozpatrywać w kategoriach pewnej tendencji - w tym przypadku wyjątkowo niekorzystnej zarówno z punktu widzenia bezpośrednich inwestorów, jak i polityków, którzy szczodrze darzą Nord Stream 2 swoim wsparciem. Oczywiście zapewniając na tym samym oddechu, że jest to przedsięwzięcie natury ekonomicznej – aż chciałoby się powiedzieć – diabeł się w ornat ubrał i ogonem na mszę dzwoni. Niemniej, coraz bardziej oczywistym staje się, że przy spełnieniu kilku warunków (które dziś trudno już uznać za nierealne), może dojść co najmniej do opóźnienia inwestycji oraz zmniejszenia jej ekonomicznej opłacalności. Przyjrzyjmy się pokrótce największym zagrożeniom dla budowy magistrali.

Niewielu obserwatorów spodziewało się, że pod rządami Donalda Trumpa, powszechnie oskarżanego o niejasne powiązania z Rosjanami (głównie za sprawą współpracowników), polityka energetyczna supermocarstwa będzie tak asertywna. Po zaprzysiężeniu na 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych miliarder podjął działania zmierzające do „ekonomizacji” stosunków międzynarodowych i udzielenia większego wsparcia amerykańskim koncernom operującym poza granicami kraju. W wymiarze europejskim (mówimy rzecz jasna cały czas o sektorze energii) oznacza to wejście na kurs kolizyjny z Moskwą, co szczególnie widoczne stało się w ostatnich miesiącach.

I choć prace związane z wdrażaniem w życie zapisów ustawy pozwalającej nałożyć sankcje na europejskie firmy zaangażowane w rosyjskie projekty energetyczne (głównie Nord Stream 2) przebiegają z opóźnieniem (termin minął w listopadzie 2017), to szczególnie w ostatnich tygodniach obserwować możemy zaostrzenie retoryki wobec energetycznych poczynań Rosjan. Na początku minionego tygodnia rzeczniczka amerykańskiej dyplomacji, Heather Nauert, zagroziła europejskim firmom, współpracującym z Gazpromem przy budowie bałtyckiej rury, objęciem obostrzeniami na mocy ustawy CAATSA. Dodała również, że poczynania Kremla na rynku gazu, ukierunkowane na pozbawienie ukraińskich rodzin dostępu do surowca, są niegodziwością i nigdy nie powinny mieć miejsca. Nieco wcześniej, tuż po próbie wywołania przez Kreml kolejnego kryzysu gazowego (o czym jeszcze za chwilę) Heather Nauert, zakomunikowała, że rosyjskie plany przedstawienia Kijowa jako niewiarygodnego partnera gazowego, spaliły na panewce –wzmacniającym tym samym coraz powszechniejszą percepcję problemu.

Wiele wskazuje, że nie są to jedynie czcze pogróżki, ponieważ austriacka OMV, jeden z najbliższych sojuszników Gazpromu na Starym Kontynencie, ogłosiła niedawno, że zamierza sprowadzać „błękitne paliwo” ze… Stanów Zjednoczonych. Komentatorzy raczej zgodnie odczytali tę decyzję, jako chęć zapewnienia sobie pewnego rodzaju polisy, zabezpieczającej przed konsekwencjami wspierania rosyjskiej ekspansji energetycznej.

undefined

Ze stanowiskiem supermocarstwa mocno powiązane wydaje się być również stanowisko Duńczyków, którzy kilka miesięcy temu przyjęli regulacje pozwalające na zablokowanie budowy rurociągów z powodu ich wpływu na bezpieczeństwo lub politykę zagraniczną. Przedstawiciele Nord Stream 2 AG, w tym m.in, dyrektor finansowy Paul Corcoran, nie kryli do niedawna, iż może to doprowadzić do opóźnienia inwestycji oraz wzrostu (i tak niemałych) kosztów.

Usztywnienie kursu amerykańskiej dyplomacji zbiegło się w czasie z głośną sprawą otrucia Siergieja Skripala. Spowodowała ona, oprócz retorsji natury dyplomatycznej, także szereg konsekwencji o charakterze „energetycznym”. Brytyjska premier ogłosiła zamiar poważnego osłabienia relacji z Rosją w sektorze energii, zaś w podobnym czasie grupa tamtejszych parlamentarzystów wystosowała list do Borisa Johnsona (szef MSZ), w którym apelowała o sprzeciw wobec Nord Stream 2. Wskazywali oni na geopolityczne znaczenie magistrali oraz fakt, iż jej uruchomienie będzie niosło ze sobą szerokie konsekwencje dla gospodarek krajów członkowskich, a także stabilności oraz pokoju w Europie.

W całej sprawie istotny jest jeszcze jeden wątek - znaczące pogorszenie się klimatu wokół Rosji - czego najświeższymi przejawami są decyzje o wycofaniu ambasadora UE z Moskwy, czy wydaleniu rosyjskich dyplomatów z części krajów członkowskich - niespotykane wcześniej na taką skalę. Przypomnijmy, że czterech wydalą: Polska, Francja i Niemcy, po trzech – Litwa i Czechy, po dwóch – Włochy, Hiszpania, Dania, Holandia, po jednym – Węgry, Macedonia, Chorwacja, Szwecja, Łotwa, Finlandia, Rumunia, Estonia oraz Chorwacja. W naturalny sposób pojawiają się tutaj pytania dotyczące tego, jak wielu z "usuniętych" przedstawicieli Federacji Rosyjskiej odpowiadało w swoich placówkach za działania w sektorze energii.

Niezależnie od tego zamieszanie powstałe wokół sprawy Skripala może znacząco utrudnić partnerom Nord Stream 2 obronę inwestycji, co jest istotne np. w kontekście trwających prac nad nowelizacją dyrektywy gazowej i stwarza znakomitą szansę na uderzenie w projekt. Tym bardziej, że sytuację wokół niego zaogni z pewnością również zatrzymanie Marka W., oskarżanego o szpiegostwo na rzecz Rosji i przekazywanie poufnych informacji dotyczących polskich działań właśnie przeciwko budowie magistrali.

Przed kilkoma dniami europosłowie z Komisji Przemysłu, Badań Naukowych i Energii zaaprobowali zmiany w dyrektywie gazowej, których celem jest uszczelnienie europejskiego prawodawstwa i w efekcie objęcie nim m.in. gazociągu Nord Stream 2. "Chcemy objąć tym samym reżimem prawnym wszystkie rurociągi, które dostarczają gaz z krajów trzecich do Europy: norweskie, algierskie z Maroka, libijskie i rosyjskie oczywiście. Naszym celem jest doprowadzenie do przejrzystego, zgodnego z regułami UE rynku dostaw energii z zewnątrz do krajów europejskich" - wyjaśniał Jerzy Buzek, przewodniczący komisji ITRE, cytowany przez PAP.

Wprowadzenie opisanych powyżej regulacji oznaczałoby ucięcie wszelkich wątpliwości, czy morska część Nord Stream 2 znajduje się pod jurysdykcją prawa UE. Pośrednią konsekwencją tego faktu może być osłabienie potencjału ekonomicznego NS2. Mając na uwadze niedawną (i nieudaną) próbę wywołania kryzysu gazowego oraz pogarszający się międzynarodowy klimat wokół Rosji (także na forum UE, co jednak stanowi pewne novum), wydaje się, że Niemcy będą mieć stosunkowo ograniczone pole manewru w zakresie blokowania zmian. Oznaczałoby to wszakże jaskrawy sprzeciw wobec uszczelniania europejskiego prawa oraz udzielenie Nord Stream 2 nieomal oficjalnego politycznego poparcia - burząc narrację o „projekcie gospodarczym”.

Oczywiście i w tej beczce miodu możemy znaleźć łyżkę dziegciu. Historia uczy nas, że różnie bywa z respektowaniem europejskich przepisów w przypadku projektów energetycznych - zwłaszcza rosyjskich. Irracjonalne derogacje dla gazociągu OPAL, czy ślimaczące się postępowanie antymonopolowe przeciwko Gazpromowi (wiele wskazuje, że spółka uniknie poważniejszych konsekwencji), jednoznacznie wskazują, że uchwalenie regulacji to dopiero połowa sukcesu - potrzebna jest jeszcze wola ich egzekwowania. Bardzo umiarkowanym optymizmem w tym zakresie może napawać fakt, ze znowelizowana dyrektywa zawierać ma ograniczenia czasowe dotyczące wyłączeń (maksymalnie pięć lat).

Rozmawiając o rurociągu Nord Stream 2 oraz polityce Unii Europejskiej, nie sposób pominąć stanowiska Republiki Federalnej Niemiec, która jest najważniejszym rzecznikiem kontrowersyjnego projektu na Starym Kontynencie. Od pewnego czasu coraz głośniej mówi się o tym, że kanclerz Angela Merkel nie pała szczególnym uczuciem do planów związanych z budową rosyjsko-niemieckiego gazociągu - dostrzegając przede wszystkim, jak kłopotliwy staje się on z politycznego punktu widzenia. Trudno bowiem w przekonujący sposób apelować o europejską solidarność np. w kontekście polityki migracyjnej, jeśli równocześnie wspiera się projekt, który ją w oczywisty sposób demoluje. Część komentatorów twierdzi, że próba powiązania budowy Nord Stream 2 z reparacjami dla Polski oraz enigmatyczne komunikaty w tej kwestii po niedawnej wizycie w Warszawie, mogą wskazywać, iż trwają prace ukierunkowane na poszukiwanie „wyjścia z twarzą”. Znaczącym osłabieniem dla nordstreamowego lobby w Niemczech jest też brak Sigmara Gabriela w składzie nowego rządu federalnego. Ten były wicekanclerz oraz minister spraw zagranicznych w minionych latach wielokrotnie publicznie wspierał realizację NS2. Odbył również szereg dwustronnych spotkań z Aleksiejem Millerem (szefem Gazpromu) oraz Władimirem Putinem. Jego polityczna marginalizacja oraz słabnięcie SPD, niewątpliwie działa na korzyść przeciwników rurociągu.

Nie bez znaczenia w tym kontekście pozostaje również pomysł ukraińskiego szefa MSZ, dotyczący nałożenia sankcji na Gerharda Schroedera - kiedyś kanclerza, dziś lobbystę zasiadającego we władzach konsorcjum Nord Stream oraz Rosnieftu. Jest to bodaj pierwszy raz, kiedy tak zdecydowanie podniesiono tę kwestię - i co ciekawe, obserwując reakcje strony niemieckiej możemy odnaleźć w nich sporo zrozumienia - także w środowisku SPD. Interesująco rysuje się tu komentarz Ursuli von der Leyen (minister obrony), która stwierdziła, że sankcje wobec Schroedera można „(…) rozważyć po właściwej weryfikacji i z dużą ostrożnością". Niezależnie od tego, jaki będzie finał tych rozważań (a zapewne marny), to już samo wniesienie do debaty publicznej kwestii objęcia sankcjami wpływowego ongiś niemieckiego polityka, byłego kanclerza, pozycjonuje w bardzo niekorzystny sposób zarówno zwolenników Nord Stream 2, jaki sam projekt.

Trzecim elementem, mogącym wskazywać na słabnące poparcie dla Nord Stream 2 w Niemczech są plany dotyczące budowy terminali LNG. Całkiem niedawno Bloomberg cytował słowa Beate Baron, rzecznika tamtejszego ministerstwa energetyki i gospodarki, który stwierdził, iż kanclerz Angela Merkel popiera wszelkie inicjatywy, których celem jest dywersyfikacja dostaw surowca. Co ważne, nadmienił, że dotyczy to również kraju jego pochodzenia. Agencja informowała również, że z tekstu porozumienia pomiędzy CDU/CSU i SPD wynika, że jednym z celów na najbliższe lata jest “umożliwienie importu do Niemiec skroplonego gazu ziemnego”. Jeden z pierwszych terminali miałby powstać niedaleko Hamburga i pomóc w „zmniejszeniu uzależnienia od gazu z Norwegii i Rosji”. Nad Sprewą coraz więcej dyskusji wywołuje kwestia skorzystania na „rewolucji LNG”, która przetacza się przez świat, zmieniając sektor energetyczny. Być może, mając na uwadze stopień skompromitowania Nord Stream 2, okaże się, że jest to całkiem interesująca (i bezpieczna politycznie) alternatywa.

Kończąc wątek niekorzystnej passy Federacji Rosyjskiej oraz Gazpromu, warto wspomnieć o sporze z Ukrainą. Kilka tygodni temu Trybunał Arbitrażowy w Sztokholmie wydał orzeczenie w sprawie pomiędzy Naftogazem a Gazpromem. Nakazał on Rosjanom m.in. zapłatę 4,6 mld dolarów odszkodowania z powodu nie wypełnienia zapisów kontraktu z 2009 r., dotyczącego tranzytu rosyjskiego gazu przez Ukrainę do Europy i Turcji. Kwota została pomniejszona o dług Naftogazu wobec Rosjan (związany z wcześniejszym orzeczeniem Trybunału i wynoszący ok. 2 mld dolarów). W odpowiedzi na ten werdykt, Rosjanie zakomunikowali, że zrywają gazową współpracę z Kijowem i wstrzymali dostawy surowca na Ukrainę - próbując podważyć tranzytową wiarygodność naszego wschodniego sąsiada. Dość nieoczekiwanie spotkało się to jednak ze stanowczą odpowiedzią Stanów Zjednoczonych (o której pisaliśmy nieco wyżej), potęgując głosy dotyczące skrajnego upolitycznienia rosyjskiego sektora energetycznego.

Ostatnie tygodnie to zły czas dla rosyjskiej energetyki. Światowa opinia publiczna przestaje nabierać się stosowane od lat sztuczki. Nie należy mieć jednak złudzeń - ten moment częściowego otrzeźwienia nie będzie trwał wiecznie, dlatego tak istotnym jest wykorzystanie nadarzającej się szansy na (co najmniej) opóźnienie realizacji Nord Stream 2. Kolejna może nie nadejść.

Komentarze