• Partner główny
    Logo Orlen

Klimat

Szaleństwo na rynku ETS. Gdzie jest sufit? [KOMENTARZ]

Fot. Canva.com
Fot. Canva.com

Uprawnienia do emisji CO2 przekroczyły w grudniu cenę 87 euro za jednostkę, czyli prawo do emisji 1 tony dwutlenku węgla. Notowania są niemal na stałym kursie wzrostowym. Jeszcze w styczniu br. można je było kupić za 27 euro. Co to oznacza dla polskiej energetyki i gospodarki w ogóle?

Europejski system handlu emisjami to nie wybryk, wymysł, fanaberia jakieś grupy unijnych oderwanych ekologów. To efekt dekad pracy międzynarodowego środowiska naukowego i politycznego, którego celem była realizacja protokołu z Kioto, czyli redukcji przez państwa rozwinięte emisji o 5% do 2012 r. w stosunku do 1990 r. 

System powstał w 2005 r. i zgodę na jego funkcjonowanie podpisały wszystkie państwa unijne, w tym Polska. Pierwsza jego wada to fakt, że nie obejmuje wszystkich emisji – jedynie te z energetyki, ciepłownictwa, przemysłu i lotnictwa

Z punktu widzenia ekonomii, uprawnienia (EUA) są czymś w rodzaju quasi-instrumentu finansowego. Albo inaczej – stały się czymś w rodzaju instrumentu finansowego, ponieważ podlegają spekulacji w obrocie giełdowym.

„Cap-and-trade”

W ramach systemu przedsiębiorstwa muszą posiadać uprawnienia odpowiadające ich emisji CO2, co sprawia, że produkcja energii ze spalania węgla i innych paliw kopalnych jest droższa, a czyste źródła energii bardziej atrakcyjne. Jednocześnie przedsiębiorstwa są zachęcane do zwiększania efektywności energetycznej, ponieważ mogą wtedy sprzedawać swoje pozwolenia na emisje na rynku. 

System EU ETS opiera się na zasadzie "cap-and-trade": UE ustala limit emisji gazów cieplarnianych na dany rok, a przedsiębiorstwa muszą utrzymać liczbę europejskie uprawnienia do emisji (EUA) na każdą tonę CO2, którą wyemitują w danym roku kalendarzowym. Otrzymują lub kupują te zezwolenia - i mogą nimi handlować np. w przypadku gdy wyemitują mniej niż wynosi limit.

EU ETS dotyczy emisji CO2 z elektrowni, energochłonnych gałęzi przemysłu (np. rafinerii ropy naftowej, hut stali, producentów żelaza, aluminium, cementu, papieru i szkła) oraz lotnictwa cywilnego. Loty poza UE nie są objęte zakresem systemu; jedynie loty pomiędzy i w obrębie krajów UE oraz Europejskiego Obszaru Gospodarczego muszą spełniać wymogi programu.

Firmom grozi grzywna, jeśli wyemitują więcej CO2 niż wynika to z uprawnień do emisji. Wynosi ona 100 euro za każdą tonę nadwyżki niepokrytej uprawnieniami. Nawiasem mówiąc, zanosi się na to, że rynkowa cena EUA dojdzie a może nawet przekroczy ten poziom, co może sprawić, że podmioty emitującym nie będzie się chciało dokupywać uprawnień, tylko po prostu zapłacą grzywny.

System obejmuje ponad 11 tys. elektrowni i fabryk w 27 państwach członkowskich UE oraz Islandii, Liechtensteinie i Norwegii, i obejmuje około 41% emisji gazów cieplarnianych w UE, co często budzi sprzeciw branż, które są objęte systemem. Bo dlaczego pozostali emitenci tj. producenci czy użytkownicy samochodów nie mają podobnych obciążeń? Niemniej jednak w latach 2005-2019 instalacje objęte systemem ETS ograniczyły emisje o około 35 proc.

Celem systemu EU ETS jest coroczna redukcja emisji gazów cieplarnianych z elektrowni i innych energochłonnych gałęzi przemysłu (takich jak produkcja żelaza, aluminium, cementu, szkła, tektury, kwasów itp.) o określony procent (liniowy współczynnik redukcji - LRF). W roku 2013 współczynnik LRF został ustalony na poziomie 1,74%, aby do roku 2020 osiągnąć w tych sektorach całkowitą redukcję o 21% w porównaniu z poziomem z roku 2005. 

W latach 2021-2030 ogólna liczba uprawnień do emisji będzie się zmniejszać w tempie 2,2 proc. rocznie. Współczynnik redukcji został ustalony w 2018 r., aby dostosować go do celów UE w zakresie redukcji wszystkich emisji gazów cieplarnianych o 20 proc. do 2020 r. i o co najmniej 40 proc. do 2030 r. w porównaniu z poziomami z 1990 r. W swoim wniosku Fit for 55 z lata 2021 roku Komisja UE proponuje nowy LRF od 2024 roku, aby osiągnąć nowy, bardziej ambitny ogólny cel klimatyczny na 2030 rok.

Należy zauważyć, że coroczna redukcja liczby EUA w obiegu w naturalny sposób powoduje zwiększanie się ceny. Jednak zupełnie nieuzasadnione jest tempo wzrostu, które widzimy obecnie, redukcja nie jest tu głównym czynnikiem, bo po prostu jest zbyt ograniczona by napompować cenę o 200-300%. 

Fit for 55

W czerwcu 2021 r. państwa członkowskie UE przyjęły nowe prawo klimatyczne, które wyznacza wiążący cel unijny w postaci redukcji emisji gazów cieplarnianych netto (emisje po odliczeniu pochłaniania) o co najmniej 55 proc. do 2030 r. w porównaniu z rokiem 1990. Aby osiągnąć ten nowy, bardziej ambitny cel, Komisja Europejska przedstawiła w lipcu 2021 r. pakiet nowych przepisów i propozycji legislacyjnych "Fit for 55" - w tym reformę systemu EU ETS.

Kluczowe zmiany, które Komisja proponuje wprowadzić do systemu handlu emisjami powinny generować głęboki niepokój w naszym kraju. Wyższy cel redukcji w ramach ETS do 2030 roku – 61% zamiast wcześniejszych 43%, nowy roczny współczynnik redukcji uprawnień – 4,2% od 2024 r. oraz dodanie do systemu emisji z żeglugi, lotnictwa, transportu i budynków.Marnym pocieszeniem pozostaje stworzenie Społecznego Funduszu Klimatycznego, który m.in. ma pomagać gospodarstwom domowym, których koszty życia się zwiększą w związku z polityką klimatyczną. 

Co dalej?

Nikt nie ma wątpliwości, że obecne ceny EUA sprawiają, że EU ETS przestaje być narzędziem kierującym państwa unijne w kierunku dekarbonizacji, redukcji emisji, a staje się niebezpiecznym, wadliwym elementem systemu, przez który w okresie wytężonej pracy w zimę bankrutować mogą np. polskie lokalne ciepłownie. Obecnie ETS nie będzie zachęcał do redukcji emisji, ustawiał w szeregu i trzymał dyscyplinę podmiotów emitujących, tylko będzie pukał do drzwi kolejnych słabszych graczy na różnych rynkach, niczym śmierć z kosą.

W ostatnich dniach poseł Janusz Kowalski, nieprzejednany krytyk systemu ETS poinformował, że „sejm poprze inicjatywę rządu postawienia na Radzie Europejskiej 16 grudnia 2021 r. wniosku o natychmiastowe zawieszenie unijnego systemu handlu emisjami (EU ETS) i zatrzymanie zielonej inflacji”. Faktem jest, że główną przyczyną rosnących cen energii w Polsce jest właśnie ETS.

Dalej w samym wniosku, który Kowalski udostępnił w swoim poście czytamy, że grupa 43 posłów domaga się zawieszenia ETS lub wycofania z niego Polski. Podpisało się 43 posłów i posłanek, w tym ważny polityk PiS-u, przewodniczący komisji ds. energii, Marek Suski. Początkowe informacje wskazywały, że mogła to być samodzielna szarża Kowalskiego, ponieważ źródła w Kancelarii Premiera nie potwierdzały informacji o takim punkcie podczas delegacji w Radzie Europejskiej, ale w czwartek uchwała trafiła do sejmu i została tam przegłosowana. Gazeta.pl donosiła, że postulat zawieszenia systemu ETS to bezpośredni wyraz woli szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego. 

Premier Mateusz Morawiecki jednak nie do końca uznał wniosek grupy posłów. „W kwestii ETS zaproponuję za tydzień w Brukseli, aby nie mogły uczestniczyć w nim pomioty spekulujące ceną uprawnień do emisji CO2, bo to sztucznie winduje cenę energii, co przekłada się na poszczególne sektory w gospodarce narodowej” - powiedział. Taki postulat nijak się ma do sejmowej uchwały, która wprost nawołuje do zawieszenia całego systemu, a nie do ograniczenia dostępu do handlu uprawnieniami. Wydaje się, że taka propozycja ma większe szanse na forum unijnym niż całkowite zawieszenie systemu. 

Reklama
Reklama

Kilka dni temu minister klimatu Anna Moskwa po posiedzeniu Rady UE ds. Transportu, Telekomunikacji i Energii w Brukseli mówiła, że ETS „wymaga głębokiej reformy”. „Nie możemy już udawać, że ETS jest świetnie funkcjonującym systemem. To, co się teraz zdarzyło pokazuje, że o ile kilka lat wcześniej ten system i jego podstawy miały sens, to dzisiaj, patrząc na skalę i na sposób jego funkcjonowania, wymaga on głębokiej reformy, a nie tylko drobnych zmian, refleksji i kolejnych raportów, które są przygotowywane” – podkreśliła. „Jednym z elementów, któremu trzeba się bliżej przyjrzeć, jest udział instytucji finansowych. Dzisiaj ETS, emisje, stają się rodzajem niekontrowanej waluty, a przypominam, że chodzi tu o rynek energii i o odbiorców, w tym odbiorców wrażliwych. Więc ten system albo powinien być mocniej kontrolowany tymi narzędziami, które są, albo są potrzebne nowe narzędzia - postulowała szefowa resortu klimatu i środowiska” – dodała.

Jedno jest pewne – coś należy z ETS zrobić, jeśli chcemy, aby ceny energii w Polsce nie rosły do absurdalnych rozmiarów a mniejsze zakłady nie bankrutowały. Przy obecnym poziomie cenowym uprawnień 80-90 euro często mniej kosztuje wyprodukowanie ilości energii, która emituje tysiąc ton CO2, słowem – EUA to czasem więcej niż połowa kosztów danej ilości energii. Z drugiej strony, gdybyśmy przez ostatnie kilkanaście lat będąc w UE i będąc członkiem systemu rzeczywiście się dekarbonizowali, dziś wysokie ceny uprawnień do emisji byłyby problemem znacznie mniejszym. 

  • ETS

Komentarze