Reklama

Analizy i komentarze

Apel do Greenpeace: przestańcie opowiadać dyrdymały [KOMENTARZ]

Aktywiści Greenpeace przed TSUE
Aktywiści Greenpeace przed TSUE
Autor. Twitter.com/Greenpeace

Greenpeace ostrzega, że Europa „dała się wpuścić w pułapkę głębokiego uzależnienia od gazu ziemnego”. Tymczasem organizacja ta pomagała zwiększyć zużycie gazu ziemnego i uzależnienie Europy od tego surowca - pisze Jakub Jędrak.

Reklama

Greenpeace ostrzega, że Europa „dała się wpuścić w pułapkę głębokiego uzależnienia od gazu ziemnego". Twierdzi też, że inwestycje gazowe „nie przełożą się na poprawę bezpieczeństwa energetycznego". Jeśli chodzi o bezpieczeństwo energetyczne, jest to oczywista nieprawda. Takie komentarze ze strony Greenpeace to także przykład wyjątkowego tupetu i hipokryzji. Organizacja ta latami walczyła (i wciąż walczy) z energetyką jądrową. Pomagała tym samym zwiększyć zużycie gazu ziemnego i uzależnienie Europy od tego surowca. A jeszcze całkiem niedawno Greenpeace sam traktował gaz jako „paliwo przejściowe" i „mniejsze zło" – mniejsze niż „atom".

Reklama

Niedawno ukazał się raport Greenpeace International "Kto czerpie zyski z wojny: Jak koncerny gazowe zarabiają na wojnie w Ukrainie". Jego krótkie omówienie znajdziemy na stronach polskiego biura Greenpeace w tekście „Europa zakładnikiem sektora gazowego" autorstwa Katarzyny Guzek.

Możemy tam przeczytać m. in.:

Reklama

„Europa, w obliczu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, wbrew trendom odchodzenia od spalania paliw kopalnych, dała się wpuścić w pułapkę głębokiego uzależnienia od gazu ziemnego."

„Raport wykazuje, że plany rozbudowy infrastruktury gazowej są nieadekwatne do skali kryzysów, są źle umiejscowione w czasie i w najbliższej perspektywie nie przełożą się na poprawę bezpieczeństwa energetycznego czy też nie obniżą rachunków za energię."

A także:

„Branża gazowa wykorzystała wojnę w Ukrainie jako wehikuł do przeforsowania własnych interesów kosztem polityki klimatycznej, sprzedając nam fałszywą opowieść o niezależności energetycznej. To żadna niezależność jeśli zmienia się jednego dilera gazem na innego. W tę pułapkę dała się zapędzić też Polska."

Jak nie poprawią, jak poprawią?

Zacznijmy od kwestii naszego (polskiego, europejskiego) bezpieczeństwa energetycznego. Zupełnie nie rozumiem, jak można twierdzić że nie poprawi go uniezależnienie się od rosyjskiego gazu. A przecież właśnie w tym celu budowane są w Europie nowe terminale skroplonego gazu ziemnego (LNG). W tym celu również zbudowano gazociągBaltic Pipe.

Jeśli ktoś nie widzi albo udaje, że nie widzi, różnicy między Rosją a Norwegią, USA czy nawet Katarem jako dostawcami strategicznych surowców energetycznych, to naprawdę trudno jest taką osobę (lub organizację) traktować poważnie. To przecież nie inni eksporterzy ropy i gazu, a Rosjanie latami szantażowali nas „zakręceniem kurka". Co też w końcu zrobili.

Żeby było zabawniej, jeszcze w 2021 roku zagorzali przeciwnicy „atomu" przekonywali na łamach Kultury Liberalnej że „używanie gazu jako faktycznej 'broni energetycznej' jest w praktyce niemal wykluczone".

Wszyscy wiemy też, na co Rosja wydawała i wciąż wydaje miliardy ze sprzedaży surowców energetycznych, w tym gazu. Bezpośrednio i bardzo brutalnie odczuwają to każdego dnia Ukraińcy.

Co prawda inni eksporterzy gazu ziemnego również nie zawsze wydają zarobione na nim pieniądze w sposób rozsądny czy etyczny (Katar!), ale... „znaj proporcjum mocium panie!" Nie każde państwo-eksporter gazu to krwawa dyktatura. O ile nie kupujemy gazu czy ropy od Iranu i Arabii Saudyjskiej, trudno jest używać argumentów moralnych związanych z łamaniem praw człowieka. Inaczej musielibyśmy również zaprzestać kupowania czegokolwiek choćby w Chinach. Co zresztą akurat mogłoby nam koniec końców wyjść na dobre.

Gaz, którego miało zabraknąć

Polski Greenpeace o bezpieczeństwie energetycznym wypowiada się od dłuższego czasu, w tonie podobnym jak w cytowanych wyżej fragmentach. Na przykład we wrześniu 2022 Katarzyna Guzek pisała:

„Uruchomienie gazociągu Baltic Pipe to nie powód do świętowania. Gazociąg nie zapewni nam bezpieczeństwa energetycznego i niewiele zmienia w kontekście odpowiedzi na zapotrzebowanie Polski na gaz w nadchodzącym sezonie grzewczym."

W tym tekście Guzek przypominała też, że „w sierpniu Greenpeace opublikował analizę, z której wynika, że tej zimy w Polsce może zabraknąć gazu."

I co, czy gazu zabrakło?

Podobne stwierdzenia na temat gazu i bezpieczeństwa energetycznego nie są też wyłącznie domeną Greenpeace. Wiktoria Jędroszkowiak, aktywistka klimatyczna z grupy Wschód (przez jakiś czas związana zresztą z Greenpeace Polska) stwierdziła niedawno że „gazoport w Świnoujściu nie da nam niezależności i bezpieczeństwa energetycznego".

Tak, nie da nam pełnej niezależności – tę daje przecież jedynie posiadanie odpowiednio dużych własnych złóż. Ale da nam niezależność od Rosji – co jak wiemy dziś jest absolutnie kluczowe. Oczywiście, gazoport iBaltic Pipe nie zapewnią nam też stuprocentowego bezpieczeństwa. Choćby dlatego, że terminal LNG można uszkodzić lub zniszczyć. Jak pokazuje najnowsza historia, gazociąg biegnący po morskim dnie też.

Jest to jednak dużo trudniejsze niż po prostu „zakręcenie kurka z gazem". Nota bene, właśnie po to, by chronić krytyczną infrastrukturę potrzebna jest nowoczesna i sprawna marynarka wojenna. A szerzej: armia. I oczywiście obecność naszego kraju w NATO.

Gaz ziemny a klimat

Trudno natomiast nie zgodzić się z Greenpeace w kwestii bardzo negatywnego wpływu gazu ziemnego na klimat. I nie chodzi tylko o to, że spalając gaz emitujemy dwutlenek węgla.

Główny składnik gazu ziemnego: metan sam też jest silnym gazem cieplarnianym. Każda tona metanu wypuszczonego do atmosfery ogrzewa Ziemię kilkadziesiąt razy silniej niż tona CO2. Korzystanie z gazu ziemnego jako źródła energii w praktyce oznacza również emisje metanu. Jego źródłem są wycieki gazu ziemnego podczas jego wydobycia, transportu i składowania.

Jest więc bardzo dużo prawdy w stwierdzeniach:

„politycy wpędzają nas w gazową pułapkę. Ignorują przy tym fakt, iż kryzys klimatyczny ciągle się pogłębia"

oraz

„branża gazowa wykorzystała wojnę w Ukrainie jako wehikuł do przeforsowania własnych interesów kosztem polityki klimatycznej".

Ale dlaczego mieszać kwestie wpływu na klimat i kwestie bezpieczeństwa energetycznego? Czy nie można po prostu mówić, jak jest? Czyli przyznać: tak, gaz poprawia dziś nasze bezpieczeństwo energetyczne, ale dewastuje ziemski klimat, zatem i naszą przyszłość. Naszą i naszych dzieci. Powinniśmy więc z niego jak najszybciej zrezygnować.

Problem też w tym, że Greenpeace nie bardzo ma mandat moralny, by zarzucać komukolwiek „wpędzanie nas w gazową pułapkę".

Walka z „atomem" to wymarzony prezent dla branży gazowej

Dlaczego? Jak pokazuje praktyka, od dekad najważniejszym celem tej organizacji wcale nie jest ochrona klimatu czy bioróżnorodności. Jest nim walka z energetyką jądrową. Szczególnie „zasłużył się" na tym polu Greenpeace w Niemczech, ale nie tylko tam. Przykłady antyatomowych akcji tej organizacji:

W lutym 2020 roku ok. 50 osób wdarło się na teren francuskiej elektrowni jądrowej Tricastin. Podobne akcje miały też miejsce wcześniej. W czasie jednej z nich aktywiści Greenpeace uderzyli w elektrownię dronem w kształcie Supermana. Aktywiści Greenpeace wdzierali się na teren siłowni jądrowych także w innych krajach. Choćby w Szwecji – i to bynajmniej nie raz – na przykład w roku 2010 i w 2012.

No i,last but not least, dekady bombardowania społeczeństw fałszywym przekazem o zagrożeniach związanych z odpadami jądrowymi, o „drogiej i niebezpiecznej" energetyce jądrowej. Zawyżanie liczby ofiar śmiertelnych katastrofy w Czarnobylu (z prawdziwych kilkudziesięciu potwierdzonych zgonów do, bagatelka 100-200 tysięcy). Czy wreszcie twierdzenie – wbrew faktom – że rozwój cywilnej energetyki jądrowej niechybnie prowadzi do rozprzestrzeniania broni jądrowej i wzrostu zagrożenia konfliktem jądrowym.

„Atom" jest przyjazny dla klimatu. Gaz i węgiel – nie

To działania i narracja sprzeczne z ochroną klimatu. Przecież przeciwieństwie do węglowych i gazowych, elektrownie atomowe nie emitują gazów cieplarnianych. Ich całkowity „ślad węglowy" jest zaś bardzo niski, porównywalny z energetyką wiatrową i słoneczną.

A jakoś tak się zawsze dziwnie składa, że w miejsce zlikwidowanych bloków jądrowych powstają elektrownie spalające gaz ziemny. Albo po wyłączeniu „atomu" wciąż trzeba też dodatkowo w większym stopniu polegać na elektrowniach węglowych, jak to ma miejsce w RFN. Dzieje się tak, bo na razie nie da się zbudować systemu energetycznego bez węgla, atomu lub gazu. Energetyka oparta w 100% na niskoemisyjnych źródłach odnawialnych (czyli bez biomasy!) jeszcze długo będzie mrzonką. Wyjątkiem są te kraje i regiony świata, gdzie warunki geograficzne pozwalają na produkcję dużych ilości energii elektrycznej z elektrowni wodnych (np. Norwegia lub Paragwaj) lub wodnych i geotermalnych (Islandia).

Jeśli ktoś uważa inaczej, to proszę popatrzeć na przykład RFN i spektakularnego fiaska niemieckiej transformacji energetycznej. A najlepiej porównać emisyjność energetyki niemieckiej i francuskiej, w której dominuje energetyka jądrowa.

Wnioski? Po pierwsze, wciąż nie da się jeszcze zastąpić elektrowni jądrowych wyłącznie odnawialnymi źródłami energii, nie dewastując przy tym bezpieczeństwa energetycznego.

Przynajmniej część osób działających w Greenpeace zdaje sobie z tego zresztą sprawę. Przedstawiciele belgijskiego Greenpeace w 2019 roku twierdzili, że mechanizm wsparcia finansowego dla nowych elektrowni gazowych (niezbędnych po planowanym jeszcze niedawno wyłączeniu Belgii wszystkich bloków jądrowych do roku 2025) to „zło konieczne". Konieczne po to, by móc pozbyć się wroga nr jeden – elektrowni jądrowych. A klimat? No cóż, najwyraźniej musi poczekać.

Po drugie, im więcej będzie w Polskiej i europejskiej energetyce „atomu", tym mniej w niej będzie gazu i węgla. I tym mniejszy będzie jej wpływ na klimat.

Po trzecie wreszcie, widać wyraźnie, że przeciwnicy energetyki jądrowej to „pożyteczni idioci" branży paliw kopalnych, w tym branży gazowej. Jeśli gaz czy węgiel pochodzą lub pochodziły z Rosji – „pożyteczni idioci" Moskwy. I to nie jest opinia, moja lub czyjakolwiek. To jest stwierdzenie łatwego do zademonstrowania faktu. Za ostro? To zobaczmy, co na ten temat mówili sami Rosjanie.

Za co wzniósł toast rosyjski ambasador?

W zeszłym roku Mathias Döpfner, były dziennikarz, a dziś prezes koncernu Axel Springer, przypomniał taką oto sytuację:

„30 czerwca 2011 r. siedziałem z kilkoma redaktorami naczelnymi na dachu ambasady rosyjskiej przy alei Unter den Linden w Berlinie. Było letnie popołudnie, a ambasador zaprosił nas na lunch. Chwilę wcześniej niemiecki Bundestag przyjął ustawę o rezygnacji z energii jądrowej w głosowaniu imiennym, uzyskując 513 z 600 głosów.

Ambasador patrzył na Reichstag i na początku posiłku podniósł swój kieliszek z wódką, który napełniano przed każdym nakryciem. Przyjaznym głosem powiedział: — Za zdrowie rządu niemieckiego! Jest to dobry dzień dla rosyjskiej polityki energetycznej, jest to dobry dzień dla Rosji".

Oczywiście, można argumentować, że to nie aktywiści Greenpeace podejmowali w różnych krajach decyzje polityczne o likwidacji lub zaprzestaniu rozwoju energetyki jądrowej. To prawda. W RFN byli to politycy SPD i Zielonych. Ale niemieccy aktywiści – w tym Greenpeace – przez dekady mieli swój trudny do zmierzenia, lecz zapewne znaczny wpływ i wkład w nastawianiu społeczeństwa niemieckiego przeciwko energetyce jądrowej.

W Niemczech w ciągu paru miesięcy poprzedzających sierpniowe głosowanie i opisany wyżej bankiet w ambasadzie Rosji miało miejsce wiele bardzo licznych demonstracji przeciw energetyce jądrowej. Były one reakcją Niemców na awarię w japońskiej elektrowni atomowejFukushima Daiichi.

Aktywnym uczestnikiem i organizatorem wielu z nich był niemiecki Greenpeace. Co widać choćby na zdjęciach z tamtych protestów.

Czego nauczył Greenpeace kryzys energetyczny i wojna?

Najkrócej: niczego. Kiedy 15 kwietnia przestały pracować ostatnie niemieckie reaktory, Greenpeace świętowało. Między innymi, organizacja urządziła radosny piknik po Bramą Brandenburską. Co przypomina trochę radość Jasia Kapeli, cieszącego się z pożaru katedry Notre Dame.

Większe, bo już nie tylko symboliczne znaczenie ma pozew, który Greenpeace złożył niedawno przeciwko Komisji Europejskiej, aby „położyć kres gazowemu i jądrowemu greenwashingowi". „Greenwashing jądrowy"? Serio? Żadne inne źródło energii nie ma tak niskiego śladu węglowego, ale Greenpeace z uporem godnym lepszej sprawy próbuje nam wmówić, że jest inaczej. I wrzucić do jednego worka energetykę jądrową i energetykę gazową, choć ślad węglowy tej drugiej jest kilkadziesiąt(!) razy wyższy. No ale to w narracji Greenpeace nic nowego, a raczej standard – „bullshit as usual".

Greenwashing niejedno ma imię

Co do gazowego greenwashingu i lobbingu w Unii – można się zgodzić: istnieje i stanowi bardzo poważny problem. Ale raz jeszcze: Greenpeace sam ma na tym polu pewne zasługi i osiągnięcia.

I nie chodzi mi tu o kuriozalną historię, związaną z tym, że organizacja przez lata użyczała nazwy pewnej niemieckiej spółdzielni energetycznej. Spółdzielni, która kiedyś nazywała się „Greenpeace Energy", a dziś „Green Planet Energy". Jest ona dystrybutorem „zazielenionego" gazu ziemnego (bo zawierającego małą domieszkę biogazu i aż ... 1% wodoru z elektrolizy), reklamowanego jako wegański i „zielony". Wegański, bo... ten biogaz nie jest produkowany ze zwierzęcego nawozu! Spółka sprzedaje też swoim klientom energię elektryczną, ale tylko taką, która nie została wyprodukowana przy użyciu węgla lub uranu... Jednak z tym gazowym greenwashingiem w wykonaniu naszej ulubionej organizacji ekologicznej chodzi o coś bardziej poważnego.

„Bitwa o sieci" z gazem w tle

Jeszcze w 2011 roku Greenpeace International przygotował opracowanie p.t. „ Battle of the Grids" , (podtytuł: How Europe can go 100% renewable and phase out dirty energy."). Zaproponowano tam konkretną postać transformacji energetycznej dla Europy. Zakładano szybką likwidację nie tylko energetyki węglowej, ale też – co nie powinno nas dziwić, jeśli znamy poglądy Greenpeace – energetyki jądrowej. Bardzo istotną rolę odgrywać miał natomiast... gaz ziemny. Moc elektrowni gazowych w Europie miała wzrosnąć prawie dwukrotne między 2020 a 2030 rokiem. Najwyraźniej Greenpeace uznał, że tę cenę warto zapłacić za pozbycie się znienawidzonego atomu.

Można powiedzieć, że była to wizja realistyczna technicznie, choć fatalna z punktu widzenia ochrony klimatu. No, może częściowo realistyczna, bo docelowo – między 2030 a 2050 rokiem – gaz ziemny miał być zastąpiony m.in. biomasą i biogazem. Mamy tu więc, dziś słusznie krytykowaną przez sam Greenpeace, narrację o gazie jako „paliwie przejściowym" albo „pomostowym".

Tyle że wykonalność takiego „podmienienia" gazu innymi źródłami energii wydaje się jednak bardzo wątpliwa. Przy zakładanej w raporcie mocy elektrowni gazowych rzędu 230 GW w roku 2030 było to raczej, obawiam się, myślenie życzeniowe.

Nawiasem mówiąc, od lat podobny model energetyki próbuje realizować RFN. Niemcom, póki co udało się co prawda zrezygnować z atomu, ale już nie z węgla. Ten nośnik energii w niemieckiej gospodarce będzie bardzo istotny jeszcze przez wiele lat.

Zmieniliśmy zdanie, na co drążyć temat?

W międzyczasie najwyraźniej stosunek Greenpeace do gazu ziemnego na szczęście uległ zmianie. Jednak z tego co wiem, organizacja nigdy nie powiedziała głośno: „Myliliśmy się. Przepraszamy.". Po prostu zmienili narrację i tyle. Niestety tylko na temat gazu – na temat „atomu" już nie. Na razie trudno jest poważnie traktować Greenpeace. Miejmy nadzieję, że Greenpeace International zmieni wreszcie swój absurdalny i szkodliwy stosunek do energetyki jądrowej. A przynajmniej że zrobi to – biorąc przykład ze swoich fińskich koleżanek i kolegów – polskie biuro tej organizacji.

(W Finlandii dyrektor krajowy Greenpeace Touko Sipiläinen powiedział, że jego organizacja nie planuje nowych kampanii antynuklearnych, choć kiedyś fiński Greenpeace był przeciwny budowie elektrowni jądrowych. Stwierdził też, że kluczowa jest rezygnacja z paliw kopalnych. Sipiläinen zapewne doskonale zdaje sobie sprawę, że bez „atomu" będzie to dużo trudniejsze lub wręcz niemożliwe.)

Póki co, Fundacja Greenpeace Polska jest jednym z sygnatariuszy niedawnego antyjądrowego apelu „Czy potrzeba nam atomu? List do polityków opozycji". Podobnie jak w innych krajach, także w Polsce Greenpeace powiela też nieprawdziwe informacje na temat energii jądrowej, twierdzącna przykład, że „energetyka jądrowa wiąże się z dużym negatywnym wpływem na środowisko".

Dobrze byłoby, gdyby aktywistki i aktywiści tej organizacji przestali nas też straszyć nieistniejącymi zagrożeniami, a skupili się tylko na tych prawdziwych. I by na siłę nie próbowali naginać rzeczywistości do swojej – nie zawsze spójnej i sensownej – wizji świata.

Oby jak najszybciej. Inaczej wypowiedzi, analizy i komentarze osób działających w Greenpeace na temat polityki energetycznej będą co najwyżej budzić irytację i złość. A najczęściej po prostu śmiech.

Jakub Jędrak

Reklama

Komentarze

    Reklama