Reklama
  • ANALIZA
  • WIADOMOŚCI
  • WAŻNE

W kampanii o cenie prądu jest 60% manipulacji [KOMENTARZ]

Kampania polskich elektrowni dotycząca wpływu polityki klimatycznej Unii Europejskiej na ceny prądu jest dezinformująca. Tworzy u odbiorców mylne wrażenie co do przyczyn wysokich rachunków za elektryczność.

Autor. Pixabay
Reklama

„Opłata klimatyczna Unii Europejskiej to aż 60% kosztów produkcji energii. Polityka klimatyczna UE = droga energia, wysokie ceny" – taki przekaz bije z bilbordów, ulotek i reklam wtłoczonych w obieg informacyjny przez polskie elektrownie. Taka narracja ma za zadanie wyjaśnić przyczyny wzrostu rachunków za prąd i odpowiednio przekierować emocje społeczne w tej kwestii. Jednakże zawiera ona również istotny ładunek dezinformacyjny.

Reklama

Ile cukru w cukrze

Analizując całą sytuację, już na wstępie warto zaznaczyć, że kampania została zorganizowana przez Towarzystwo Gospodarcze Polskie Elektrownie. W jego skład wchodzą m. in. PGE GiEK, Tauron Wytwarzanie, Enea, czyli spółki kontrolowane przez Skarb Państwa. Niektóre z nich zdecydowały się również przesyłać materiały pochodzące z kampanii bezpośrednio do swoich klientów. Charakterystyczne bilbordy zawisły w eksponowanych miejscach polskich miast, stosowne reklamy zostały też zamieszczone w czasopismach i na niektórych branżowych portalach społecznościowych. Główny przekaz tych materiałów powtarzają również politycy.

Reklama
Reklama

Naczelna informacja suflowana odbiorcy w ramach kampanii, czyli „opłata klimatyczna Unii Europejskiej to aż 60% kosztów produkcji energii" sama w sobie jest dezinformująca. Termin „opłata klimatyczna" w obiegu prawnym odnosi się do daniny pobieranej przez miejscowości uzdrowiskowe od osób przebywających w nich przez co najmniej 24 godziny. Użycie tego sformułowania w kampanii jest więc – formalnie patrząc – niepoprawne, ale kierunkuje uwagę odbiorcy na odpowiedniego adresata, czyli Unię Europejską i jej politykę klimatyczną. Ową „opłatą" są zaś koszty wynikające z narzędzia tejże polityki, czyli systemu handlu emisjami (EU ETS).

Tu pojawia się kolejna dezinformacja. System ETS – jak zresztą cała polityka klimatyczna UE – został skrojony według zasady „kto emituje, ten płaci". Większość krajów członkowskich prawie nie odczuwa skoku cen uprawnień. Ich głównym zmartwieniem jest teraz drogi gaz, co jednak wynika z innych czynników. Nieprawdą jest zatem stwierdzenie zawarte w kampanii, że polityka klimatyczna Unii to kosztowna energia. Istotne dodatkowe koszty generuje bowiem wytwarzanie elektryczności ze źródeł o wysokiej intensywności emisji – czyli np. źródeł węglowych, na których oparta jest polska energetyka.

Reklama

Polski sektor energetyczny ma jedną z najwyższych intensywności emisji w całej UE. Oscyluje ona wokół 750 g CO2 na kilowatogodzinę, co jest wskaźnikiem trzykrotnie wyższym od unijnej średniej. Mówiąc prosto, oznacza to, że wygenerowanie jednej kWh energii elektrycznej w Polsce tworzy trzy razy więcej emisji niż wygenerowanie tej samej jednostki w innych krajach UE. Przekłada się to na konieczność wykupu trzykrotnie większej liczby uprawnień do emisji dwutlenku węgla (tzw. EUA), które obecnie są rekordowo drogie – kosztują prawie 100 euro za tonę.

Paluszek i główka

Reklama

Jednakże to nie EUA odpowiadają za wysokie ceny energii na rachunku dla odbiorcy końcowego. Jak policzyło Forum Energii, uprawnienia do emisji odpowiadają tylko za ok. 20% ceny elektryczności widniejącej na rachunku. Skąd więc 60% w wyliczeniach polskich elektrowni? Współczynnik ten został najprawdopodobniej zaczerpnięty z następujących wyliczeń.

Jak podaje Forum Energii, koszt 1 kWh w taryfie G11 w roku 2021 wynosił 72 grosze. W roku 2022 wzrósł on do 89 groszy, a więc o 17 groszy, czyli o ok. 24%. Wzrost ten wynika ze skoku praktycznie wszystkich składowych rachunku za energię. Część rachunku wynikająca z podatku VAT i podatku akcyzowego wzrosła o 3 grosze. Opłaty (np. mocowa) - wzrost o 1 grosz. Koszt dystrybucji - wzrost o 1 grosz. Koszty generacyjne - wzrost o 2 grosze. Część wynikająca z handlu emisjami - wzrost o 9 groszy (w wyliczeniach FE „brakuje", ze względu na zaokrąglenia, 1 grosza do 17). Można wobec tego zauważyć, że za ok. 58% wzrostu cen energii elektrycznej (czyli za 58% tych 17 groszy) odpowiada wzrost cen uprawnień do emisji CO2.

Reklama

Jednakże nie jest prawdą powtarzany często slogan, że ETS to 60% ceny energii widniejącej na rachunku. Z kolei termin, którym operuje kampania („koszty produkcji energii") dotyczy spółek energetycznych, nie zaś rachunków za prąd. W kwocie, która widnieje na fakturze przesyłanej klientom grupy G11, uprawnienia do emisji odpowiadają za 19-22% ceny (rozpiętość zależna jest od tego, czy mówimy o kwocie uwzględniającej obniżki VAT i akcyzy wprowadzone niedawno przez rząd).

Podsumowując: gdyby rachunek za energię z grupy G11 obciążyć wyłącznie wzrostem cen uprawnień, to rokroczna różnica ceny elektryczności w tej taryfie wyniosłaby 12%, a nie 24%, jak to ma miejsce obecnie.

Reklama

Gorący ziemniak pod napięciem

Co ważne – patrząc wyłącznie z punktu widzenia politycznego – taka strategia jest... zrozumiała. Nie znaczy to, że jest słuszna moralnie – w polityce bowiem, koncept ów prostaczy, czy sprawa jest słuszna, niezbyt wiele znaczy, jak śpiewał Gintrowski. Ale jest to – makiawelicznie patrząc – dogodne wyjście komunikacyjne dla władz. Rząd stoi bowiem w obliczu poważnego problemu społecznego, jakim jest gwałtowny skok cen energii elektrycznej. Sytuacja ta uderza we wszystkich – obojętnie od poglądów politycznych. Jest dotkliwa, widoczna i emocjogenna. Nie da się jej łatwo przykryć tematem zastępczym, trudno też zrzucić winę w całości na opozycję (choć takie próby są podejmowane). A przecież trzeba jakoś wytłumaczyć – przede wszystkim własnemu elektoratowi – dlaczego ceny wzrosły. Dlatego też posłużono się zgraną, ale skuteczną kartą Unii Europejskiej.

Reklama

Tymczasem realna odpowiedzialność za ten wzrost spoczywa na barkach praktycznie wszystkich polityków, którzy sprawowali władzę w ciągu ostatnich 30 lat. Nie jest to wina wyłącznie rządu Prawa i Sprawiedliwości, ale wynik wieloletnich zaniedbań, które uwięziły Polskę w węglowej pułapce. Przerzucanie odpowiedzialności na UE jest niskie – Unia jasno komunikowała, jakie stawia sobie cele w polityce klimatycznej. Sygnały w tym zakresie docierały nad Wisłę w zasadzie od 2004 roku. Niestety – ignorowano je, a kolejni premierzy powtarzali jedynie slogany o węglowym bogactwie Polski. Wzrost kosztów energii wynika z polskich zaniedbań, a nie europejskiej polityki.

Reklama

Zobacz również

Reklama