Atom

Niemiecka polityka energetyczna nie zdała egzaminu w czasie kryzysu [WYWIAD]

Fot. Pixabay

Wywiad z dr Karoliną Królikowską, zajmującą się zarządzaniem środowiskiem, planowaniem adaptacji do zmian związanych z globalnym ociepleniem, rozwiązywaniem konfliktów społecznych w zakresie ochrony środowiska, wykładającą ekologię, ochronę środowiska i turystykę na Wyższej Szkole Bankowej we Wrocławiu.

Łukasz Sakowski: Jak rozmawiałabyś z osobą, która jest przeciwna energetyce jądrowej z powodu obaw o środowisko? Taką, która czuje, że może skończyć się to katastrofą, zanieczyszczeniem, napromieniowaniem.

dr Karolina Królikowska: Powiedziałabym, że jest to jedna z najbardziej przyjaznych środowisku i przyrodzie metod pozyskiwania energii. Przede wszystkim jest niskoemisyjna, co w obliczu krysysu klimatycznego jest kluczowe. Po drugie nie zabiera zbyt dużo miejsca, w przeliczeniu na jednostkę wyprodukowanej energii, o wiele mniej niż rozproszone OZE. Jest to bardzo istotne z punktu widzenia ochrony bioróżnorodności, której zagrożenie jest globalnym problemem środowiskowym, niemal na równi ze zmianami klimatu. Mamy coraz więcej konfliktów ekologicznych związanych z wiatrakami czy fotowoltaiką, w tym na obszarach cennych przyrodniczo. O paliwach kopalnych nawet nie wspominam, bo musimy od nich odejść.

A co do samego bezpieczeństwa?

Odnośnie bezpieczeństwa powiedziałabym, że jest to jedno z najbezpieczniejszych źródel energii. Na prowadzonym przez Uniwersytet Oksfordzki, świetnym portalu „Our World in Data", jest takie zestawienie: wskaźniki zgonów na jednostkę produkcji energii, w którym uwzględnia się zarówno awarie, jak i skutki zanieczyszczenia powietrza. Dla energii jądrowej ten wskaźnik wynosi 0.03, czyli jest na tym samy poziomie, co dla wiatrowej (0.04) i słonecznej (0.02). Dla porównania węgiel brunatny to 32.72, kamienny 24.62, ropa 18.43, biomasa 4.63, gaz 2.82, a energia wodna to 1.3. Paliwa kopalne to najbrudniejsze i najbardziej niebezpieczne źródła energii, podczas gdy energia jądrowa i nowoczesne odnawialne źródła energii są znacznie bezpieczniejsze. Jasno z tego wynika, że optymalny miks energetyczny to atom plus OZE.

I tutaj czasami pojawia się w dyskusjach argument, że do atomu nie możemy stosować takiej, nazwijmy to potocznie, zwykłej statystyki i analizy ryzyka, z której wynika, że awarie sa bardzo mało prawdopodobne, ponieważ jest to zjawisko typu „czarny łabędź". W uproszczeniu są to wydarzenia bardzo mało prawdopodobne, lub których nie potrafiliśmy przewidzieć, ale katastrofalne w skutkach w wymiarze globalnym. Z mojego doświadczenia w tego typu dyskusjach, głównie w środowisku akademickim, wynika, że z takiego właśnie rozumowania wywodzi się chęć stosowania w przypadku elektrowni jądrowych zasady przezorności. Jednak według Prawa Ochrony Środowiska zasada przezorności brzmi następująco: „Kto podejmuje działalność, której negatywne oddziaływanie na środowisko nie jest jeszcze w pełni rozpoznane, jest obowiązany, kierując się przezornością, podjąć wszelkie możliwe środki zapobiegawcze".

Nawet Nassim Taleb, twórca koncepcji czarnego łabędzia nie popiera stosowania zasady przezorności do elektrowni jądrowych. W jednej z publikacji razem ze współautorami wykazuje on, że energetyka jądrowa w skali lokalnej nie powinna podlegać pod zasadę przezorności, ponieważ potencjalne szkody z nią związane zostały gruntownie zbadane, a zagrożenia wynikające z lokalnych zastosowań energii jądrowej mają skalę znacznie mniejszą niż globalna. Dlatego możliwe jest przeprowadzenie standardowej analizy kosztów i korzyści ryzyka na potrzeby lokalnego podejmowania decyzji. Oczywiście należy tą analizę przeprowadzać bardzo starannie, niemniej znana struktura statystyczna ryzyka i brak globalnych konsekwencji systemowych sprawiają, że analiza kosztów i korzyści ma tu sens, a powoływanie się na zasadę przezorności nie jest w tym przypadku adekwatne do sytuacji.

A co byś powiedziała komuś, kto twierdzi, że elektrownie jądrowe są zbyt drogie, nie zwrócą się i po prostu nie są opłacalne ekonomicznie?

Powiedziałabym, że dostęp do taniej i stabilnej energii to dobro publiczne, od którego zależy jakość życia obywateli i ich bezpieczeństwo. Państwo powinno dostarczać wysokiej jakości usług i dóbr publicznych nie dlatego, że przynoszą zyski, ale ze względu na inne wartości społeczne. Jak słusznie zauważyła Urszula Kuczyńska, transformacja energetyczna powinna być sprawiedliwa społecznie, a to nie oznacza prywatyzowania zysków i uspołeczniania kosztów dostępu do energii, co ma miejsce w przypadku energetyki rozproszonej, opartej na OZE. W praktyce względnie zamożni właściciele domków korzystają z dopłat i taniego prądu, ale na rezerwę w systemie składają się wszyscy. Dlatego opłacalność ekonomiczna nie jest tu dla mnie kwestią nadrzędną.

Choć poparcie dla energetyki jądrowej w Polsce rośnie, i ja sam jestem jej zwolennikiem, to jednak rozumiem, że lokalni mieszkańcy, przy których domach powstać mają elektrownie, mogą nie być zadowoleni, a wręcz mogą się organizować i protestować. Co sądzisz o takiej perspektywie?

Jest to typowy mechanizm konfliktu lokalizacyjnego, czyli NIMBY, z angielskiegonot in my backyard. Dotyczy ważnych dla wspólnoty inwestycji, co do których wszyscy wiemy, że są konieczne, ale nie chcemy mieć ich w naszym miejscu zamieszkania, na przykład wysypisk śmieci, niektórych typów szpitali, więzień. Jest to bardzo powszechny mechanizm konfliktu społecznego, więc nie powinien nikogo jakoś specjalnie dziwić. Badania Polskiej Akademii Nauk wykazały, ze w Polsce konflikty lokalizacyjne typu NIMBY dotyczą najczęściej wiatraków, ferm hodowlanych, biogazowni, dróg, masztów komunikacyjnych, instalacji do unieszkodliwiania odpadów i oczyszczalni ścieków oraz obiektów górniczych. Mieszkańcy mają prawo protestować i taki konflikt należy w sposób partycypacyjny rozwiązać, mając jednak w głowie, że gdzieś te inwestycje, które wymieniłam, trzeba dla wspólnego dobra zrealizować, więc nie jest rozwiązaniem tylko wieczne przenoszenie projektu z miejsa na miejsce z nadzieją, że gdzieś w końcu nie będzie protestów.

Jak rozmawiać z takimi osobami, dla których budowa elektrowni jądrowej oznacza nowego, gigantycznego i niechcianego „sąsiada"?

Przede wszystkim z szacunkiem i racjonalnie. Zakładanie, że ktoś ma z definicji obowiązek rezygnować z ważnych dla siebie rzeczy, na przykład rodzinnego domu, czy dorobku rodziców i dziadków w imię jakiegoś nadrzędnego interesu jest dość aroganckie. Na początku należy przeanalizować, co jest w ogóle przedmiotem konfliktu. Może to być tylko tzw. konflikt danych, na przykład odnośnie składowania odpadów, zagrożenia promieniowaniem, czy awarią. W czasie konsultacji społecznych należy te kwestie spokojnie i merytorycznie wyjaśnić i to z dużym wyprzedzeniem w stosunku do decyzji lokalizacyjnej. Mogą pojawić się tematy związane z planowaniem przestrzennym, na przykład lokalizacją dróg dojazdowych, wycięciem lasów. To też powinno być wyjaśnione, najlepiej pokazane na mapach, lub czytelnie zwizualizowanych symulacjach zmian w krajobrazie.

Dopiero po rozwiązaniu konfliktu danych można przejść do konfliktu interesów. I tu trzeba zaznaczyć, że w grę mogą wchodzić realne interesy, a nie tylko emocjonalny strach przed atomem. Trzeba uczciwie przedstawiać, co ludzie mogą zyskać, a co stracić, i negocjować. Dla gminy taka inwestycja może być ogromnym zastrzykiem finansowym i pozytywnie wpłynąć na jej rozwój, na jakość usług publicznych, czy infrastrukturę turystyczną. Z drugiej strony konkretne osoby mogą realnie stracić, przynajmniej w krótkim okresie, na przykład na wartości nieruchomości czy dochodach z turystyki. W takim przypadku należy to realistycznie wycenić, a nie zamiatać temat pod dywan. Następnie powinno się wypłacić uczciwe rekompensaty.

Zresztą w przypadku innych innych dóbr publicznych, choćby parków narodowych, powinno to według mnie działać tak samo. Natomiast inną zupełnie kwestią jest, kto przychodzi na takie konsultacje społeczne, aby protestować. Czy to są rzeczywiście mieszkańcy? Czy osoby z zewnątrz, które promują się na konflikcie? To jest czasami problem na takich spotkaniach, że przychodzą aktywiści, którzy są głośni i, mówiąc kolokwialnie, rozwalają spotkanie, uniemożliwiają jego konstruktywny i merytoryczny przebieg, a tak naprawdę wcale nie reprezentują społeczności miejscowej lub tylko niewielką jej część. Dlatego taki proces partycypacyjny, z reguły bardzo trudny, powinny prowadzić osoby doświadczone, dobrze rozeznane w lokalnym kontekście, obiektywne i przede wszystkim nie będące stroną sporu.

Załóżmy, że dochodzi do takiej sytuacji, jak zorganizowane protesty w miejscu budowy elektrowni jądrowej. Wyobrażam sobie, że oprócz lokalnych mieszkańców mogliby się tam pojawić także niektórzy ekoaktywiści. Na przykład Greenpeace słynie z przeciwdziałania energetyce jądrowej. Rozbiliby namioty i rozpoczęliby blokadę. Co wówczas należałoby zrobić?

Organizacje pozarządowe to tylko jedna z grup interesu. Ich stanowisko nie może zdominować całej dyskusji, chociaż oczywiście powinno być brane pod uwagę. Są jednymi z interesariuszy, ale nie najważniejszymi. Niektóre organizacje ekologiczne nie dopuszczają w ogóle możliwości budowy elektrowni jądrowej, więc konflikt w tym przypadku nie dotyczy kwestii lokalizacji, jak z mieszkańcami, tylko w ogóle podejścia do polityki energetycznej. Nie jest to zatem NIMBY, tylko spór na wyższym poziomie. I na takim poziomie powinien być debatowany. Po pierwsze na poziomie eksperckim, gdzie mamy dyskusję na temat optymalnego miksu energetycznego.

Greenpeace i jego eksperci to tylko jedna ze stron sporu. Jest wielu specjalistów, praktyków i naukowców, którzy mają odmienne stanowisko. I tutaj powinny wygrać argumenty merytoryczne, czyli analiza ryzyka, kosztów i korzyści, ocena oddziaływania na środowisko, analiza wpływu scenariuszy poszczególnych miksów energetyczych na osiągnięcie celów klimatyczych, ale też celów ochrony przyrody i krajobrazu, i tak dalej. I tutaj spotkałam się z zarzutami, że stanowisko „zielonych" jest antynaukowe. Mam wobec tego mieszane uczucia, bo o ile na poziomie dyskusji eksperckiej i naukowej być może w niektórych kwestiach tak jest, o tyle zarządzanie środowiskiem, czy ochrona przyrody jest działaniem praktycznym, a nie tylko nauką. Dlatego poza argumentami czysto merytorycznymi wchodzą tu w grę inne kwestie, na przykład system wartości, subiektywna percepcja ryzyka, kwestie kulturowe, czy społeczne.

Ale nawet w szerszym wymiarze widać, że jako społeczeństwo życzymy sobie bezpieczeństwa energetycznego w oparciu o energetykę jądrową, co jasno wychodzi w badaniach. Ostatnie sondaże wskazały, że 86% Polaków popiera budowę elektrowni jądrowych w Polsce, a ponad 70% badanych nie miałaby problemu z tym, że taka elektrownia powstałaby miejscu ich zamieszkania. Dlaczego zatem jedna grupa interesu miałaby prawo blokować realizację dobra publicznego wbrew znacznej części ekspertów oraz woli społecznej? Ani na poziomie eksperckim, czyli merytokracji, ani na poziomie społecznym, czyli partycypacji i demokracji, Greenpeace nie może być uznany za jedyną stronę konfliktu, która ma rację. Tym bardziej, że jesteśmy w sytuacji wojny i bezpieczeństwo energetyczne oraz niezależnosć energetyczna są naszą (i całej UE) racją stanu. Podsumowując, zieloni to jedna z grup interesu, która ma prawo do protestu, ale nie jest ważniejsza niż inni interesariusze i tak powinni być traktowani. Nie reprezentują w tym przypadku ani opinii publicznej, ani interesu mieszkańców, ani konsensusu naukowego, ani politycznego, lecz jedynie własne opinie i poglądy.

Jakie są Twoje dotychczasowe doświadczenia z zajmowania się takimi konfliktami? Możesz na koniec przytoczyć jakiś znamienny przykład historii, w której wszystko skończyło się polubownie?

Osobiście, zarówno naukowo, jak również jako praktyk, zajmowalam się głównie konfliktami na obszarach chronionych, w parkach narodowych i na obszarach Natura 2000. Z literatury znam przykład elektrowni Diablo Canyon w Kalifornii, tam bardzo długo trwały negocjacje, była zmiana lokalizacji i przy okazji rozłam ideowy w organizacji ekologicznej Sierra Club. To na poziomie konkretnej inwestycji. A na poziomie debaty o polityce energetycznej świetnym przykładem jest Japonia. Po awarii w Fukushimie społeczeństwo było bardzo sceptyczne w stosunku do atomu. Ale obecnie, w obliczu kryzysu energetycznego i rosnących cen prądu postawy się zmieniają. Kilka dni temu premier Fumio Kishida potwierdził, że Japonia przyjrzy się rozwojowi reaktorów nowej generacji i zlecił ministerstwu przemysłu stworzenie do końca tego roku planu polityki poszerzającej wykorzystania energii jądrowej. Rząd rozważa też przedłużenie okresu eksploatacji istniejących reaktorów. Wojna na Ukrainie to jest takie „sprawdzam" dla polityk energetycznych, na przykład niemieckiej Energiewende, która najwyraźniej w warunkach kryzysu nie zdała egzaminu.

Komentarze