Krok w przód, dwa w tył – polska zielona energia ma problem z decyzjami [KOMENTARZ]

12 sierpnia 2021, 15:23
pinwheel-4550711_1920
Fot. Pixabay
Energetyka24
Energetyka24

W starych piosenkach Hanna Kunicka śpiewała „Chciałabym i boję się”, a Jan Kaczmarek nawet bardziej bezpośrednio „Czego się boisz, głupia” – i to chyba najlepiej pasuje do obecnej sytuacji polskiej energetyki w czasie transformacji – pisze prof. Konrad Świrski.

W starych piosenkach Hanna Kunicka śpiewała „Chciałabym i boję się”, a Jan Kaczmarek nawet bardziej bezpośrednio „Czego się boisz, głupia” – i to chyba najlepiej pasuje do obecnej sytuacji polskiej energetyki w czasie transformacji. Lęk przed podjęciem ostatecznej decyzji, przed konsekwencjami, wreszcie przed całkowitą zmianą jest czymś normalnym w naszym życiu i właśnie ta fraza (chcę, ale się boję) jest jedną z częściej wbijanych w wyszukiwarki internetowe, a także zadawanych w gabinetach psychoanalityków. O ile łatwo się wahać, same odpowiedzi i proponowane rozwiązania są już bardzo niejasne, rozmyte i wcale nieoczywiste do zastosowania – większość porad to tak naprawdę – uświadom sobie własną sytuację i po prostu „weź się w garść i przestań się bać”.

Z jednej strony wydaje się ze wszystko jest oczywiste – czytając strategie energetycznych championów jest „zielony zwrot”, „zielona droga”, jasne sygnały o polityce zmian i dostosowaniu się do nowej rewolucji energetycznej. Jest też i PEP 2040 (nieco zdezaktualizowany, co prawda, wobec nowych wymagań europejskich pokazujących nowe ambicje przy zaostrzonych celach redukcyjnych CO2). Jest i wielki program morskiej energetyki wiatrowej a nawet globalny plan odejścia od węgla. Jest wreszcie i Krajowy Program Odbudowy, i podejście do wielkich europejskich funduszy, które mają wspomagać energetyczną transformację, i zgrubne założenia, ile miliardów w jedną i w drugą stronę. Wydaje się, że sprawa jest oczywista - „chcemy i będziemy się zmieniać”. 

Z drugiej strony, wszystko idzie jak po grudzie. Jakoś dobrze wygląda to w pierwszych kolorowych strategiach, a nawet w generalnym dokumencie strategicznym, a może nawet i w ustawie rozpoczynającej program, ale za chwilę to wszystko łapie jakieś opóźnienia, problemy, wahania, a na koniec – co najgorsze – zaczyna jakoś wracać do punktu wyjścia, bo może „wcale nie trzeba nic zmieniać”. Z punktu widzenia realnej legislacji - jest źle. Wzmiankowana od dawna (i niezbędna) modyfikacja ustawy odległościowej, odblokowującej możliwość budowy lądowych farm wiatrowych właśnie wpadła na minę wewnętrznych walk politycznych i nie wydaje się, że szybko pokaże jakiś ostateczny kształt i zostanie przegłosowana. Efektem będzie całkowity zastój nowych inwestycji w LFW i brak niezbędnych MW w mocy zainstalowanej i MWh w zielonej produkcji, nie tylko dla wypełnienia europejskich celów, ale i dla polskiego – europejskiego przemysłu, który musi mieć zielone zasilanie. Morskie Farmy Wiatrowe po wielkim wysiłku uchwalenia początkowych ustaw i przygotowaniu podstaw dla inwestycji (m.in. cena referencyjna - niezależnie czy jest za mała, ale jest), w jakiś dziwny sposób zaczyna powoli łapać dryf decyzyjny i obawiam się, że rok 2026, a nawet 2028 jest już czasem nierealistycznym dla pierwszej produkcji na Bałtyku. Morski port inwestycyjny w Gdyni – dopóki był ikonografiką na folderach i prezentacjach, wyglądał okazale, w fazie przejścia do konkretów – zaczyna być problemem (warto zwrócić uwagę, że nieśmiało już się przebąkuje o opcji wykorzystania portów zagranicznych dla budowy). Program strategicznych zmian w górnictwie, po tytanicznym (jak na Polskę) wysiłku przygotowania pierwszej umowy, gdzie w ogóle pojawiał się data zamknięcia kopalń - przygasł i tli się małym płomieniem. Energetyka węglowa czekając na kolejny krok w wydzielaniu aktywów NABE (to też jakoś wakacyjnie zwolniło) wpisuje się w ogólny scenariusz, a wszystko związane z węglem zaczyna przykrywać chmurą wyższych cen na rynku (dziś ARA to 135 $/tonę, a było 50)  - więc może jest dobrze jak jest, a najważniejsze zmiany to kołowrót osób zarządzających w najważniejszych strategicznych firmach.

image

 Reklama

Może to czas wakacyjny i zwyczajowe pierwsze dwa tygodnie sierpnia. kiedy nic się nie dzieje. Ale obawiam się, że niestety to gwałtowny powrót syndromu „chciałabym, ale się boję” i przemożny wpływ polityki na energetykę. Jak jest – każdy widzi – dyskusja jest o zupełnie innych rzeczach i problemów lepiej się nie dotykać. Niepewna sytuacja z funduszami i finansowaniem, niepewna sytuacja z samą strategiczną decyzją (zielony zwrot ma wielu potężnych przeciwników), nerwowe liczenie procentów i głosów – więc kurs zmiany staje w miejscu. 

W tym przypadku – nie ma innego wyjścia – trzeba poszukać rozwiązania w przeglądarce internetowej. Wbijamy znajomą frazę i widzimy odpowiedzi, że problem nie zniknie i nie należy go chować, że każdy miesiąc później to znaczy dodatkowo trudniej i że próby zostania z lękiem i akceptacją złej sytuacji to w końcu katastrofa. I ewentualnie przesłuchanie jeszcze raz piosenki Jana Kaczmarka i jej ostatniej zwrotki – w końcu trzeba się zdecydować…

- prof. Konrad Świrski

Energetyka24
Energetyka24
KomentarzeLiczba komentarzy: 6
Jan z Krakowa
środa, 18 sierpnia 2021, 16:38

I bardzo dobrze, że proces topienia środków materialnych w ,,zieloną energię" nie idzie tak szybko bo dzięki temu będzie więcej pieniędzy (ogólnie środków materialnych) na atom i gazyfikację elektrowni cieplnych. I mniej dojenia budżetu na nieistotne cele.

Piotr
niedziela, 15 sierpnia 2021, 13:52

Brawo Panie Profesorze. Szczerze i do bólu tak właśnie jest, dalej uznaje się dominantę jakoś to będzie... Tylko, że te czasy już za nami... Trzeba działać i to szybko.

Parsifal7
piątek, 13 sierpnia 2021, 10:49

Jakkolwiek w pewnych miejscach budowanie tego rodzaju instalacji na morzu ma sens (także z racji większej sprawności energetycznej i mniejszej uciazliwosci) tak stawianie na lądzie tego czegoś to bezsens, marnowanie przestrzeni, zaśmiecanie krajobrazu, utrapienie dla mieszkańców na dużych obszarach etc. Poza tym to nie jest żadną zielona energia. No może zieloną w 20 proc. W pozostałym zakresie to konieczność spalania ogromnych ilości gazu ziemnego celem bilansowania OZE. To nie jest tak że można sobie ponastawiac wiatraków nadmiarowo i to rozwiąże problem. Otóż nie rozwiąże ale przeciwnie, negatywnie wpływa na system energetyczny i nie eliminuje emisji CO2 oraz zwiększa konsumpcję gazu. To nie jest tak że do systemu energetycznego można w dowolnej jednostce czasu wpuścić dowolną ilość energii a następnie z tego systemu w dowolnym czasie pobrać dowolną ilość energii. W danej jednostce czasu podaż i popyt musi się bilansowac i praw fizyki się nie przeskoczy. Stąd konieczność bilansowania gazem. Zatem tego "zielonego" w tych wiatrakach jest średnio 1/3 W okresie rocznym a spalanie gazu to 2/3. Zatem tyle w tym zielonego co trucizny w zapałce (Jak mawiał Wokulski). Jedynie bezemisyjnym źródłem jest energetyką wodna (stabilna i zeroemisyjna) oraz atom. Reszta to dodatek. Nie będę wspominał o dewastacji tysięcy hektarów ziemi i niszczeniu krajobrazu. Wiatraki są nieefektywne w odniesieniu do korzyści jakie dają w kontekście koniecznych nakładów i zużycia zasobów, materiałów, metali rzadkich etc. Takie są fakty. Nikt też nie wspomina o konieczności budowy nadmiarowych sieci oraz koszmarze okolicznych mieszkańców na znacznym obszarze. OZE tak ale rozsądnie, jako element miksu.

MarekNast
sobota, 14 sierpnia 2021, 00:09

Wiatraki na ladzie produkuja tani prad. To na dzis najtanszy sposob produkcji pradu. Wymagaja bilansowania. W polskich warunkach najlepiej gazem (bo mozna energetyka wodna ale my nie mamy warunkow) ale lepiej 1/3 z wiatrakow i 2/3 z gazu niz calosc z gazu (o weglu nie wspominajac). Po pierwsze to mniej o 1/3 co2 w atmosferze, po drugie to nizsza srednia cena energii, po trzecie o 1/3 mniej gazu ktory musimy importowac. Wiatraki mozna tez szybko pobudowac. Powinnismy rowniez budowac atom ale to wymaga duzych nakladow i duzo czasu. Na dzis powinnismy wlasnie budowac wiatraki na ladzie (bo to tani prad i bez emisji co2) i elektrownie gazowe do ich bilansowania i tym stopniowo zastepowac wegiel jednoczesnie starajac sie jak najszybciej ruszyc z atomem

Parsifal7
sobota, 14 sierpnia 2021, 12:20

To nie tak do końca. Oczywiście gdyby tylko analizować to przez pryzmat samego "wykrecenia" jednostki energii netto przez wiatrak to faktycznie jest to tanie. Problem w tym że na cenę brutto składa się nie tylko owa wartość netto "wykrecenia" energii przez wiatrak się także udział w kosztach rozproszonej infrastruktury, sprawność w danym okresie, koszt bilansowania drogim gazem, dostępu do sieci, pokrywania różnic w kosztach w związku z tzw. ujemna cena OZE i wiele innych składowych. Jak się to zliczy to okazuje się że jest to energia bardzo droga i rynkowo nie ma szans. Stąd płynące ogromnym strumieniem subsydia publiczne. System energetyczny musi mieć zachowaną stabilność i to nie jest jej z beczka do której można nalać wody jak jest deszcz a w trakcie suszy podlewać ogródek. Gdyby nie dotacje państwowe takiej energii nikt by nie kupił bo po uwzględnieniu wszystkich składowych jest ona droższa od tej węglowej i to po uwzględnieniu opłat emisyjnych. Arkusz kalkulacyjny jest tu bezwzględny. Poza tym po co uzależniac się od importowsnego gazu bo OZE to w 2/3 oznacza konieczność spalania gazu na jednostkę mocy. Skoro można mieć zeroemisyjnosc (a nie emisyjnosc na poziomie 2/3 jak to jest w OZE) i być uniezaleznionym od zwenetr nych źródeł to wybór jest oczywisty. A tak a'propos to wysyp tych wiatraków wynika wyłącznie z obfitych subsydiow per capita. Jakby zlikwidować te subsydia to by się okazało że należy natychmiast te instalacje zlikwidować.

MarekNast
poniedziałek, 16 sierpnia 2021, 12:12

Wysyp wiatraków wynikał z subsydiów. Od kilku lat (odkąd działa system aukcyjny) już tak nie jest. Ceny w aukcjach dla energetyki wiatrowej to między 160 a 200 zł i to pomimo braku możliwości stosowania najnowszych konstrukcji. To cena poniżej średniej ceny prądu. Przy okazji to w węglu też mamy dodatkowe koszty: opłata mocowa, przejściowa, różnego rodzaju dotacje do kopalń.

Tweets Energetyka24