Reklama

Branża chemiczna ostrzega: „W 2026 r. nie możemy być bezczynni"

2026 rok może okazać się punktem zwrotnym dla europejskiego sektora chemicznego, który mierzy się z presją kosztów energii, ETS-u i rosnącego importu. Branża ostrzega, że bez szybkich decyzji regulacyjnych i realnego wsparcia konkurencyjności Europa ryzykuje przyspieszenie deindustrializacji. O tym, czego sektor oczekuje w tym roku i jak Qemetica przygotowuje się na nadchodzący czas, opowiadają w wywiadzie dla Energetyki24 Dyrektor Strategii Qemetica Piotr Szlagowski-Budacz oraz Marek Piecyk, Dyrektor Qemetica Future.

Karol Byzdra: Chciałbym podsumować mijający rok dla grupy Qemetica. Co udało się zrobić w tym roku?

Piotr Szlagowski-Budacz: To był dla nas intensywny rok. Przede wszystkim kontynuujemy ewolucję naszego portfela. Pod koniec 2024 roku przejęliśmy od PPG biznes Silica, z fabrykami w Lake Charles w Stanach Zjednoczonych oraz w Holandii. Miniony rok upłynął nam więc pod znakiem integracji po akwizycji i budowania obecności w tych krajach, a także na globalnym rynku krzemionki strącanej. To był pierwszy, ważny i z naszej perspektywy udany krok w rozwoju portfela.

Skąd decyzja, żeby właśnie teraz dokonać zakupu?

PSB: To naturalny etap dla znaczącej polskiej firmy po 35 latach rozwoju polskiej gospodarki. Zbudowaliśmy silną pozycję na europejskim rynku krzemianów, więc zdecydowaliśmy się zająć kolejne ogniwo łańcucha wartości, przechodząc od commodity chemicals w stronę produktów o wyższej wartości dodanej. Jednocześnie wychodzimy poza rynki, z którymi byliśmy historycznie związani i globalizujemy biznes. W USA dotychczas nas nie było. To istotne otwarcie, które traktujemy jak punkty wyjścia do dalszego rozwoju. Patrzymy też na inne części świata, gdzie wzrost gospodarczy jest szybszy niż w Europie.

Jakie części świata?

PSB: Dosyć łakomym okiem patrzymy na Azję.

No dobrze, ale to chyba nie jedyna rzecz, która udała się Qemetice.

PSB: Skądże. Co do pozostałych dużych biznes unitów, mamy bardzo dobre wyniki w segmencie solnym. Po dwóch trudniejszych latach odbudowaliśmy też segment agro, czyli środków ochrony roślin, przywracając go do bardzo solidnego poziomu.

W segmencie sodowym mieliśmy dwa istotne wydarzenia. Pierwsze to uzyskanie decyzji środowiskowej dla instalacji termicznego przetwarzania odpadów w Inowrocławiu. To kluczowy kamień milowy dla naszej transformacji energetycznej w biznesie sodowym.

Reklama

A to drugie wydarzenie?

PSB: Drugie wiąże się niestety z tym, co się nie udało - byliśmy zmuszeni do zahibernowania zakładu w Janikowie i wstrzymania tam produkcji. Nie udało nam się ochronić tej działalności ani przekonać władz, na poziomie krajowym i przede wszystkim europejskim, do wsparcia tego typu zakładów.

Problem jest szerszy, bo rynek europejski jest zalewany tanią sodą z Turcji, a my wciąż nie mamy skutecznych regulacji, które realnie chroniłyby europejską produkcję przed taką presją importową.

Czy to jedyny problem, z jakim mierzy się dziś sektor chemiczny w Unii Europejskiej?

PSB: Ostatnie lata nauczyły nas, że oczekujemy raczej tego, co nieoczekiwane. Zarówno rynek chemiczny, jak i szerzej - rynek przemysłowy - nadal nie wykazują oznak odbicia. Generalnie można to ująć w dwóch kategoriach. Pierwsza z nich to pytanie o pozycję konkurencyjną Europy. Składają się na nią między innymi koszty energii, szczególnie istotne w przemyśle energochłonnym, do którego w dużej mierze należy sektor chemiczny. Co więcej, wysokie koszty transformacji energetycznej w Europie nie są równomiernie rozłożone między gospodarkami różnych państw członkowskich. Łatwiej dekarbonizować gospodarkę o niskiej intensywności przemysłu, jak Szwecja, niż o dużej intensywności przemysłu jak Polska. Skala wyzwań jest różna, a obciążenia regulacyjne nie odzwierciedlają tego zróżnicowania.

Drugi komponent to warunki dostępu do rynku europejskiego dla graczy spoza kontynentu.Łatwość, z jaką podmioty spoza Europy wchodzą na rynek UE, stoi w wyraźnym kontraście do sytuacji europejskich firm, które nie mają takich samych możliwości w innych częściach świata. Geopolityka się zmieniła, inwestycje europejskie w Chinach przestały wspierać rozwój europejskich firm, tak jak kiedyś, a produkty z Chin trafiają do Europy bezpośrednio albo pośrednio, zmieniając przepływy handlowe. Dobrym przykładem jest soda, gdzie produkt turecki wypychany z Azji trafia w większej ilości do Europy.

Na poziomie polityki europejskiej nie dostrzegamy realnych działań. W zeszłym roku była deklaracja antwerpska, podpisana przez przedstawicieli głównie przemysłu chemicznego w Europie, a potem odbyła się seria spotkań z Komisją Europejską, jednak w praktyce nie ma konkretnych efektów. Miały pojawić się propozycje legislacyjne, a w większości przypadków piłka została wykopana w przyszłość. Wynika to z faktu, że wciąż nie ma pomysłów, jak te problemy rozwiązywać.

Skoro nie ma pomysłów, to znaczy, że urzędnicy czują się bezradni, czy po prostu nie słuchają głosu sektora?

PSB: Na poziomie Brukseli urzędnicy i politycy jeszcze nie dojrzeli do tego, żeby zakwestionować model rozwojowy, przy którym Europa dotychczas bardzo silnie obstawała. Podejście do udziału w globalnej gospodarce w USA i w Chinach istotnie się zmieniło, a Europa została epigonem starego porządku. Wyczekujemy zmiany.

A tymczasem konkurencja z Azji coraz mocniej rozpycha się w Europie.

PSB: To, moim zdaniem, poważnie grozi dezindustrializacją naszego kontynentu. Jeśli nie będziemy chronić rodzimej produkcji i dbać o całe łańcuchy wartości, to będziemy tracić konkurencyjność. Przed paroma laty UE zareagowała na problem braku uzależnienia od zewnętrznych dostaw krytycznych minerałów, wprowadzając Critical Raw Materials Act. Podobne podejście jest niezbędne w przypadku krytycznych substancji chemicznych, ale na tym polu dopiero pojawiają się nieśmiałe pomysły sugerujące potrzebę stworzenia tzw. Critical Chemicals Act.

Reakcje idą jednak za wolno. Zamiast szybkich prac legislacyjnych najpierw KE odpowiedziała powołaniem forum Critical Chemicals Alliance, które rozpocznie prace w styczniu. Być może dopiero w 2027–2028 roku pojawią się rozwiązania legislacyjne, które będą odpowiadać na wyzwania z roku 2025. W ten sposób Europa marnuje czas.

Reklama

Wróćmy jeszcze na krajowe podwórko. W kontekście zakładu w Janikowie hasło „hibernacja” było odmieniane przez wszystkie przypadki. Jakby Pan mógł przybliżyć, co to dokładnie znaczy i czy zakład może wrócić do pracy?

PSB: Hibernacja to zabezpieczenie zakładu w taki sposób, żeby w razie potrzeby technicznie można było go uruchomić. Urządzenia zostały zakonserwowane i są utrzymywane w odpowiednim stanie. Aby doszło do ponownego uruchomienia, musielibyśmy widzieć możliwość ulokowania dodatkowych wolumenów sody na europejskim rynku. To wymagałoby istotnego wzrostu popytu – powrotu klientów do poziomów produkcji sprzed kilku lat, podczas gdy dziś raczej obserwujemy zamykanie lub hibernację np. hut szkła w Europie. Drugą opcją byłoby ograniczenie importu spoza Europy poprzez zmiany regulacyjne. Trzecią z kolei znaczne obniżenie kosztów energii. Najważniejszym problemem jest ETS i koszt uprawnień do emisji CO2. Potrzebne byłoby jedno z tych zdarzeń albo ich współwystąpienie.

Jak kosztowna jest dla was hibernacja i dlaczego to się opłaca bardziej niż zamknięcie?

PSB: To oczywiście koszt, ale nie na tyle znaczący, żeby nie było to możliwe. Być może istotniejsze jest to, że miasto Janikowo jest historycznie i funkcjonalnie związane z zakładem. Jest tam elektrociepłownia, z której ciepło dostarczamy do miasta. Utylizacja ścieków również jest realizowana, bo są one oczyszczane w oczyszczalni, która powstała przy zakładzie. Te usługi nadal świadczymy. Nie chcemy porzucić społeczności lokalnej, bo jesteśmy poważną firmą i długoterminowym partnerem.

Dlatego czujemy się w obowiązku badać możliwości ewentualnej reaktywacji zakładu. Równolegle analizujemy, jakie inne inwestycje, w zupełnie innych branżach, można zrealizować na tych terenach, z wykorzystaniem dobrze wyszkolonych pracowników i we współpracy z władzami lokalnymi.

Związki zawodowe też się uruchomiły, żeby uchronić zakład.

PSB: Tak i była to bardzo konstruktywna współpraca. Władze lokalne oraz związki zawodowe mogę oceniać w superlatywach. I jak już wspomniałem, szukamy też innych sposobów zagospodarowania tego potencjału.

Czy w związku z tym będą jakieś konsekwencje dla Inowrocławia, skoro tam też jest zakład sodowy?

PSB: To dwa zakłady w ramach tego samego biznes unitu i tych samych produktów. Żeby podobny los nie spotkał Inowrocławia, niezbędna jest transformacja energetyczna. Dlatego decyzja środowiskowa dla instalacji termicznego przetwarzania odpadów przy zakładzie w Inowrocławiu jest tak ważna. To kluczowy element układanki i inwestycja, która pozwoli długoterminowo zachować konkurencyjność zakładu.

Czy w ostatnim czasie rozmowy z klientami zmieniły się przez ostatnie lata? Cena, bezpieczeństwo dostaw, ślad węglowy. Co dziś waży najwięcej?

PSB: Wciąż, co do zasady, cena. Bezpieczeństwo dostaw i ślad węglowy klienci chcieliby mieć w pakiecie, ale przy zachowaniu konkurencyjności cenowej. Niewielu jest skłonnych płacić za bezpieczeństwo dostaw, a tym bardziej za redukcję śladu węglowego.

W tym roku udało się jeszcze coś, bo uruchomiliście Qemetica Future. Jak czytam na waszej stronie, opisujecie ten zespół jako „linię produkcyjną komercyjnych projektów”. Co to w praktyce znaczy?

Marek Piecyk: W grupie obowiązuje zasada Business Unit Empowerment - to biznes unity decydują o swoim rozwoju i R&D. Problem polega jednak na tym, że co roku pojawia się jakiś kryzys, który zaburza „daily business”. W efekcie projekty rozwojowe, szczególnie te bardziej oddalone od głównego obszaru danego biznes unitu, tracą fokus i atencję. Dlatego stworzyliśmy zespół nastawiony wyłącznie na rozwój nowych pomysłów, idei, technologii i biznesów, bez tej codziennej bieżączki. Dzięki temu naszym celem nie jest wynik kolejnego kwartału, lecz wdrażanie pomysłów. Widzimy też, że problemem często nie są środki finansowe, tylko wdrażanie i skalowanie. Tak rozumiemy tę „linię produkcyjną” do komercjalizacji - bierzemy odpowiedzialność za projekty i je dowozimy.

Reklama

Co jest większą sztuką, wynaleźć technologię czy ją skalować?

MP: Dodałbym jeszcze etap pośredni, czyli wdrożenie. Skalowanie, gdy jest już potwierdzenie rynkowe, czyli klienci, zamówienia i pipeline, uruchamia efekt kuli śniegowej. A w ekosystemie nauki i B+R jest mnóstwo technologii i własności intelektualnej. Pytanie brzmi, czy one są rzeczywiście wdrażalne i czy biznes ich potrzebuje. My widzimy swoją rolę jako partner branżowy - pomagamy ludziom, którzy mają technologię lub już ją przetestowali, wdrożyć ją, a następnie skutecznie skalować.

Skąd biorą się pomysły i inspiracje, bardziej z rynku czy z problemów specyficznych dla was?

MP: Działamy na poziomie hipotez inwestycyjnych. Pierwsza to przesuwanie się w łańcuchu wartości, w obrębie naszego łańcucha, tam gdzie mamy synergie. Drugi obszar to trendy rynkowe i ich antycypacja. Projekty oceniamy na dwóch osiach: po pierwsze - atrakcyjność segmentu lub rynku, po drugie - dlaczego Qemetica byłaby dobrym właścicielem, czyli gdzie możemy dodać wartości w taki sposób, żeby 2 plus 2 dawało więcej niż 4. Chcemy rozwijać kolejne biznes unity nie tylko przez klasyczne M&A, ale też przez inne formy współpracy, takie jak Joint Venture czy licencjonowanie.

To stąd Industrial Challenge?

MP: Industrial Challenge, prezentowany na kilku uniwersytetach w Polsce, to jedna z czterech inicjatyw, które realizujemy z uczelniami. Pokazujemy konkretne problemy z naszych biznes unitów i stawiamy je jako wyzwania do rozwiązania. Jest przewidziana nagroda, a jeśli pojawi się więcej niż jedno dobre rozwiązanie, chętnie zaangażujemy się szerzej. Docelowo chcemy je licencjonować lub wykupić, więc skala inwestycji może być znacznie większa. To podejście typu push and pull - z jednej strony dajemy problem, z drugiej od razu myślimy o wdrożeniu i skalowaniu.

To znaczy, że macie pierwszeństwo, jeśli pomysł okaże się przełomowy?

MP: Chcemy być partnerem, z którym można siąść do stołu i negocjować w dobrej wierze dostęp do technologii, żeby móc ją skalować. Dodam, że problemy, z którymi pracujemy są często niszowe i specyficzne dla naszej działalności. Od razu zapewniamy miejsce wdrożenia i „klienta” na tę technologię. Dzięki temu praca od samego początku ma silny biznesowy mindset.

Na zakończenie, jakie macie perspektywy na kolejne lata?

PSB: Liczymy na działania ze strony rządu krajowego i instytucji europejskich. Chcielibyśmy widzieć bardziej intensywny dialog z przemysłem po stronie polskiego rządu, dlatego przystąpiliśmy do paktu dla przemysłu, zainicjowanego przez Instytut Rozwoju.

Mogę też podać negatywny przykład współpracy, której byśmy nie chcieli. W ostatnich dniach pojawiło się rozporządzenie taryfowe dotyczące opłaty jakościowej. Miało ono adresować potrzeby przemysłu energochłonnego, ale wygląda na to, że uwagi przemysłu nie zostały uwzględnione, a kryteria ustawiono tak, że trudno znaleźć podmioty, które realnie mogą skorzystać. To nie jest przykład sensownego dialogu.

Drugi obszar to forum europejskie i długo oczekiwane uruchomienie Critical Chemicals Alliance. To wolne kroki, ale przynajmniej w sensownym kierunku. Liczymy też na wsparcie rządu, tak jak widzimy je już ze strony niektórych polskich europosłów.

Panie Marku, a z pana perspektywy co musi się stać, aby uznał pan, że to był dobry rok dla Qemetica Future?

MP: Z naszej perspektywy liczą się trzy obszary - wyniki obecnych biznesów, napływ projektów w ramach M&A i szukanie dodatkowych silników wzrostu przez Qemetica Future i inne inicjatywy. Jeśli będziemy dowozić na tych frontach, to znaczy, że idziemy w kierunku, w którym wyobrażamy sobie rozwój biznesu. Na końcu najważniejsza jest faza wdrożenia - i tu widzę dla nas ciekawą rolę.

Dziękuję za rozmowę.

Reklama
Reklama

Komentarze

    Reklama