• Partner główny
    Logo Orlen

Analizy i komentarze

Polska energetyka jako test Kobayashi Maru [KOMENTARZ]

Leonard Nimoy jako Spock w serialu Star Trek
Leonard Nimoy jako Spock w serialu Star Trek
Fot. Domena Publiczna

Polska energetyka jest w sytuacji bez dobrego wyjścia. Jedyną nadzieją jest zmiana reguł gry – ale ta wcale nie musi się udać.

Znane fanom serialu Star Trek ćwiczenie Kobayashi Maru było symulacją dla studentów akademii Gwiezdnej Floty. Polegało ono na tzw. scenariuszu no-win, tj. bez pozytywnego wyjścia: nie dało się go zakończyć sukcesem. Przystępujący do testu uczeń miał za zadanie uratować cywilny statek kosmiczny, który - uszkodzony - przebywał na terytorium wroga. Jeśli student poszedł tej jednostce w sukurs, to naprzeciw niemu stawała nagle potężna flota nieprzyjaciela, która szybko niszczyła jego okręt i zabijała załogę. Jeśli zaś uchylił się od ratowania cywili, to oblewał sprawdzian za niewykonanie rozkazu. Takie postawienie sprawy może się wydawać irracjonalne – ale test Kobayashi Maru zawierał pewien ukryty sens. Ocenie podlegało nie to, czy student faktycznie uratuje cywilny statek, ale to, jak zachowa się w absolutnie kryzysowej, beznadziejnej sytuacji. Jednakże jednemu studentowi udało się przejść ten sprawdzian – był to przyszły kapitan Enterprise, James T. Kirk, który włamał się do programu tworzącego symulację Kobayashi Maru, zmienił program ćwiczenia i nie tylko uratował cywilny statek, ale też pokonał jednostki nieprzyjaciela. „Nie wierzę w scenariusze bez dobrego wyjścia" – powiedział Kirk w jednym z odcinków Star Trek. Ta dość plastyczna historia świetnie nadaje się do zilustrowania stanu polskiej elektroenergetyki.

System elektroenergetyczny Polski jest w opłakanym stanie. Cechuje się najwyższym udziałem węgla spośród wszystkich krajów Unii Europejskiej (sięgającym ok. 70%), trzykrotnie wyższą intensywnością emisji od unijnej średniej (ok. 700 gramów CO2 na kilowatogodzinę) i wysokim średnim wiekiem głównych jednostek wytwórczych, czyli elektrowni węglowych (47 lat). Odstaje to nie tylko od standardów polityki klimatycznej UE, ale także coraz bardziej od podstawowych norm bezpieczeństwa. Widać to było wyraźnie w grudniu 2021 roku, kiedy operator polskiego systemu elektroenergetycznego musiał prosić operatorów państw sąsiednich o wsparcie, bo nad Wisłą brakło mocy wytwórczych do skompletowania rezerwy. W zeszłym roku się udało – Polska zaimportowała moc z Niemiec, Szwecji i Ukrainy. Ale jeśli taka sytuacja zdarzy się ponownie w ciągu najbliższych miesięcy, to ratowanie się cudzymi elektrowniami może być trudniejsze ze względu na kryzys energetyczny.

Polskie problemy elektroenergetyczne w najbliższych latach będą się tylko pogłębiać. Deficyt mocy skoczy gwałtownie po roku 2025, kiedy to skończy się wsparcie dla elektrowni węglowych z tzw. rynku mocy. Według wyliczeń prezentowanych na opracowaniu Ministerstwa Klimatu i Środowiska, w pesymistycznym scenariuszu po roku 2030 w Polsce może brakować ok. 11 gigawatów mocy zainstalowanej. To odpowiednik dwóch Elektrowni Bełchatów.

Rozwiązania na horyzoncie nie widać. Inwestycje w nowe moce wytwórcze idą bardzo wolno – energetyka wiatrowa na lądzie jest przyblokowana legislacyjnie, energetyka wiatrowa na morzu będzie rozwijana dopiero pod koniec bieżącej dekady, fotowoltaika nie rozwiąże tak głębokiego deficytu, zresztą na budowę dużych mocy w źródłach odnawialnych w nadziei, że zastąpią węgiel do 2025 roku i tak jest już za późno. Tymczasem na atom trzeba poczekać co najmniej do połowy lat 30. XXI wieku.  A problem z dostępnością mocy zainstalowanych i intensywnością emisji sprawia, że energia elektryczna w Polsce będzie coraz droższa – o ile w ogóle będzie, bo deficyty mocowe mogą przełożyć się na stałe ograniczenia dostępu do elektryczności dla przemysłu. Pogorszenie sytuacji po 2025 roku może sprawić, że z Polski będą uciekać przedsiębiorstwa. Innymi słowy mówiąc: na dobre rozwiązania jest już za mało czasu, a za chwilę sytuacja znacznie się pogorszy. Tak zatem wygląda testKobayashi Maru osadzony w realiach polskiej elektroenergetyki.

Czytaj też

Grając według reguł trudno znaleźć tu jakiekolwiek dobre wyjście. Brak transformacji energetycznej z ostatnich 30 lat stworzył zaległości, których nie da się szybko i sprawnie nadrobić – zwłaszcza, że polskie państwo jest słabe instytucjonalnie i ma problemy z realizacją tak rozległych czasowo, finansowo i organizacyjnie projektów. Coraz większą nadzieją staje się zatem nagięcie reguł – przede wszystkim w zakresie unijnej polityki klimatycznej, ale też w zakresie bezpieczeństwa. Polski rząd szuka sojuszników do zmiany zasad np. w kwestii unijnego systemu handlu emisjami (EU ETS). Najprawdopodobniej podjęte zostaną też działania w kwestii rynku mocy, m. in. w zakresie zwiększenia widełek emisyjności w tym mechanizmie, co umożliwi przedłużenie okresu, w którym elektrownie węglowe będą mogły korzystać ze wsparcia. Ale mało krajów Unii Europejskiej podziela polskie problemy w tych kwestiach - więc stworzenie jakiejkolwiek sensownej koalicji politycznej jest wymagające.

Dodatkowo rząd rozgląda się za możliwościami sięgnięcia po zewnętrzne dostawy mocy – stąd np. rozmowy z Ukrainą w sprawie połączenia z elektrownią jądrową Chmielnicki. Trzeba jednak pamiętać, że taka współpraca energetyczna z ogarniętym wojną państwem jest dość niebezpieczna, zwłaszcza jeśli dotyczy jednostek jądrowych, a więc przystosowanych do pracy w podstawie.

Oczywiście te wszystkie działania nie muszą zakończyć się sukcesem – ale wydają się jedyną drogą do pokonania trudności, jakie piętrzą się przed polską elektroenergetyką (oczywiście oprócz konsekwentnie realizowanej transformacji, która powinna być prowadzona równolegle). Czy zatem Polska doczeka się swojego energetycznego Jamesa Kirka? Odpowiedź na to pytanie powinna pojawić się niebawem.

Komentarze