Czego nie widzi Marcin Popkiewicz, czyli w obronie atomu [REPLIKA]

14 sierpnia 2020, 15:56
energy-4030427_1920(2)

„Atom nie jest najlepszym rozwiązaniem, to nie jest dobry moment na jego kupowanie” – mówi Marcin Popkiewicz. Ten analityk megatrendów nie zauważa jednak wielu aspektów, które jednoznacznie przemawiają na korzyść atomu.

W mijającym tygodniu wiele poruszenia w branży energetycznej wywołały komentarze o energetyce jądrowej autorstwa Marcina Popkiewicza, fizyka, eksperta ds. klimatu i analityka megatrendów. Stwierdził on bowiem, że budowa atomu w Polsce nie jest najlepszym pomysłem. Kluczowymi argumentami Popkiewicza przeciwko energetyce jądrowej są:

- atom jest drogi

- atom nie jest efektywnym kosztowo sposobem pozbywania się emisji

- atom buduje się długo, przekracza się budżet i harmonogram

- atom nie jest polski

- fundamentem energetycznym powinny być efektywność energetyczna oraz wiatr i słońce z pewnym wspomaganiem biomasy, bo to będą w większości polskie technologie, miejsca pracy i stymulacja gospodarki

Warto przyjrzeć się każdej z tych kwestii z osobna, by zauważyć, że w rzeczywistości sprawy te nie są tak proste, jak przedstawia je Marcin Popkiewicz.

Atom jest drogi

Tak, budowa elektrowni jądrowej w Europie jest droga. To przedsięwzięcie wymagające wielu miliardów złotych oraz odpowiedniego zaawansowania organizacyjnego. To rzecz normalna przy tej skali projektu. Jednakże są przecież w UE projekty jądrowe, które się realizuje, mało tego: niektóre europejskie kraje – o znacznie skromniejszym potencjale gospodarczym od Polski – prowadzą lub zapowiadają inwestycje w atom. Tak dzieje się w Bułgarii, Czechach czy na Węgrzech. Obecnie w grę wchodzą nowe możliwości finansowe związane z odblokowaniem przez rząd USA inwestycji w zagraniczny atom prowadzonych przez US Development Finance Corporation (manewr ten ma w założeniu osłabić pozycje Rosji i Chin jako jedynych państw-fundatorów budów elektrowni jądrowych w różnych krajach świata). Dlaczego zatem Polska ma uznawać, że atom jest „za drogi”, skoro właśnie ona stanie w najbliższych kilkunastu latach przed największymi wyzwaniami transformacyjnymi w zakresie energetyki w całej UE? Polski system energetyczny to bowiem monokultura węglowa, którą trzeba szybko i trwale dostosować do rygorów Zielonego Ładu przy zachowaniu bezpieczeństwa gospodarczego i politycznego. Same źródła odnawialne nie podołają temu wyzwaniu (o czym szerzej poniżej). Można zatem zadać pytanie, czy Polskę stać na brak atomu.

Warto przy tym zauważyć, że sytuacja ta nie wynika jedynie z charakterystyki technologicznej energetyki jądrowej. Atomu w realiach europejskich się nie wspiera. Źródła odnawialne mogą liczyć na szereg systemów wsparcia (zielone certyfikaty, aukcje, pierwszeństwa przyłączenia) i w efekcie rynek jest tworzony niejako pod nie. Nic więc dziwnego, że rozwój technologii OZE w UE postępuje bardzo szybko, a jej przyrosty procentowe są imponujące (choć to wciąż atom jest największym unijnym źródłem czystej energii). Jednakże nawet to nie pozwala „przykryć” niektórych problemów źródeł odnawialnych, jak np. braku wpływu na czas ich pracy. To właśnie dlatego wspierana niemiecka fotowoltaika, której moc zainstalowana sięga prawie 50 GW wyprodukowała w 2019 roku mniej energii elektrycznej (27,3 TWh) niż wycinany w RFN atom (31,9 TWh), choć dysponował on potencjałem zaledwie 9,5 GW). Trzeba też zastanowić się, jak duży areał musi zająć instalacje fotowoltaiczne o łącznej mocy niemal 50 GW (w całym polskim systemie elektroenergetycznym funkcjonują mniejsze moce), które przecież w nocy będą stały bezużyteczne. W każdym razie stan ten prowadzi do – dość kuriozalnej sytuacji – w której analitycy przymykają oko na głębokie naginanie rynku dla potrzeb OZE, a podczas dyskusji o atomie zmieniają się w libertarian, domagających się jak najmniejszych kosztów i jak najszybszych zysków.

Należy też zauważyć, że najpowszechniejsza metoda obliczania kosztów inwestycji w poszczególne źródła energii, czyli LCOE nie traktuje atomu fair, ograniczając swój horyzont czasowy do projektów z czasem funkcjonowania znacznie krótszym niż atom. Elektrownie jądrowe mogą bowiem pracować i po 80 lat, co udowadnia przykład Turkey Point, amerykańskiej jednostki dysponującej pozwoleniem na taki właśnie okres funkcjonowania. Z kolei według inżynierów, EJ mogą działać nawet i sto lat (tymczasem tzw. lifespan paneli PV czy wiatraków to ok. 25-30 lat, po czym instalację zazwyczaj wznosi się od nowa). Co więcej, LCOE nie pozwala też dokładnie oszacować kosztów energetyki odnawialnej, bo nie uwzględnia w nich funkcjonowania technologii wsparcia, które muszą pracować, by zapewnić podaż energii, gdy np. nie wieje wiatr czy nie świeci słońce.

Argument o opłacalności atomu można też wykorzystać jako przyczynek do dyskusji o postrzeganiu energetyki w dobie kryzysu klimatycznego (czyli w skali świata) oraz wobec konieczności głębokiej i trwałej dekarbonizacji (czyli w skali Polski). Patrząc z tej perspektywy, energetyka urasta do rangi bardzo specyficznego sektora, podobnego do wojska – nikt rozsądny nie oczekuje, że armia będzie generować zyski, żołnierzy utrzymuje się w innych celach – mają chronić cywili i służyć im w razie potrzeby. Podobnie jest z dużą energetyką – ma ona zapewniać stabilne dostawy dużych ilości czystej energii elektrycznej.  Podobieństwo do sektora wojskowego wynika również z faktu, że energetyka to infrastruktura krytyczna, potrzebna do zapewnienia funkcjonowania państwa. Nie musi być zatem poddawana tym samym rygorom gospodarczym, co inne branże; jej podstawową rolą nie jest bezpośrednie zapewnianie miejsc pracy czy wzrostu gospodarczego, a tworzenie warunków pod bezpieczny rozwój gospodarki i społeczeństwa.

Ktoś może zapytać: dlaczego jednak patrzyć na energetykę w ten sposób, czemu nie przestawić się na myślenie rynkowe, skoro istnieją technologie opłacalniejsze ekonomicznie (czyli np. OZE). Wynika to przede wszystkim z faktu, że same OZE i efektywność energetyczna nie wystarczą do osiągnięcia celów, o które chodzi w transformacji energetycznej świata czy Polski (ponownie: o tym szerzej poniżej). Trzeba jednak podkreślić, że wbrew zarysowanej (być może nieintencjonalnie) przez Popkiewicza dychotomii atom vs. OZE źródła te doskonale współpracują ze sobą tworząc tzw. miks nuables (nuclear + renewables). Nic nie stoi na przeszkodzie, by tworzyć nową energetykę w oparciu o taki właśnie schemat, urynkawiając te sektory, gdzie jest to możliwe (czyli kontynuując wsparcie OZE i ułatwiając maksymalnie inwestycje w atom).

Analizując koszty inwestycji w atom i OZE warto mieć na uwadze, że wg danych zaprezentowanych przez Mycle Schneidera, antyatomowego aktywistę, jeśli chodzi o przyrost mocy zainstalowanych, to w skali świata atom dał 1/6 rezultatu OZE za jedynie 1/10 kwoty przeznaczonej na rozwój źródeł odnawialnych. Nie jest to zatem wynik zły, wręcz przeciwnie: dowodzi opłacalności atomu.

Atom nie jest efektywnym kosztowo sposobem pozbywania się emisji

Wbrew temu twierdzeniu, atom jest bardzo efektywnym kosztowo sposobem na pozbywanie się emisji z energetyki. O tym, że potrafi on praktycznie zdekarbonizować systemy energetyczne świadczą m.in. przykłady Francji, Szwajcarii czy Szwecji. Takich wyników dekarbonizacyjnych jak elektrownie jądrowe nie dały na razie żadne systemy oparte na OZE bez udziału atomu (co więcej, sukcesy EJ w walce z emisjami były osiągane – choć niejako „przy okazji” – już kilkadziesiąt lat temu, co wskazuje, że gotowe rozwiązanie na kwestię gazów cieplarnianych leży już na stole).

Emisyjność francuskiej czy szwedzkiej energetyki jest śladowa (w chwili pisania tego tekstu, a więc w okolicach godziny 13:00 w piątek 14 sierpnia było to odpowiednio 68g i 54g CO2 na kWh, dla porównania: wycinająca atom i stawiająca na OZE energetyka Niemiec w tym samym czasie notowała 324 g), w krajach tych występuje miks oparty w bardzo dużej mierze na atomie (we Francji – ok. 70% miksu, w Szwecji – ok. 40%, co jest dopełnione wysokim udziałem energii wodnej).

Przykłady tych państw pokazują, że atom dekarbonizuje trwale i głęboko (oczywiście mowa o energetyce; dekarbonizacja całej gospodarki nikomu na świecie się jeszcze nie udało). Instalacje OZE, o których mówi Popkiewicz (wiatraki i panele fotowoltaiczne) nie mogą się pochwalić podobnymi rezultatami do tych z Francji czy Szwecji.

Ten drugi kraj został szczegółowo opisany w książce „Energia dla klimatu” J.S. Goldsteina i S.A. Qvista. Publikacja ta wskazuje, że Szwecja w latach 1970-1990 zmniejszyła swą emisję CO2 o połowę, choć jej gospodarka wzrosła o 50%, a produkcja energii ponad dwukrotnie. Szwedom udało się to dzięki rozbudowanemu parkowi siłowni jądrowych – w szczytowym okresie rozwoju jedna „jądrówka” przypadała w tym państwie na każdy milion mieszkańców. Autorzy książki zaznaczają, że szwedzki atom nigdy nie spowodował żadnego wypadku, natomiast umożliwił szybką dekarbonizację gospodarki. Goldstein i Qvist posługują się w całej swojej książce elektrownią szwedzką jądrową Ringhals jako pewnym wyznacznikiem możliwości „jądrówek”. Wskazują m.in., że zastąpienie tej jednostki elektrownią na węglu wymagałoby dostaw 11 mln ton paliwa rocznie, co pociągnęłoby za sobą produkcję 2 mln ton odpadów oraz corocznych emisji rzędu 22 mln ton CO2. Problemu nie rozwiązałoby też postawienie na źródła odnawialne. Jak twierdzą Goldstein i Qvist, żeby zastąpić Ringhals farmą wiatrową należałoby zbudować obiekt złożony z 2500 turbin o wysokości 200 metrów, co zajęłoby ok. 104 tysiące hektarów. Największe budowane w Europie farmy wiatrowe są o połowę mniejsze. Co więcej, nawet budowa takiego molocha nie dałaby pewności zastąpienia szwedzkiej jądrówki, gdyż produkowane przez nią ilości energii zależałyby od zmiennej pogody. Podobnie rzecz się ma z panelami fotowoltaicznymi – jedna Ringhals o mocy ok. 4 GW to równowartość farmy słonecznej o mocy 20 GW, zajmującej 52 tysiące hektarów.

Jak zatem wygląda sprawa kosztów tych redukcji? Kwestie finansowe omówione zostały powyżej, teraz należy zwrócić uwagę na mniej oczywiste wydatki.

Przede wszystkim, atom oznacza zwiększenie niezależności od tych paliw, które – zwłaszcza w Europie – obarczone są odpowiednim ładunkiem geopolitycznym, czyli np. gazu i ropy. Szczególnie błękitne paliwo, standardowy towarzysz źródeł odnawialnych w ich pracy, jest w realiach UE newralgicznym surowcem, gdyż czołowym dostawcą gazu do Europy jest Rosja, kraj niedemokratyczny, który toczy wojnę z partnerem UE, Ukrainą. Tymczasem rynek paliwa dla elektrowni jądrowych jest szeroki i można je pozyskiwać z krajów takich, jak Australia czy Kanada, a do długoletniego funkcjonowania EJ potrzeba względnie niedużo paliwa jądrowego. Mówiąc krótko: budowa w Polsce systemu opartego o niestabilne OZE wymuszałaby powstanie dużych mocy w gazie, atom pozwoli tego uniknąć.

Po drugie, powstanie elektrowni jądrowej we współpracy np. ze Stanami Zjednoczonymi będzie oznaczać dodatkowe zbliżenie Polski z kluczowym zagranicznym sojusznikiem. Jak bowiem wynika z badań CSIS, atom umożliwia zacieśnienie więzów geostrategicznych między państwem-dostawcą technologii a państwem odbiorcą. M.in. dlatego Rosjanie zabiegają o budowę EJ u swoich sojuszników (czyli np. na Białorusi i Węgrzech). Polska może wykorzystać ten atut na swoją korzyść.

Po trzecie, głęboka redukcja emisji przy udziale atomu pozwala zaoszczędzić np. w kwestii opieki zdrowotnej. Jak wynika z badań ekonomistów Uniwersytetu Kalifornii, zamykanie działających elektrowni jądrowych i przestawianie się na miks oparty o OZE kosztowało Niemców w latach 2011-2017 ponad 1000 dodatkowych zgonów rocznie w wyniku wzrostu lokalnego zanieczyszczenia powietrza o ok. 12%.

Powyższe aspekty trudno wprost przeliczyć na pieniądze, ale tworzą one mozaikę atutów, jakimi dysponuje energetyka jądrowa i wpływają na ukształtowanie realnego rachunku zysków i strat towarzyszącemu inwestycji w atom.

Atom buduje się długo, przekracza się budżet i harmonogram

Argumentowi temu towarzyszy często przykład dwóch europejskich elektrowni jądrowych – brytyjskiej Hinkley Point C oraz fińskiej Olkiluoto – które faktycznie przekorczyły swoje budżety i harmonogramy. Przypadki te zostały omówione w wielu artykułach, na potrzeby niniejszego tekstu wystarczy wskazać, że kłopoty przy Hinkley Point C i Olkiluoto nie sprawiły, że Wielka Brytania i Finlandia porzuciły swe plany dalszego rozwoju elektrowni jądrowych.

Atom – w warunkach europejskich - buduje się długo, choć (podobnie jak w przypadku kosztów) nie jest to wina wyłącznie technologii. Chiny potrafią stawiać EJ już w 4 lata, Korea Południowa – w 6. Globalnie elektrownie jądrowe stawia się średnio w 10 lat. Elektrownie jądrowe można zatem stawiać szybko i sprawnie – tylko nie w realiach UE. Powinien to być zatem przytyk do dyskusji o usprawnieniu prac nad atomem w Europie (wzrost mocy w tej technologii postuluje przecież Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu w większości swych scenariuszy), a nie argument przeciwko energetyce jądrowej.

Jednakże dyskusji tej nie sposób oderwać od europejskiej rzeczywistości. Przyjmijmy, że budowa elektrowni jądrowej w UE ma trwać 20 lat (tyle mniej więcej wynosić będzie budowa EJ Olkiluoto uwzględniwszy opóźnienia). Czy nie lepiej zainwestować w narzędzie, które po tych dwóch dekadach pozwoli osiągnąć założone cele, dekarbonizując trwale i głęboko oraz działając przez następne 80-100 lat? Nadrzędnym celem transformacji energetycznej świata nie powinien być udział danej technologii na poziomie X, a obniżenie emisji gazów cieplarnianych. Sukcesy atomu na tym polu są bezprecedensowe i niepodważalne.

Atom nie jest polski, fundamentem energetycznym powinny być efektywność energetyczna oraz wiatr i słońce z pewnym wspomaganiem biomasy, bo to będą w większości polskie technologie, miejsca pracy i stymulacja gospodarki

Tak, kluczowe technologie dla elektrowni jądrowej muszą być nad Wisłę ściągnięte zza granicy. Ale w Polsce pracuje ok. 60 podmiotów, które współpracują przy projektach jądrowych na całym świecie i produkują np. obudowy do reaktorów. Niedawno z wrocławskiej fabryki General Electric do Kanady wyruszył stojan generatora energii dla elektrowni jądrowej w Darlington.

Poza tym – czy mamy pewność, że w przypadku OZE będziemy mówić o polskich technologiach? Obecnie Europa odpowiada za jedynie 3% światowej produkcji paneli fotowoltaicznych, choć w UE pracuje 21% globalnego potencjału PV. Stworzenie tak dużych mocy zainstalowanych w słońcu nie utrzymało przemysłu solarnego wewnątrz Unii, pozwalając mu odpłynąć do Azji, która wygrywa kosztami produkcji. Pod koniec lipca niemiecki Handelsblatt napisał, że nawet pomimo planowanej ofensywy w zakresie wskrzeszenia niemieckiego przemysłu fotowoltaicznego (warto przypomnieć, że działa tam prawie 50 GW mocy w PV) nie uda się odnowić potencjału tej branży ze względu na dominującą rolę Chin na światowym rynku. Podobne kłopoty przeżywa obecnie niemiecka branża wiatrowa, w której spadek inwestycji spowodował załamanie rynku pracy w tym sektorze.

A propos zatrudnienia – jak wynika z raportu firmy Deloitte, budowa 1 GW w energetyce jądrowej oznacz powstanie 10 tysięcy miejsc pracy. Według rządowego projektu Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku w Polsce powstać miałoby do 9 GW w atomie.

Warto w tym momencie jeszcze raz podkreślić, że nie ma co budować fałszywej dychotomii atom vs. OZE. Źródła te naprawdę dobrze współgrają.

Podsumowując – Marcin Popkiewicz w swych kategorycznych sądach na temat atomu pominął wiele istotnych szczegółów działających na korzyść tej technologii. Nie jest to rozwiązanie idealne – ale żadne dostępne takie nie jest. Ani świata, ani Polski nie stać już na luksus ryzykownej selekcji przy doborze ścieżki dekarbonizacji. Trzeba chwytać się każdego dostępnego narzędzia, nie można odrzucać skutecznych sposobów ze względu na drugo- albo trzeciorzędne argumenty. Dlatego też moce w energetyce jądrowej powinny stanowić jeden z fundamentów odpowiedzi świata i Polski na współczesne wyzwania.

KomentarzeLiczba komentarzy: 57
Nieprzekonany
niedziela, 16 sierpnia 2020, 19:30

Autorów stosując taktykę serwowania półprawd (poprzez odpowiedni dobór przykładów) sugeruje, że przekroczenia terminów i zakładanych kosztów charakteryzują w szczególności projekty budowy elektrowni jądrowych na terenie UE. Nie wspomina ani słowem o tym jak wyglądają aktualnie prowadzone inwestycje tego typu na terenie USA. Przykładem może być ślimacząca się od lat i pochłaniająca coraz to większe środki budowa nowych bloków w elektrowni Vogtle. Biorąc pod uwagę, że to firma z USA właśnie (czyli zasadniczo rzecz biorąc GE) będzie najprawdopodobniej partnerem przy budowie elektrowni w Polsce nie napawa optymizmem. Po prostu ile to ostatecznie będzie kosztowało dowiemy się za te kilkanaście lat. Jedynym pocieszeniem w tym wszystkim może być fakt, że w biznesie jądrowym GE działa jako joint venture z japońskim Hitachi. Tylko czy Amerykanie faktycznie wyłożą kasę na tę naszą elektrownię, żeby dać zarobić Japończykom? Pożyjemy, zobaczymy.

Hans
niedziela, 16 sierpnia 2020, 17:40

Plus za odwagę. Sensowny artykuł.

war
niedziela, 16 sierpnia 2020, 12:21

ja tylko dodam opinie Pana Bratkowskiego brata pisarza który uczestniczy w rozbiórce pierwszej elektrowni atomowej w Anglii że to jest kompletne nie opłacalne bo życie takiej elektrowni trzeba widzieć do jej końca czyli utylizacji i jak sam powiedział czas na rozebranie takiej elektrowni to nie mniej nie więcej jak 120 lat tak tak czyli być żyć nie umierać dla wykonawców takiej elektrowni ustawiony jesteś na wieki doisz tępy lud do końca świata

Veritas
czwartek, 27 sierpnia 2020, 19:15

A mądry lud woli płacić za emisje co2, zużywać kopaliny, dopłacać do OZE, czy wozić biomasę statkami z Afryki?

rob ercik
sobota, 15 sierpnia 2020, 13:24

Tak jest towarzyszu Wiech. A tak na poważnie, atom w Polsce będzie tylko i wyłącznie wektorem uzależnienia od USA, bo chyba nikt nie myśli że to ktoś inny będzie budował EA. Pytanie, co zrobimy gdy Być Może za 10, 20 bądź 30 lat zmienimy kierunek polityki? W Polsce mamy szerokie możliwości produkowania energii wystarczy rozwinąć rodzime (dość liczne) projekty

Andrzej K.
niedziela, 16 sierpnia 2020, 23:06

Patenty to tylko 20 lat. 10 lat budowy elektrowni, 10 eksploatacji - i po tym czasie nie będziemy od nikogo uzależnieni, bo te elektrownie nie będą już objęte patentami. Plus jeżeli chodzi o Westinghouse to on licencjonował swoją technologię do Chin, więc w razie czego będzie drugie źródło komponentów.

Jan B
niedziela, 16 sierpnia 2020, 01:32

Jakie rodzime projekty mogą zapewnić potrzebne Polsce 24 -30 GW mocy? Jakoś nikt o tym nie napisał do tej pory.

czwartek, 27 sierpnia 2020, 19:16

Już Ci pisał: hydroelektownie i biogazownie będzie stawiał :)

rob ercik
niedziela, 16 sierpnia 2020, 12:18

Panie Janie, nie napisano na tym portalu czy np. GW, bo to nie wpisuje się w aktualną narrację. Zapewniam że po udaniu sie np. na AGH będzie pan przecierać oczy ze zdumienia, a jest wiele innych możliwości tylko ze one uniezalezniaja nas od nowego hegemony (który defakto upada). Absolutnie nie twierdzę że to co amerykańskie jest źle, problem w cenie jaka musimy zapłacić. Indianie za łnadne, ale bezwartosciowe szklane paciorki płacili cennymi skurami i niestety teraz to my mamy zastąpić indian ...

czytelnik D24
poniedziałek, 17 sierpnia 2020, 14:41

Jakie możliwości? I przede wszystkim jak się one mają do polskich warunków bo to jest najistotniejsze? To naprawdę o wiele bardziej złożony problem niż twoje bezmyślnie powtarzane komunały. Technologiami można sobie szastać na lewo i prawo tylko co z tego skoro nie spełniamy warunków w których one mają rację bytu. Polska to nie Niemcy.

rob ercik
poniedziałek, 17 sierpnia 2020, 22:56

stać na na kilka miliardów USD na bezwartosciowe F35, a nie będzie nas stać na rozwój nowych technologii? Może czas na zadanie sobie pytania co jest ważniejsze

czytelnik D24
sobota, 15 sierpnia 2020, 15:33

Gdy ręka szybsza od głowy. To powinna być twoja dewiza. Podałeś same wyświechtane frazesy bez jakiejkolwiek merytorycznej zawartości. Bo widzisz to co napisałeś można zarzucić dosłownie każdemu o cokolwiek by nie chodziło. Piszesz o "rodzimych, dość licznych" projektach a nie wskazałeś na ani jeden z nich mimo iż jak sam napisałeś są liczne. Tak bardzo byś chciał dorównać piszącym artykuły redaktorom z D24 że robisz z siebie błazna dosłownie przy każdej możliwej okazji, no ale to cały ty. I skąd pomysł że autor jest towarzyszem skoro ma 28 lat? Twoja ukochana komuna padła w Polsce dawno temu.

rob ercik
sobota, 15 sierpnia 2020, 19:26

Czytelniku np. zagazowanie węgla, biometanol, regulacja rzek, fotowoltaika. Czyli rozproszone źródła energi (czytać proxi) bo przy budowie EA trzeba będzie budować jeszcze linkę przesyłowe.Co zaś się tyczy pana Wiecha, to właśnie przypomina mi te osoby z minionych czasów które bezkrytycznie i bezgranicznie kochały uwczesnie jedynie słusznego sojusznika. Redaktorom d.24 dorównywać nie planuje bo znajdujemy się na antypodach wizji Polski.

poniedziałek, 17 sierpnia 2020, 08:42

1. w jaki spsób zgazowanie węgla ma pomóc w dekarbonizacji? 2. skąd się bierze biometanol? I jaki ma ślad węglowy? 3.Co chcesz regulować i poco?Hydroelektrownie będziesz na rzekach stawiał na płaskim terenie? 4. Co z rezezerwą mocy dla fotowoltaiki (niesterowalne źródło)? 5. Panaceum na co mają być rozproszone źródła energii? Lokalne sieci nie będą przeciążane ? Rzucasz hasełka bez większego ich zrozumienia. Podatawowym problemem polskiej energetyki jest jej wysoma emisyjność. I to ma zmienić ej która jest bezemisyjna.

koniec z wycieczkami osobistymi
niedziela, 16 sierpnia 2020, 17:38

Nie wiem po co te wycieczki osobiste ale ad meritum: zgazowanie węgla - bardzo mało prawdopodobne. W Polsce kopalnie stoją pod miastami. Ze względów bezpieczeństwa nikt normalny nie zgodzi się na szerszą skalę tego rozwiązania. Czyli mrzonka 1 - bimetanol, a gdzież to autor ma te tysiące wolnych hektarów na produkcję biomasy, która nakarmi fabryki biometanolu. Pojawia się naturalna konkurencja o ziemę uprawową, co winduje ceny żwności. Mitem jest samowystarczalność żywnościowa Polski. Mamy niedobór białka. Już było tak za Gierka i pierwszym skutecznym ciosem było zablokowanie dostaw paszy pochodzącej z USA. Mrzonka 2 - regulacja rzek - a co na to ekolodzy i EU? Przy obecnych (od lat) stanch rzek nie mamy takiego potencjału by zapewnić taką ilość energii z hydroelektrowni. Mrzonka 3 - jak już wszystko zastawimy panelami i nie będzie centymetra ziemi pod uprawę to może wystarczy energii na nasze potrzeby oczywiście pod warunkiem, że prądem zapełnimy wszystkie kubeczki, wiaderka i garnki za dnia, tak by korzystać nocą. Mrzonka 4. Czekam na merytoryczną odpowiedź. Personalnie. Czy jest Pan profesorem jednej z naszych uczelni?

rob ercik
poniedziałek, 17 sierpnia 2020, 15:06

Nie, Nie pracuje na uczelni. Żadne źródła energii nie są ekonomiczne, ekologiczne itp. Bardzo dobrym przykładem są łupki. Mimo bardzo wielu wad mają jedną wielką zaletę: dały USA uniezależnienie od AS. Zagazowanie węgla wymaga odkrycia i unowocześnienia jeszcze wielu rozwiązań, ziemi nam nie braknie, a jeśli chodzi o rzeki czy ogólnie o wodę to potrzeba jej jeszcze więcej do chłodzenia EA. Kombinacja wielu metod produkcji energii w dużej mierze rozwiąże problem "składowania w garnuszkach" i na końcu najważniejsze - realna niezależność energetyczna

wtorek, 18 sierpnia 2020, 02:01

znowu te bzdury o zgazowaniu węgla.... To chodzi oto by przestać spalać kopaliny i nie płacić za emisję CO2.

rob ercik
wtorek, 18 sierpnia 2020, 14:03

NIE !!! Chodzi o to by produkować jak najtaniej energię w oparciu o własne projekty

środa, 19 sierpnia 2020, 20:18

Szanowny Panie, w politykach dekarbonizacyjnych (w tym takżew Europejskim Zielonym Ładzie) - chodzi własnie o dekarbonizację. I to właśnie całą swoją działalnością postuluje i promuje Pan Marcin Popkiewicz(i super). Odpowiedź Pana Jakuba Wiecha dotyka tego właśnie zagadnienia: nie wydajnej ekonomicznie produkcji energii (bo tak, to po co ruszać w ogóle elektrownie węglowe???) tylko zmieniejszenia emisji CO2.

rob ercik
czwartek, 20 sierpnia 2020, 11:20

prościej wytłumaczyć nie potrafię. Żaden kraj nie wprowadza 0 (zero) emisyjnej energii bo jest to jeszcze zbyt drogie, dlatego mowa o mixie. Osobiście uważam że EA nie są złym rozwiązaniem ale nie w RP. Pisałem o tym wcześniej. Tylko w ciągu ostatniego tygodnia 2 artykuły na tym portalu o wykorzystaniu biomasy z Australii i USA(nie budują nowych EA u siebie !!!!) Jedynym sposobem na niezależność energetyczna są własne projekty, a takie są, są też niestety blokowane

?
wtorek, 25 sierpnia 2020, 07:38

No cóż, Niemcy już dawno mogły mieć zeroemisyjną energię gdyby pieniadze zainwestowane w OZE zainwestowały w EA. To samo Kalifornia. Żaden kraj nie ma w 100% bezemisyjnej energii dzięki ekooszołomom, ekoterrorystom ii fanatykom OZE w rodzaju pana Popkiewicza a nie dlatego, że to zbyt drogie.

docent
sobota, 15 sierpnia 2020, 11:50

red Wiech a M. Popkiewicz to zupełnie inne światy i inne poziomy wiedzy i doświadczenia naukowego, życiowego i praktycznego.

wesołek
poniedziałek, 17 sierpnia 2020, 11:25

racja. red. Wiech pisze rzetelne artykuły. M. Popkiewicz nazywa sie sam "analitykiem megatrendów". Nie wiadomo co to jest ale zgodnie z zasada z "Misia": "nikt nie wie, więc nikt nie zapyta". odpowiedzialność za poglądy żadna po stronie m.popkiewicza, odpowiedzialność za treści dziennikarskie j.wiecha jednak jest spora.

Tweets Energetyka24