• Partner główny
    Logo Orlen

Analizy i komentarze

Polska mogła porzucić paliwa z Rosji dawno temu. Oto, co poszło nie tak [ANALIZA]

Fot. maxpixel.net/CC0

Polska mogła być niezależna od surowców energetycznych z Rosji już od dawna. Jednakże poszczególne rządy nie wykorzystały szans na derusyfikację dostaw. Dlaczego?

Pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę wywróciła do góry nogami unijną politykę energetyczną. Szereg państw UE, który dotychczas budował swoją gospodarkę w oparciu o rosyjskie surowce, znalazł się w polityczno-gospodarczej pułapce. Polska jest tu na względnie dobrej pozycji – dzięki długofalowej polityce dywersyfikacji może ona już w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy porzucić dostawy paliw z Rosji. Jednakże taki stan był możliwy do osiągnięcia już dawno temu. Niestety, polskie rządy nie skorzystały z szeregu nadarzających się okazji. 

Baltic Pipe A.D. 1991

Gazociąg Baltic Pipe jest jednym z filarów polskiej gazowej niezależności od Rosji. Połączenie biegnące przez Danię do Szelfu Norweskiego ma umożliwić przesłanie nad Wisłę ok. 8 mld metrów sześciennych gazu. Co ciekawe, obecny projekt Baltic Pipe jest czwartem podejściem do tej koncepcji – wcześniejsze z różnych przyczyn nie wychodziły. 

Koncepcja dostaw gazu ze złóż norweskich pojawiła się krótko po przemianach ustrojowych z 1989 roku. Pierwsze rozmowy rozpoczęto jeszcze w roku 1991, rozpoczął je rząd Jana Krzysztofa Bieleckiego. W roku 1992 Ministerstwo Przemysłu i Handlu przygotowało raport, który projektował możliwości dywersyfikacji dostaw gazu do 2010 roku, w którym Norwegia była jednym z najistotniejszych kierunków pozyskania błękitnego paliwa. Jednakże plany te upadły wraz z podpisaniem umowy gazowej z Rosją w 1993 roku.

Pomysł dostaw gazu z Norwegii powrócił w roku 1997. W 1999 roku rozpoczęto rozmowy w sprawie budowy takiego połączenia. Rozważano dwa warianty trasy: wokół wybrzeży Danii lub po jej terytorium. 4 października 2000 roku przedstawiciele PGNiG oraz norweskiego Statoil i duńskiego DONG podpisali porozumienie w sprawie budowy gazociągu bałtyckiego (który miałby być gotowy w 2003 roku), a rok później deklarację oraz kontrakt w sprawie dostaw gazu do Polski. Niestety, działania te zostały pogrzebane przez rząd Sojuszu Lewicy Demokratycznej, którego nieformalnym doradcą był biznesmen Aleksander Gudzowaty, lobbujący za budową gazociągu do Niemiec. SLD unieważniło umowę z Norwegami tłumacząc się obawami przed nadmiarem gazu.

Czytaj też

W roku 2009 pojawiła się koncepcja budowy gazociągu Skanled, który miał biec z Norwegii do Danii i Szwecji. Polska upatrywała w nim szanse na połączenie z norweskimi złożami. PGNiG włączyło się nawet w konsorcjum realizujące ten projekt. Liczono na dostaw w wysokości ok. 2,5 mld metrów sześciennych rocznie. Projekt został jednak zawieszony z uwagi na światowy kryzys gospodarczy.

Obecnie gazociąg Baltic Pipe jest bliski ukończenia. Surowiec z Norwegii zastąpi gaz tłoczony z Rosji. Jednakże, gdyby nie zaniechania z przeszłości, Polska już od dawna mogła być wolna od kontraktów z Gazpromem. 

Atomowa zwłoka

Elektrownie jądrowe to doskonały sposób na uniezależnianie się od paliw kopalnych. Generują potężne ilości czystej, bo bezemisyjnej energii i to w stabilny, kontrolowalny sposób. Polska jest jednak jednym z nielicznych krajów regionu, które nie posiada takiej jednostki w swoim systemie – i to pomimo kilku prób budowy. 

Polski projekt jądrowy to opowieść o pięćdziesięciu latach starań o budowę sektora atomowego, które - jak na razie - nie przyniosły rezultatu. O ile zamrożenie rozpoczętej w czasach PRL budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu można tłumaczyć strachem wywołanym katastrofą w Czarnobylu oraz perturbacjami polityczno-ekonomicznymi związanymi z transformacją ustrojową, o tyle fiasko późniejszego podejścia do atomu (rozpoczętego w roku 2008) trudniej usprawiedliwić. Tymczasem, gdyby rządy PO-PSL na poważnie podeszły do realizacji tego przedsięwzięcia, które miało zakończyć się uruchomieniem jednostki jądrowej w 2020 roku, to dziś uzależnienie od surowców energetycznych byłoby dla Polski mniejszym problemem - nad Wisłą mógłby bowiem działać już przynajmniej jeden blok jądrowy, a uruchomienie pierwszej takiej jednostki znacząco usprawniłoby budowę kolejnych. Trudno również wyjaśnić, dlaczego lata rządów Zjednoczonej Prawicy - tak mocno akcentującej rozwój energetyki jądrowej w swoich planach - przyniosło na razie jedynie nieoficjalne wskazania dotyczące tego, czy atom w Polsce faktycznie powstanie. Wciąż brakuje wyboru partnera technologicznego oraz modelu finansowania, co sprawia, że przewidywany termin oddania do użytku pierwszego polskiego reaktora energetycznego (2033 rok) staje się coraz mniej realny.

Bez atomu w miksie Polska może ugrzęznąć w energetyce gazowej, by obniżać swą emisyjność i zabezpieczać podaż energii. Dlatego też projekt jądrowy musi ruszyć naprzód – w sposób zdecydowany i konsekwentny. 

Czarne złoto, czarne chmury

O węglu w Polsce myśli się w kategoriach surowca strategicznego, który zapewnia bezpieczeństwo energetyczne. Jednakże nad Wisłę od lat trafiają potężne ilości węgla z importu – w tym w 70% z Rosji. Ten wstydliwy problem wynika z niskiej efektywności śląskich kopalń, które zmarnowały zyski wypracowane podczas węglowej hossy sprzed dekady. 

Kopalnie węgla energetycznego na Śląsku są chronicznie w poważnych tarapatach finansowych. Wydobywają bowiem drogi, niekonkurencyjny surowiec, przegrywający rywalizację nawet na rynku krajowym. Wynika to z kilku powodów. Wysokie koszty wydobycia węgla w Polsce, rzutujące na jego rentowność, to efekt m.in. warunków geologicznych polskich kopalń, które są głębokie, zametanowione i znajdują się często w terenach zurbanizowanych. Swoje dokładają tez systemy zatrudniania i pracy w tych zakładach, które obfitują w różnorakie benefity. Realny czas pracy górnika w państwowej kopalni skracał się od lat, gdyż w czas trwania szychty wliczano pochłaniające nawet kilka godzin dojście do przodka. Ponadto, kopalnie nie pracują nieustannie, wyłączając maszynerię np. na weekendy. Jej rozruch pochłania wtedy dodatkowe środki.

Dużą część tych problemów mogły rozwiązać inwestycje w innowacje oraz restrukturyzacja z prawdziwego zdarzenia. Niestety, zaniechano takich działań. W czasach globalnej węglowej koniunktury (lata 2002-2011) polskie górnictwo przejadało wypracowane środki, nie inwestując w efektywność czy innowacje (zostało to opisane szeroko w raporcie NIK za lata 2007-2015). Sytuacja ta zemściła się, gdy ceny węgla na globalnych rynkach spadły.

Polski sektor węglowy – z racji swoich problemów – staje się coraz większym problemem dla gospodarki, z kolei uzależnienie od importu surowca zagranicznego może być problematyczne politycznie – czego dowodem jest choćby procedowane właśnie w polskim parlamencie embargo na dostawy węgla z Rosji. 

Podsumowując, Polska mogła zmniejszyć lub nawet ograniczyć do zera uzależnienie od surowców z Rosji już lata temu. Przeszkodziły w tym zaniechania i krótkowzroczoność. Warto wyciągnąć z tych sytuacji lekcje na przyszłość.

Komentarze